Problematyka Organizacji Wojskowej Solidarności Walczącej - Część II

W latach osiemdziesiątych stacjonowały w Gdańsku duże siły ZOMO,
dające się we znaki całej trójmiejskiej społeczności. Okazjonalnie
były one zasilane oddziałami z innych regionów kraju. W żadnym
innym polskim mieście konspiratorzy nie napotykali tak dużych
trudności w przemieszczaniu się, jak miało to miejsce w Gdańsku. W
niektórych rejonach miasta trudno było przejść ulicą dwieście
metrów i nie być trzykrotnie legitymowanym i rewidowanym. Na
celowniku była młodzież. Nasze dowody osobiste były niszczone
częstym kartkowaniem niewprawnymi łapami zomoli i wyglądały jak...
psu z gardła wyjęte. Takie upokażające traktowanie rodziło w nas
gniew i bunt. W roku 1985 gdańskie ZOMO dopuściło się kilku
bestialskich napaści na ludzi wychodzących z kościołów. Atakowali
wyskakując z jadących samochodów i bili długimi palami jak
popadnie, nie zważając czy jest to starzec lub kobieta w ciąży.
Gdańszczanie powszechnie domniemywali, ze zomowcy są na
jakichś "prochach". Chciałem to sprawdzić i zapytałem znajomego
zomowca, czy otrzymują oni środki dopingujące. Odpowiedz była
stanowcza: nie! Oznaczało to, ze takie postępowanie ZOMO wynikało z
przyzwolenia dowództwa, określonego szkolenia i wychowania oraz
inicjatywy własnej. W tej sytuacji postanowiłem dokonać akcji
odwetowo-prewencyjnej, która uderzy we wszystkich winnych w sposób
sprawiedliwy: od szeregowca do oficera. Wprawdzie po wyjściu z
wiezienia w stanie wojennym obiecałem sobie, ze nie będę wdawał się
w bieżące utarczki z zomowcami, jednakże w tym przypadku byłaby to
poważna akcja dywersyjna. Rozważałem rożne warianty działania, lecz
ostatecznie wybrałem taki, który przyniesie największe i
dalekosiężne skutki. Zaplanowałem, ze na dzień przed spodziewaną
akcja ZOMO w dniu 11 Listopada, do napojów i potraw które
spożywają, zaaplikuje im silny środek powodujący biegunkę. Dla
pewności zarazę ich bakteriami chorobotwórczymi wywołującymi
długotrwały rozstrój żołądka. Żeby ich jeszcze bardziej pognębić,
odetnę im dopływ wody i prądu. Niech kiszą się w koszarach w
smrodzie własnych odchodów, w ciemnościach. Spróbujmy wyobrazić
sobie takie - za przeproszeniem - zasrane ZOMO w akcji przeciwko
społeczeństwu! Musieliby zmienić rozkazy i dostosować je do
nowych... potrzeb: rozwijaliby szyki w poprzek ulic i blokowali je
nową taktyką bojową stosując pozycje "w kucki". Jak zwykle
chowaliby się za tarczami, lecz tym razem z powodu wstydu i żeby
było... intymniej. Mielibyśmy niezły ubaw! Kilka dni po tym
rozpowszechniłbym informacje, ze było to działanie odwetowe
podziemia i jeśli oni nie zmienia swojego postępowania, to
następnym razem będzie to... cyjanek! Ze uderzymy także w
partyjnych mocodawców. Blady strach padłby na tych zbirów oraz na
cały aparat przemocy w Polsce. Biorąc każdy kęs do ust w kantynach,
kasynach i na stołówkach, oprawcy czuliby gorzki smak ich haniebnej
służby. Powstałby w Warszawie sztab kryzysowy o jakimś niewymyślnym
kryptonimie związanym z tematem. Każda pojedyncza i przypadkowa
sraczka funkcjonariusza, żołnierza i towarzysza musiałaby być
raportowana do centrali a tam analitycy tworzyliby wykresy, tabele
i mapki występowania "zjawiska" w jednostkach, garnizonach i
województwach.
Wiele przygotowań do tej akcji zostało poczynionych. Miałem to
wykonać w pojedynkę, wiedziałem jak dostać się do ich koszar. Dwóch
moich współpracowników miałoby odciąć zomowcom wodę i prąd. Do
realizacji jednak nie doszło. W trzeciej dekadzie pazdziernika`85
został aresztowany mój najlepszy żołnierz a za jego sprawa - parę
dni później - także ja sam. Nie wiedziałem, co SB z niego
wyciągnęło. Choć odzyskałem wolność po 24-ch godzinach, to jednak
rozsądniej było "przycichnąć".

W latach 1988-89 wziąłem udział w akcji zorganizowanej przez
trójmiejski oddział SW, której celem była wysyłka pocztowa
pierwszego numeru pisma "Żołnierz Solidarny" do adresatów
wojskowych. Na potrzeby tej akcji przekazałem dane adresowe
pozwalające na rozesłanie ponad ośmiu tysięcy przesyłek, do
wszystkich okręgów wojskowych, garnizonów, wojsk i służb, także
komórek wojskowych w administracji, przemyśle, szkolnictwie.
Osobiście wysłałem kilkaset listów z terenu kilku miast Górnego
Śląska, na niektórych naklejając wycięte z czasopism kolorowe logo
PZPR, ZSMP, LOK, żeby uwiarygodnić przesyłki do wybranych
adresatów. Wyobrażam sobie wściekłość kontrwywiadu wojskowego i SB
po wykryciu ogólnopolskiej skali tego działania.

OW SW była formacją specyficzna i niepowtarzalna, nie mającą
odpowiednika w historii wojskowości. Jej struktura i zadania były
dostosowane do możliwości, potrzeb i wyzwań czasów, w których
przyszło nam działać i realizować cele niepodległościowe. Wszyscy
pamiętamy, jakie to były czasy i jakie niebezpieczeństwa nam
zagrażały. Pamiętamy także, jak trudno było znaleźć człowieka lub
lokal do działalności konspiracyjnej. Werbunek odpowiednich ludzi
nie był rzeczą łatwą ani bezpieczna, wymagał wielomiesięcznego lub
nawet wieloletniego "obwąchiwania" kandydata i umiejętnego
stosowania zasad psychologii. Rezygnowałem z rekrutacji ludzi
zaślepionych nienawiścią, prymitywnych i nieobliczalnych. Stawiałem
na ludzi rozważnych i odważnych, odpowiedzialnych i godnych
zaufania.

Żołnierze SW byli przygotowywani do działania w małych grupach lub
w pojedynkę. Większość z nich wywodziła się z roczników 1961-64.
Nie było wojskowego drylu i ceremoniału, trzaskania obcasami przed
dowódcą, żołdu, odznaczeń. Na terenie kraju istniało sześć grup
oraz pewna liczba pojedynczych żołnierzy w miejscach ich
zamieszkiwania. Nie istniały poziome formy łączności miedzy grupami
regionalnymi, co było podyktowane zasadami bezpieczeństwa.
Wszystkie "nici" trzymałem tylko ja. Dowodziłem organizacją z
Gdańska. Struktura ta była wsparta zapleczem punktów kontaktowych,
magazynów i rekwizytorni. Oprócz tego istniała siec rezerwy
mobilizacyjnej - zabezpieczenia organizacyjnego (np. w pasie
wojewódzw graniczących z ZSRR). Dodatkowo funkcjonował system
wczesnego ostrzegania o ruchach przeciwnika, polegający na
wywiadzie agenturalnym i rozpoznaniu wojskowym obiektów o znaczeniu
strategicznym dla Układu Warszawskiego. Np. od jesieni roku 1983
prowadziłem stalą obserwacje największych w PRL podziemnych
zbiornikowy z zapasami mobilizacyjnymi paliw silnikowych = 5 mln
litrów (w tym 2 mln litrów benzyny lotniczej). Zbiorniki te były
napełnione nie więcej niż w 2/3 aż do roku 1988. Gdyby system
szykował wojenkę, zapasy zostałyby uzupełnione i byłby to sygnał
dla mnie, ze mamy odczynienia z sytuacja alarmowa. Ta z kolei
implikowałaby podjęcie szeregu przedsięwzięć wcześniej
zaplanowanych. Polegałem także na innych źródłach wywiadowczych o
ruchach przeciwnika.

Jednoosobowe kierownictwo - sprawowane przeze mnie - sprawdziło
się, ponieważ w ciągu pięciu lat działalności nie było ani
jednej "wpadki". Jednakże z drugiej strony taki sposób dowodzenia
był dla mnie wielkim obciążeniem czasowym i psychicznym.
Utrzymywanie kontaktu z ponad setka ludzi na terenie całego kraju
wymagało nieustannego podróżowania. Bywały miesiące, ze autobusami
i pociągami przemierzałem trzy tysiące kilometrów. Żaden z
żołnierzy lub członków rezerwy mobilizacyjnej nie mógł znać i nie
Znal mojej prawdziwej roli i funkcji w organizacji. Każdy z nich
wiedział tylko tyle, ile musiał wiedzieć. Znalem osobiście
większość moich żołnierzy (w grupach: katowickiej, krakowskiej i
tarnowskiej znałem tylko dowódców). Dla jednych byłem ich
bezpośrednim przełożonym, dla innych tym, kto ich zwerbował i jako
łącznik utrzymywał kontakt z "górą". W każdym przypadku starałem
się pomniejszać moje znaczenie i robiłem to stosując skutecznie
wysoce wyrafinowana grę psychologiczna. Było to bardzo trudne
zadanie i z drugiej strony przeszkadzało mi w kreowaniu odpowiedniej
kultury organizacyjnej, gdzie własny autorytet, siła przekonywania
i osobisty przykład dowódcy znaczą bardzo dużo. Pomimo tego
zdołałem tak balansować, żeby skutecznie nakreślić misje, wizje,
wartości, normy, postawy i symbole. Dawałem ludziom niepowtarzalna
szanse współuczestniczenia w czymś ważnym, poświęcenia się dla
idei, bezinteresownej służby dla Sprawy. W tym zarządzaniu
organizacja ważna była wiedza psychologiczna, szczególnie
psychologia zachowań, emocji, motywacji i osobowości człowieka: od
rekrutacji przez wspólną prace i służbę aż do rozstania się.

Nigdy nie byłem maniakiem broni palnej, strzelania i używania
przemocy fizycznej (organicznie jej nie cierpię!). W moim życiu
oddałem tylko trzy strzały z kbks-u do tarczy, miałem wtedy
dwanaście lat, byłem harcerzem i dostałem za to brązową Odznakę
Sprawności Obronnej. Na pytanie, czy Organizacja Wojskowa SW
posiadała broń, amunicje, materiały wybuchowe, środki biologiczne i
chemiczne oraz rozmaity sprzęt? Odpowiadam - TAK. Latami
rozpoznawałem różne obiekty MON, MSW, administracyjne, gospodarcze
i przemysłowe. Wiedziałem co i gdzie możemy zdobyć. Skrzętnie te
dane gromadziłem i w każdym przypadku opracowywałem szczegółowe
plany, jak po te środki sięgnąć. Wielu moich kolegów odbyło
zasadnicza służbę wojskowa. Ponad trzydzieści razy odwiedzałem ich
w jednostkach wojskowych i zbierałem informacje o rożnym
charakterze. Za priorytet uznawałem wartość posiadania informacji a
nie gromadzenia jak leci wszystkiego, co ewentualnie mogłoby
Przydać się. Nie było wiadomo ile potrwa i jak potoczy się walka z
komunizmem, nie było wiadomo jakie środki ostatecznie okażą się
niezbędne. Zdobywanie materiałów wojskowych wiązałoby się z
licznymi niebezpieczeństwami i uciążliwością przechowywania ich.
Wolałem, żeby rzeczy te pozostawały tam gdzie są. Gromadziliśmy
głównie to, co mogło być użyteczne w potencjalnych akcjach
zaopatrzeniowych, jak np. narzędzia, klucze, sprzęt, dokumenty,
mundury, uniformy. Trwaliśmy w gotowości na sytuacje alarmowa.
Gdyby ona nadeszła, wszyscy żołnierze musieliby porzucić swoje
codzienne zajęcia i życie rodzinne, żeby całkowicie poświęcić się
zadaniom konspiracyjnym.

Żołnierz kojarzy się każdemu z mundurem, bronią, musztra,
ceremoniałem wojskowym i regulaminami, żołdem - bo bez
wynagrodzenia żołnierz nie będzie walczył, bo po co?, taktyka i
strategia niszczenia przeciwnika oraz osiagania celów walki.
Żołnierz SW, żeby realizować swoje żołnierskie cele, nie musiał
nosić munduru. Jego "mundurem" mógł być strój św.Mikołaja lub - jak
kto woli - "Dziadka Mroza", kolejarza, kominiarza, listonosza,
strażaka lub mundur formacji przeciwnika. Jednym słowem, żołnierz
SW mógł być... przebierańcem.
Żeby działać zuchwale i skrycie mógłby tarabanić się nocą po
miejskim bruku z wózkiem mleczarza, pchając go lub ciągnąć. Mógłby
udawać pracownika gazowni, domokrążcę lub kogokolwiek innego.
Żołnierz SW mógł - tak jak ja to robiłem - wchodzić do klatek
schodowych bloków podległych Wojskowej Administracji Mieszkań i
spisywać dane z list lokatorów pod pozorem składania ofert mycia
okien i sprzątania wnętrz.
Żołnierze SW mogliby wcielić się w role pracowników "Sanepidu" i
przeprowadzić kontrole w zakładzie żywienia zbiorowego
zaopatrującego w strawę funkcjonariuszy, sztabowców i towarzyszy
partyjnych. Mogliby żebrać cały personel zakładu w jednym
pomieszczeniu administracyjnym dla zapoznania go z nowymi
unormowaniami prawnymi ( np. wymyślonymi przeze mnie) a w tym samym
czasie zawartość garów i kotłów doprawić środkami niekoniecznie...
odżywczymi. Po spisaniu protokołu pokontrolnego zakończyliby
inspekcje i nikt by niczego nie zauważył aż do czasu... .
Żołnierze SW, wyposażeni w dokumenty Państwowej Inspekcji Handlowej
lub Państwowej Inspekcji Pracy, mogliby wejść do każdego sklepu lub
hurtowni (np. do sklepu myśliwskiego, Wojskowej Centrali
Handlowej), zamknąć pod pretekstem kontroli, zneutralizować
personel i zaopatrzyć się... do woli.
Żeby niszczyć konstrukcje stalowe, żołnierze SW mogliby obyć się
bez materiałów wybuchowych bo w większości potrafili posługiwać się
palnikami acetylenowo-tlenowymi. Bronią żołnierza SW nie musiał być
karabin. Mogłyby to być perfumy lub "Trybuna Ludu" i zapałki. Z
takim "wyposażeniem" mógłby on zablokować kolejowy węzeł
komunikacyjny, wiadukt lub most. Po podłożeniu ognia w pustym
przedziale lub toalecie wagonu osobowego uruchomiłby hamulec
bezpieczeństwa i po wywołaniu paniki wśród pasażerów czyniłby to
samo w pozostałych wagonach. Takiego pociągu z zapieczonymi od
pożaru hamulcami nie byłoby łatwo usunąć z torowiska.
Żołnierz SW wiedziałby jak i kiedy użyć jako broni: wody, ognia,
prądu elektrycznego, gazu, chemikaliów a nawet kawałka drutu i
suchego sznurka, własnego ubrania, sprzętu wędkarskiego, kamienia i
wielu "niewinnych" przedmiotów i narzędzi.
Jeden żołnierz SW mógłby zatrzymać cala dywizje pancerna w
kolejowym transporcie tranzytowym, wyłączyć prąd kilku
województwom, zalać wodą duży obszar terenu i szkodzić silniejszemu
przeciwnikowi w wielu innych sytuacjach. Żołnierz SW nie był słaby.

Państwo w tamtych czasach nie realizowało najżywotniejszych
interesów Polaków, lecz internacjonalistyczne cele ideologiczne
sowieckiego komunizmu. Ci, którzy powinni troszczyć się o
bezpieczeństwo narodowe - czyli wysokiej rangi żołdactwo z
Jaruzelskim na czele - byli ślepo podporządkowani swoim kremlowskim
mocodawcom i ani myśleli przeciwstawiać się. Jedynym człowiekiem z
tego środowiska, który stanął na wysokości zadania był pułkownik
Ryszard Kukliński, i chwała mu za to po wieczne czasy!
Nie sprawdziło się do końca nasze społeczeństwo zdemoralizowane
przez zaborców i komunizm: bierne, leniwe, przestraszone. Według
mojej oceny nie więcej niż cztery tysiące różnej maści
opozycjonistów walczyło wytrwale po stanie wojennym. Cztery tysiące
na 38 milionów! Komuna miała mało zwolenników, lecz
zdeterminowanych do walki z nią było niewielu. Spora cześć
społeczeństwa przyglądała się z boku temu, co się działo. Niektórzy
włączali się do pracy ale po odniesieniu pierwszych prześladowań -
rezygnowali. Inni pomagali okazjonalnie. Wielu kontemplowało
rzeczywiostość biadoląc, co z nami zrobią, jak to wszystko się
skończy? My, ludzie SW nie byliśmy "kawiarnianą opozycja", która
choć świadoma realiów, poprzestawała na jałowych dywagacjach,
wzajemnemu środowiskowemu adorowaniu się i próżniaczej kokieterii.
My byliśmy ODPOWIEDZIALNI za Ojczyznę i czuliśmy się odpowiedzialni
za to ubezwłasnowolnione społeczeństwo. Służyliśmy mu - temu
społeczeństwu - w wielu zakresach działalności patriotycznej: od
akcji uświadamiającej gdzie i jak żyjemy po kreowanie kultury
narodowej, myśli politycznej, nakreślanie zadań obywatelskich,
przedstawianie wizji i drogi do celu. Służyliśmy Polakom myślą
krytyczna w publicystyce i troszczyliśmy się o nasze bezpieczeństwo
narodowe oraz wspieraliśmy inne narody zniewolone. Walczyliśmy o
Wolną i Niepodległą Polskę. Każdy z nas pracował ofiarnie w swoim
zakresie obowiązków. Ja starałem się "obrabiać" jak najlepiej tą
działkę, którą miałem.

Do SW przyjmował mnie Andrzej Kolodziej. Zanim do tego doszło,
przez jakiś czas "obwąchiwaliśmy się" wzajemnie. Pamiętam, ze dwa
razy wyskoczyłem do Andrzeja z deklaracja - ufam Ci!
Andrzej odpowiadał - nie chce, żebyś mi ufał. Nie ufaj mi!
Dzisiaj po takiej "zachęcie" do robienia czegoś razem np. w
biznesie, nikt rozsądny nie podjąłby współpracy. Wtedy mieliśmy
inne czasy i takie właśnie podejście pobudzało zaufanie, oczywiście
i tak musiało być ono ograniczone bo takie były wymogi
Konspirowania.

Punktualność w działaniu była rzeczą bardzo ważną a w późnym PRL-u
komunikacja publiczna funkcjonowała jak chciała: autobusy spóźniały
się notorycznie lub wogóle "wypadały" z rozkładu, opóźnienia
pociągów były na porządku dziennym i często dochodziły do 240
minut. W tych warunkach bycie punktualnym graniczyło z heroizmem. W
ciągu dziewięcioletniego konspirowania niepodległościowego - mając
grubo ponad tysiąc spotkań, czysto "na styk" - spóźniłem się tylko
cztery razy a dwukrotnie nie przybyłem, lecz było to niezawinione i
na szczęście nikogo nie pogrążyło w kłopotach. Żeby zdążyć na
umówione spotkanie w odległym mieście, należało przybyć wiele
godzin wcześniej. To zwiększało ryzyko "wpadki", bo zwykle
przewoziłem różne materiały dekonspirujące. Wiele razy musiałem
wyszukiwać w obcych miastach jakichś skrytek robionych ad hoc w
parkach lub innych miejscach, żeby przechować to i owo. Najwięcej
nerwów i stresów dostarczały mi problemy komunikacyjne i
niesolidność niektórych współpracowników.

Siedem lat działalności kryptomilitarnej było dla mnie okresem
WIELKIEJ SAMOTNOSCI patrioty i konspiratora. Nosiłem w sobie wiele
tajemnic, którymi z nikim nie mogłem dzielić się w całej pełni,
dopuszczając zaledwie do uchylenia ich rąbka wobec najbliższych
współpracowników. Każdy normalny człowiek pragnie odnosić jak
najwięcej korzyści duchowych i materialnych z tytułu swojego
zaangażowania życiowego. Ja musiałem z dużej ich części
zrezygnować. Żeby prawidłowo funkcjonować psychicznie, musiałem
stosować rożne formy autopsychoterapii, szukania sposobów
realizowania się także na innych polach. Równocześnie byłem obecny w
kilku rożnych środowiskach: z kim innym walczyłem, z kim innym
wypoczywałem i rozwijałem się intelektualnie, z kim innym mogłem
realizować zainteresowania teatrem i sztukami plastycznymi. W
kontaktach z większością ludzi starałem się realizować zasadę, ze
przy mnie ludzie nie powinni czuć się zagrożeni. Starałem się
pokazywać, ze jestem mniej inteligentny niż byłem, biedniejszy,
słowem - gorszy! Miałem piękną żonę, własną firmie, budowałem
mieszkanie w kamienicy, dowodziłem spora grupa facetów a z drugiej
strony udawałem nieudacznika, słabego człowieczka ciągle
biadolącego i narzekającego, zakompleksionego. Takie działanie
miało na celu unikanie sytuacji, w której z zazdrości lub zawiści
ktoś doniósłby na mnie lub zaszkodził mi w inny sposób. Robiłem
tak, bo znalem nasze społeczeństwo i widziałem, co się wokół
dzieje.
Np. w czasie okupacji, w roku 1943 placówki wywiadowcze AK
ulokowane na pocztach Generalnej Gubernii przechwyciły dwa miliony
donosów! A ilu nie przechwycono? Po czterdziestu latach komunizmu
mogło być tylko gorzej, i nie było nikogo, kto by donosy
przechwytywał (próbowałem stworzyć taka strukturę, lecz bez
powodzenia).
Nie mogłem fotografować się i z tego okresu życia mam niewiele
pamiątek. Jeśli jestem na zdjęciu, to najczęściej w przebraniu lub
z mimika zniekształcającą rysy twarzy (nawet na zdjęciach ze ślubu,
czego żona nie wybaczyła mi przez osiemnaście lat trwania
małżeństwa). Funkcjonowanie w poczuciu ciągłego zagrodzenia
zostawiło swoje ślady na cale życie. Ciągłe udawanie kogoś innego z
czasem wchodzi w stały nawyk i zapuszcza korzenie w psychice.
Niektóre cechy zostają i trudno je wyplenić.

Dotychczas nikomu nie opowiadałem o w/w sprawach tak obszernie i
nie sądziłem, ze będę robił to kiedykolwiek; nie podejrzewałem
wcześniej, ze jeszcze tak dużo pamiętam. Zrobiłem to teraz, zebry
przybliżyć problematykę sil kryptomilitarnych Solidarności
Walczącej. Wielu tematów nie poruszyłem a niektóre tylko
zasygnalizowałem. Starałem się wprowadzić pewna doze humoru, żeby
lektura nie była nudna. Zrobiłem to uczciwie, bo jesteśmy... sami
swoi!

Z poważaniem, Boleslaw Siedlecki, ps. "Konrad Szelf"

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: