Problematyka Organizacji Wojskowej Solidarności Walczącej - Część I

Przesyłam list, który wysłałem do organizatorów obchodów
rocznicowych, do panów Gabryela i Lazarowicza. Starałem się w nim
przybliżyć wszystkim problematykę Organizacji Wojskowej
Solidarności Walczącej.

Chciałbym powiadomić wszystkich byłych działaczy SW -
jako twórca i były dowódca OW SW - ze w całej historii istnienia i
działania organizacji (1984-1989) nie ma ani jednej niechlubnej
karty, którą obecnie miałaby być powodem do zakłopotania lub wstydu
dla kogokolwiek.

Proszę nie obawiać się, ze oto po latach wynurzył się z czeluści
historii jakiś potwór i zaskoczy wszystkich jakimiś mrocznymi
faktami. Nic takiego nie będzie miało miejsca. W tamtych trudnych
latach byłem młodym i wrażliwym człowiekiem (może z nadmiernie
rozwiniętą empatia!), który podjął trud walki o niepodległość
Ojczyzny i poświęcił się tej walce bez reszty. W podejmowanych
działaniach w sposób odpowiedzialny odnosiłem się do wszystkich
istotnych potrzeb i niebezpieczeństw, z którymi wówczas mieliśmy
doczynienia. Starałem się ogarnąć intelektualnie cały wachlarz
spraw związanych z walka i znaleźć słabe punkty systemu, w które
możnaby skutecznie uderzyć, jeśli zaszłaby taka konieczność. Dużo
uwagi poświęcałem etyce w działaniu i przeszedłem przez ten trudny
okres z czystością moralna wszelkiej mojej aktywności.

Pragnę przestrzec przed pojmowaniem i klasyfikowaniem OW SW w
kategoriach "oddziału" w rozumieniu tradycyjnym, wziętym np. z
historii drugiej wojny światowej. Byłoby to nieporozumienie!

Właściwym określeniem stworzonej przeze mnie organizacji są "siły
specjalne", czyli takie, które były w stanie realizować cele
niepodległościowe Polaków w każdych warunkach dziejowych, jak np.:
eskalacja terroryzmu państwowego, wybuch wojny miedzy blokami
wojskowymi, zdobycie władzy siła gdyby nadarzyła się ku temu
sposobność (osłabienie systemu komunistycznego, ferment w ZSRR).

Każda z w/w sytuacji wymagałaby podjęcia określonych i skutecznych
działań, niemożliwych do przeprowadzenia bez wcześniejszych
przygotowań w sferach intelektualnej, sprawnościowej i
organizacyjnej (stworzenie kadr oraz zaplecza informacyjnego i
technicznego). Ja podjąłem te zadania poprzez wieloletnie
samokształcenie, rozpracowywanie struktur przeciwnika, planowanie
samoobrony narodowej oraz tworzenie i szkolenie kadr. Mogłem liczyć
przede wszystkim na siebie, ponieważ moi żołnierze w większości
byli robotnikami pracującymi zarobkowo sześć dni w tygodniu i nie
posiadali niezbędnych predyspozycji intelektualnych do podjęcia
specyficznych zagadnień. Sam realizowałem zadania, które w istocie
powinny być prowadzone przez zespól ludzi. Ale czyż było inne
wyjście? Czy mogłem pozyskiwać wykwalifikowanych współpracowników
poprzez zamieszczenie ogłoszeń w "Trybunie Ludu" lub "Żołnierzu
Wolności", ze... "organizacja kryptomilitarna poszukuje do
współpracy doświadczonego sztabowca, specjalistę inżynierii
lądowej, bakteriologa, agenta wywiadu, pirotechnika, toksykologa,
radioelektronika, fałszerza dokumentów"?
Z konieczności, latami musiałem poznawać wiedze z rożnych dziedzin
i adaptować ja do specyficznych potrzeb organizacji podziemnej.

Moim największym osiągnięciem było opracowanie planu obrony Polski
i pomocy Zachodowi na wypadek wybuchu wojny miedzy Układem
Warszawskim a NATO. Jednym z elementów tego planu było
przygotowanie elit politycznych i związkowych podziemia oraz całego
społeczeństwa do działania w razie wojny, co uczyniłem m.in. pisząc
prace pt. "Siły kryptomilitarne w służbie niepodległości Polski".
Integralna częścią tego planu były dyrektywy postępowania dla
społeczeństwa a pierwszy ich punkt mówił, ze ogłoszenie mobilizacji
jest hasłem do natychmiastowego rozpoczęcia strajku generalnego i
powszechnego powstania narodowego. W ten sposób komuniści sami
daliby hasło do działania przeciwko nim.
Innym zrealizowanym zadaniem było rozpracowanie przeze mnie systemu
elektroenergetycznego PRL i zaplanowanie jego sparaliżowania w
czasie od kilku do kilkunastu godzin od ogłoszenia mobilizacji,
poprzez serie uderzeń dywersyjnych w linie przesyłowe wysokiego
napięcia. Do tego zadania potrzebowałem 11 - 14 ludzi a miałem ich
znacznie więcej. Opracowałem pięć sposobów niszczenia
transregionalnych napowietrznych linii przesyłowych prądu
elektrycznego. Kolejnym sukcesem było rozpoznanie najważniejszych
dróg potencjalnego sowieckiego tranzytu przez Polskę oraz poznanie
stałej dyslokacji najważniejszych jednostek Ludowego Wojska
Polskiego i Armii Czerwonej. Realizacja w/w zadań wymagała lat
pracy; musiałem zrobić rekonesans wokół większości polskich
elektrowni (od "Dolnej Odry" pod Szczecinem po "Soline" w
Bieszczadach) i rozpoznać drogi kołowe i szlaki kolejowe, przeprawy
rzeczne, mosty i wiadukty, węzły komunikacyjne, obiekty PR i TV.
Musiałem także zagłębić się w problematykę mobilizacyjna, żeby
przewidzieć jakie mechanizmy zafunkcjonuja i jak będzie wyglądała
rzeczywistość w chwili ogłoszenia mobilizacji do wojny.
Innych metod i sposobów wymagały przygotowania do działania w
sytuacji nasilonego terroryzmu państwowego, czyli wtedy, gdyby
komuniści zaczęli nas masowo aresztować, torturować, mordować,
wysyłać do obozów pracy przymusowej lub deportować do ZSRR.
Opracowałem wiele scenariuszy działań prewencyjnych i odwetowych o
charakterze i skali dostosowanym (adekwatnym) do potrzeb. Wymagało
to rozpracowywania struktur przeciwnika, należało poznać gdzie on
pracuje, gdzie mieszka, gdzie spotyka się i gdzie wypoczywa.
Należało rozpoznać zabezpieczenia rozmaitych obiektów oraz
procedury ochrony imprez, jak np. zjazd PZPR lub odbywane
cyklicznie spotkania cywilnej i mundurowej "wierchuszki" partyjnej
w sali kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie z okazji
ichnich świat i spotkań okolicznościowych. Wyznaczenie takich celów
wymagało znalezienia sposobów, metod i środków gwarantujących
realizacje zadań. Dysponowałem wiedza, gdzie i jak zdobyć niezbędne
środki biologiczne i chemiczne oraz jak przeniknąć do wybranych
obiektów przeciwnika.

W/w wymagały ode mnie bardzo zuchwałego i wyrafinowanego
postępowania. Musiałem być lisem i lwem. Żeby nie być gołosłownym,
powiem, ze w tamtych latach zajmowałem się myciem okien,
sprzątaniem wnętrz oraz pracami wysokościowymi. Dzięki temu miałem
dostęp do wielu obiektów, które z rożnych względów mnie
interesowały. Wykorzystywałem to maksymalnie do realizacji celów
walki, do zdobywania informacji oraz rożnych materiałów i sprzętu.
Np. podczas mycia okien w teatrze mogłem zaopatrzyć się w rożne
potrzebne materiały a w biurku dyrektora teatru znaleźć listę
notabli, "z klucza" zapraszanych na każdą premierę. Na liście tej,
oprócz adresów i telefonów służbowych były także ręcznie poczynione
adnotacje zawierające adresy i telefony prywatne niektórych
partyjniaków cywilnych i mundurowych. Pracując w "Sanepidzie"
mogłem zdobywać literaturę, wzory dokumentów, pieczęci a także
poznać miejsca gdzie przechowywane są określone szczepy bakterii.
Myjąc okna na wydziale biologii Uniwersytetu Gdańskiego również
miałem dużo korzyści poznawczych i zaopatrzeniowych a ponadto z
okien miałem wgląd na dziedziniec Komendy Wojewódzkiej MO, gdzie
była także siedziba SB. Obserwując przez wiele dni, dowiedziałem
się bardzo dużo o przeciwniku, rozpoznałem np. jak wygląda
zaopatrzenie kantyny i wiele innych szczegółów. Mycie okien w
urzędach miejskich, biurach planowania przestrzennego i firmach
geodezyjno-kartograficznych dostrczało mi wielu cennych informacji
i materiałów, jak np. szczegółowe mapy topograficzne i plany
rożnych obiektów oraz instalacji. Jako ciekawostkę podam fakt, ze
pozna wiosna`84 myłem okna w podwójnym mieszkaniu Lecha Wałęsy w
bloku na gdańskiej Zaspie. Poszedłem zrealizować zlecenie z
radością, ze będzie mi dane przebywać w przestrzeni
przywódcy "Solidarności". Podczas sześciu godzin mojej
pracy "przywódca" większość swojego czasu spędził oglądając filmy
ze sobą w roli głównej, nakręcone przez zachodnie stacje
telewizyjne w czasach nieodległej świetności. To co widziałem i co
usłyszałem zasmuciło mnie. Zobaczyłem małego i próżnego człowieka,
który nie potrafił się nawet wysłowić, którym nikt się nie
intersował. Zobaczyłem człowieczka bez koncepcji, bez planu
działania, bez programu i bez wizji. Opuściłem to miejsce
przygnębiony i rozumiejący, ze Polacy nie maja przywódcy na miarę
potrzeb. W późniejszych latach... poznaliśmy drzewo po owocach jego.

"Legenda" związana z usługowym myciem okien nie mogła być mi
przydatna podczas rozpoznawania celów wojskowych, zakładów
zbrojeniowych oraz innych obiektów ukrytych w lasach lub położonych
w trudno dostępnym terenie. W realizacji takich zadań posługiwałem
się... legitymacją autostopowicza. Autostopowicz mógł pojawiać się
prawie wszędzie, mógł chodzić na przełaj i mógł "zabłądzić" w
nieznanym terenie. W okresie 1983-88 odbyłem wiele samotnych,
wakacyjnych wojaży turystyczno-wywiadowczych. W wyjątkowo
niebezpiecznych akcjach musiałem posługiwać się dodatkowym "alibi",
często bardzo wyrafinowanym. Na niektóre wielodniowe wędrówki po
Polsce zabierałem ze sobą lekko niedorozwiniętego umysłowo
młodszego brata mojego kolegi, ucznia szkoły specjalnej. Był mi
dobrym kompanem: nie narzekał na trudy włóczęgi po wertepach, nie
zadawał kłopotliwych pytań i funkcjonował w swoim specyficznym
świecie. Zyskiwał za to okazje do poznawania kraju. W
razie "wpadki" on nie musiałby nikogo udawać a ja, z noszonym przy
sobie wypisie lekarskim z pobytu w szpitalu psychiatrycznym (gdzie
przebywałem na własne życzenie) - musiałbym udawać... Greka lub
Napoleona. Z takim mocnym alibi zrobiłem m.in. rozpoznanie
dywersyjne stacji przekaźnikowej Telewizji Polskiej, położonej
wysoko w Górach Świętokrzyskich (22 lipca 1983., sic!).
Niektóre akcje wymagały świadomej współpracy drugiej osoby. W tym
Była mi pomocna moja narzeczona. Np. czwartego sierpnia`86, prosto
ze zlotu autostopowiczów w Tarnowskich Górach udaliśmy się "okazja"
w pobliże zakładów chemicznych produkujących różne rodzaje
materiałów wybuchowych. Celem było potwierdzenie danych z
wcześniejszego wywiadu agenturalnego oraz uzyskanie wielu
dodatkowych informacji. Rozbiliśmy namiot i uzgodniliśmy, ze w
razie czego wyjaśnimy, ze noc zastała nas na trasie i sytuacja
zmusiła nas do szukania noclegu w lesie. Mieliśmy tłumaczyć, ze
pokłóciliśmy się i ja po wypiciu kilku piw w zdenerwowaniu
oddaliłem się. Wokół namiotu rozrzuciłem kilka butelek po piwie,
które wcześniej żebrałem z pola namiotowego na zlocie. Miałem tylko
jedna butelkę piwa, której polowe zawartości rozlałem przy
namiocie, żeby dodać do tej scenerii pożądany zapach. Resztę
wypiłem, aby z moich ust czuć było alkoholem. Po zapadnięciu zmroku
dziewczyna poszła spać, a ja na akcje. Przez cala noc czołgałem się
wzdłóż podwójnego ogrodzenia z drutów kolczastych a na pewnym
odcinku także w nadrzecznym błocie. Po wykonaniu zadania, już po
świcie dotarłem do namiotu. Przebrałem się w czyste ciuchy i
zasnąłem, lecz nie na długo. Tuz po szóstej obudziły nas bliskie i
bardzo głośne detonacje (to była rutynowa kontrola jakości tego, co
wyprodukowano na trzeciej zmianie). Spędzając w lesie samotna noc i
nie mogąc zasnąć z niepokoju o mnie oraz ze strachu przed dzikim
zwierzem, moja narzeczona poznała znaczenie słów pieśni, która
śpiewałem jej dzień wcześniej przy ognisku:
"Pamiętaj żeś Polka, ze to za kraj walka,
Niepodległość Polski, to twoja rywalka".

Rożne elementy wojny psychologicznej z komunistami oraz osłabianie
morale ich sil dyspozycyjnych były przedmiotem mojego nieustannego
zainteresowania i działań. Jesienia`84 wpadłem na pomysł wielkiej
akcji - w moim zamyśle - wykorzystania duszpasterstwa wojskowego
Ludowego Wojska Polskiego do znaczącego osłabienia morale tego
wojska i zarazem uniemożliwienia Jaruzelskiemu rozegrania po jego
myśli sprawy zawarcia umowy konkordatu z Watykanem (co chciał on
wykorzystać do poprawy wizerunku władzy komunistycznej w Polsce na
arenie międzynarodowej). Opracowałem koncepcje a potem także
szczegółowy plan działania, który miałby być realizowany przez cały
Kościół katolicki a także inne kościoły chrześcijańskie. W owym
czasie mało kto w Polsce wiedział, ze w LWP istnieje duszpasterstwo
wojskowe. Za to wszyscy wiedzieli, ze komunistyczne wojsko zwalcza
w swoich szeregach wszelkie przejawy odbywania praktyk religijnych
przez żołnierzy zawodowych, którzy np., żeby ochrzcić dziecko
potajemnie udawali się do odległych parafii i tam w konspiracji
dokonywali tego aktu. Tymczasem na wojskowym żołdzie żyła spora
grupa kapelanów, którzy w praktyce nie wypełniali żadnych posług
wobec żołnierzy LWP. Była to wielka mistyfikacja władzy
Komunistycznej stworzona, po co? Po to, żeby gdy przyjdzie pora -
polskie "mięso armatnie" było błogosławione przez kapelanów i tym
chętniej szło na sowiecka wojnę. Przejrzałem ten zamysł komunistów
i postanowiłem przeciwdziałać. Zaplanowałem, ze księżą parafialni
oraz inteligencja katolicka będą informowali poborowych i ich
rodziny o prawach żołnierza do praktyk religijnych w wojsku. Oczyma
wyobraźni widziałem, jak na uroczyste przysięgi wojskowe, na które
jeździło często pół wsi (rodzina i koledzy żołnierza, dziewczyna,
rodzina dziewczyny i koleżeństwo) pojada także działacze
chrześcijańscy a może nawet księża. Przed rozpoczęciem ceremoniału
przysięgi wszyscy zgromadzeni goście jednostki wojskowej domagaliby
się modlitwy lub nawet mszy świętej. Śpiewaliby pieśni religijne i
patriotyczne, rozwijaliby transparenty i chorągwie uniemożliwiając
przeprowadzenie przysięgi. Takie zachowanie kompletnie
zaskoczyłoby "politruków" i kadrę dowódczą. Zapanowałby chaos -
rzecz w wojsku nie do pomyślenia! Co mógłby zrobić w takiej
sytuacji dowódca? Rozkazałby żołnierzom, żeby kolbami karabinów
wyparli matki i ojców, i cala resztę poza bramę jednostki? Wezwaliby
ZOMO do wypędzenia gości? NIE! Dowódca mógłby jedynie rozkazać,
żeby żołnierze odmaszerowali w zwartym szyku do koszar gdzie maja
swoje szafki i prycze. Zebrani obrzuciliby "politruka", dowódcę i
orkiestrę owocami, jajkami, pomidorami i ogórkami kwaszonymi. Od
tej pory skończyłyby się w LWP uroczyste przysięgi (na wierność
ZSRR!) z udziałem rodzin żołnierzy. Odbywałyby się one skrycie i w
konspiracji, z zachowaniem największej... tajemnicy wojskowej.
Nastąpiłby kres komunistycznej mistyfikacji!
Z takimi planami w głowie, jesienia`85 zapukałem do drzwi plebani
kościoła garnizonowego w Katowicach i udając przedpoborowego
chciałem dowiedzieć się jakie jest umocowanie prawne
duszpasterstwa, jaka organizacja i podział terytorialny, jakie
prawa jako żołnierz będę miał podczas służby w LWP. Młody klecha
odmówił mi udzielenia jakichkolwiek informacji i odesłał do Kurii
Biskupa Polowego w Warszawie, gdzie się niebawem udałem. Tam
oznajmiono mi, ze nie ma nikogo kto mógłby ze mną rozmawiać.
Wyszedłem zdenerwowany i zrozumiałem, ze z tym towarzystwem niczego
nie osiągnę. Taka akcja wymagałaby wytężonej pracy wielu ludzi z
pasja działania, do czego pasibrzuchy na wojskowym żołdzie się nie
nadawali. Obawiałem się ponadto nafaszerowania ich środowiska
agentura wywiadu wojskowego i uznałem, ze to dla mnie zbyt
niebezpieczne. I bez tego miałem na głowie mnóstwo spraw.
Zaniechałem dalszych działań w tej sprawie.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: