POLSKIE święto

4 czerwca, ogólnopolski dzień kolaboracji z komunizmem, przeszedł właśnie do historii. Uroczystość tego rodzaju była obchodzona w tym roku po raz pierwszy. Na szczególne wyróżnienie zasługuje forma, jaką nadali tej imprezie jej organizatorzy. Obyło się bowiem tym razem bez tradycyjnych masowych, wielogodzinnych przemarszów, bez proletariackich pieśni i pełnych determinacji entuzjastycznych okrzyków, jazgotu hałaśliwych urządzeń nagłaśniających, kosztownych kolorowych baloników, transparentów, papierowych kwiatów i owacji. W zamian organizatorzy przygotowali dyskretne, dobrze przewietrzone i przestronne lokale, w których obywatele, w nieporównanie bardziej osobisty sposób, mieli okazję wyrazić swoje najgłębsze przywiązanie do panującego ustroju. Niewątpliwą zaletą tej imprezy była również niejaka dowolność w okazywaniu głębi swoich wiernopoddańczych uczuć. Na specjalnie w tym celu wcześniej przygotowanych blankietach obywatele mieli prawo nanoszenia najzupełniej niekontrolowanych adnotacji, uwag a nawet refleksji. Według opinii uważnych obserwatorów najpopularniejszą formą aktywności obywateli było skreślanie widniejących na blankietach nazwisk. Charakterystyczne, że i w tym przypadku uczestnicy imprezy nie byli w swoich działaniach krępowani nazbyt rygorystycznymi przepisami. Otóż nazwiska można było skreślać dowolnie, zarówno ze strony lewej na prawą, jak i w kierunku odwrotnym. Co prawda, niedozwolone było przekreślanie nazwisk "na krzyż", ale w tym jedynym przypadku zadecydowały racje wyższego rzędu. Organizatorzy uznali bowiem, że stawianie krzyżyków na nazwiskach osób żyjących łatwo może został zinterpretowane jako wyraz tendencji agresywnych, konfrontacyjnych, bezsprzecznie obcych postawie duchowej polskiego patrioty, a więc w istocie swojej kłamliwych. Organizatorzy zadbali również o właściwe rozreklamowanie imprezy. Ujawnili przy tym wysokiej klasy profesjonalizm. Wyzierająca z setek tysięcy monumentalnych plakatów podobizna Wielkiego Przywódcy, doskonale redagowane i preparowane gazety, gazetki i ulotki, programy radiowe i telewizyjne wiece oraz nabożeństwa, wszystko to razem stworzyło niezapomnianą, niezwykle sugestywną, pozytywną atmosferę agitacyjno-przyciągającą. Był to naprawdę duży sukces propagandowy. Szkoda jedynie, że nie zadbano w dostatecznej mierze o zawsze mile łaskoczącą społeczne podniebienie kompensatą konsumpcyjną. Nie lepsze niż zazwyczaj zaopatrzenie w podstawowe produkty żywnościowe, jak mięso, wędliny, jaja, czy sery z całą pewnością nie uszło skrzętnej w tym zakresie uwadze społecznej. Niestety zabrakło również, podczas rozlicznych festynów, mitingów, wieców, masówek i potańcówek, nieodzownych przy takich okazjach grzanych kiełbasek z musztardą, niskoprocentowych napojów alkoholowych, oraz sprzedawanych pokątnie korkowców i sztucznych ogni. Niewątpliwie cała kampania straciła w ten sposób bardzo wiele na rozmachu i atrakcyjności. Stąd też zapewne niespodziewanie niska frekwencja podczas uroczystości głównych. Błędem byłoby jednak wyciąganie na tej podstawie nader pochopnych wniosków. Według zgodnej opinii dobrze poinformowanych komentatorów zadziwiająco niska frekwencja nie była w żadnym razie wynikiem propagandowych akcji skrajnie radykalnego skrzydła. Była natomiast wyrazem braku zaufania do ustalonych od szeregu lat trendów aprowizacyjnych.

W sumie więc możemy chyba ze spokojnym sercem mówić o sukcesie. Tym bardziej, że zorganizowanie w tym roku po raz pierwszy obchody pozyskały już sobie całkiem szczere społeczne uznanie. Entuzjazm przekroczył chyba nawet oczekiwania i wymagania samych organizatorów, którzy skłonni są teraz twierdzić, że nie było znowu aż tak fajnie. Najwyraźniej mają nawet obawy, czy aby zdołają nadmiernie rozochoconą publiczność uspokoić. Jeśli nie zdołają, wówczas obchody następne, planowane według kalendarza olimpijskiego za 4 lata, mogą zostać wypadkowo zawieszone. Od kilku dni organizatorzy prowadzą w tym zakresie intensywne prace korygujące i rehabilitacyjne. Te ostatnie dotyczą w pierwszym rzędzie wielce czcigodnych jubilatów, którzy najwyraźniej niespotykane dotąd dowody pełnej entuzjazmu wdzięczności skłonni są traktować z największą nieufnością i rezerwą. Powstały w ten sposób impas nie powinien jednak trwać zbyt długo. Najprawdopodobniej w ciągu kilku kolejnych dni sytuacja wróci do normy.

Tymczasem jednak wypada się radować z efektów pierwszej tego rodzaju imprezy, choć zapewne na bardziej widome dobrodziejstwa wypadnie nam jeszcze poczekać. Ostateczne korzyści będą chyba jednak znaczne, tym bardziej, że osiągnięte w sposób niekonfrontacyjny i ugodowy. W sumie więc cenzurka końcowa obywatelskiej poczytalności musi wypaść celująco.

Taką zapewne ocenę miał także na uwadze Adam Michnik, określając rezultaty obecnych wyborów mianem "POLSKIEGO ŚWIĘTA". W rzeczy samej było to bowiem święto p. Michnika oraz grona zaufanych przyjaciół, od lat reprezentujących interesy postępu, koegzystencji i pokoju. W dniu dzisiejszym, w epoce szczególnie wielkiej ufności i wielkiej kolaboracji wypada ten triumf sumiennie, na poczesnym miejscu, odnotować.

H.

Głos Poznańskich Liberałów 1988-1989: