KTO I DLACZEGO BOI SIĘ TECZEK KGB?

Przypomnijmy – w piątek 20 maja łotewski parlament podjął niezwykle ważną na skalę całej postkomunistycznej Europy, decyzję o pełnym odtajnieniu kartotek KGB sprzed roku 1991. Saeima (łot. Sejm) przedłużyła też zakaz pełnienia funkcji publicznych przez b. funkcjonariuszy KGB o kolejne 10 lat. Jeszcze tego samego dnia wieczorem prezydent Łotwy Vaira Vike-Freiberga podjęła decyzję o nie podpisywaniu nowelizacji ustawy. Z prośbą o to zwróciła się do niej Partia Zgody Narodowej – TSP („Saskaňa”) – lewicowe, związane z Moskwą ugrupowanie. O motywach, jakimi kierowała się, przynajmniej oficjalnie, pani prezydent pisze w dzienniku „Biznes&Baltija” Natalia Bakałowa (Prezydent nie zaaprobowała odtajniania „teczek bezpieki”, Biznes&Baltija z 24.05.2004, http://www.bb.lv/?p=1&i=2716&s=1&a=102332). Prezydent Łotwy Vaira Vike-Freiberga postanowiła w piątek nie uchwalać i oddać do powtórnego rozpatrzenia nieoczekiwanie przyjęte przez Sejm poprawki do ustawy „O ochronie dokumantacji KGB”. Poprawki te przewidywały ujawnienie treści tzw. „worków CzK”, a także przedłużenie na kolejne 10 lat okresu ograniczeń pozbawiających byłych pracowników KGB prawa do zajmowania stanowisk państwowych i kandydowania w wyborach parlamentarnych i lokalnych. W piątek, po konsultacjach z ekspertami, doradca prezydenta do spraw prawnych Sandra Kukule oświadczyła: „Deputowani i opinia publiczna nie otrzymali wyczerpującej informacji o tym, jaka była struktura organów KGB, czym zajmowały się jego wydziały i w jakich celach werbowało się agentów. Przy rozpatrzeniu problemu nie została tez podniesiona sprawa ludzi, którzy znaleźli się w kartotekach specsłużb, sami tego nie podejrzewając nawet.” W opinii specjalistów prawo w przyjętej przez parlament treści nie może dobrze funkcjonować. Zapoznawszy się z uzasadnieniami ekspertów, głowa państwa wystosowała pismo do przewodniczącej parlamentu Ingridy Udre, w którym wskazała, że decyzja Sejmu o odtajnieniu archiwów KGB jest dyskusyjna, ponieważ daje nieograniczony dostęp do tych dokumentów i utrzymuje jeszcze na kolejne 10 lat odebranie wielu praw byłym pracownikom służb bezpieczeństwa. Tymczasem znajdujące się na Łotwie archiwa KGB zawierają góra 4300 teczek personalnych, choć agentami KGB było nie mniej, niż 24000 osób. Prezydent uważa, że deputowani nie przewidzieli procedur wykorzystania i publikacji archiwów KGB, tym samym „zostawiając wprowadzenie prawa w życie całkowicie w gestii wykonawców”. Przypomina, że w teczkach są informacje nie tylko o działalności specjalnej służby „w sferze ideologicznej i represjonowania ludzi o odmiennych poglądach politycznych”, ale także informacje o walce ze zorganizowaną i gospodarczą przestępczością i, odpowiednio, dane o osobach, uczestniczących w wykrywaniu przestępstw. Ujawnienie tego zagraża bezpieczeństwu tych ludzi. „Do tego przykładowo w 90% przypadków w teczkach agentów są tylko nazwiska tych ludzi, bez wyjaśnienia, dlaczego pojawiają się one w KGB. Taką informację nie można uznać za pełną, i to może prowadzić do jej wykorzystywania w złych zamiarach”- pisze w liście V. Vike-Freiberga. Zdaniem prezydent, konieczne jest zróżnicowane podejście do wykorzystywania i ujawniania dokumentów KGB. Sejm powinien także wyraźnie ukazać cel, dla którego jeszcze przez 10 lat miałoby funkcjonować ograniczenie praw byłych pracowników służb bezpieczeństwa. O zamieszaniu wokół archiwów KGB na Łotwie i problemie lustracji w innych krajach Europy Wschodniej pisze publicysta rosyjski Andriej Sołdatow. Felieton pt. Cena informatora ukazał się na antenie „Echa Moskwy” i w internetowym portalu poświęconym służbom specjalnym Agentura.ru (http://www.agentura.ru/dossier/russia/people/soldatov/colonka/informator/) Dziwna historia z tą lustracją na Łotwie. Na początku Sejm przegłosował odtajnienie archiwów KGB, a także opowiedział się za tym, aby uniemożliwić dostęp do państwowych funkcji tym, którzy współpracowali z KGB, jeszcze na 10 lat. A potem prezydent Łotwy zawetował ustawę, odsyłając ja do poprawki. Oto argumenty przeciw: po pierwsze, nie wszyscy agenci pracowali w kierunku ideologicznym, wielu walczyło z przestępczością, i nie zasługują na takie traktowanie. Po drugie, publikacja tych nazwisk wywoła masę politycznych skandali i wielu złamie, niezasłużenie, karierę. Szczerze mówiąc, wszystko to nie wytrzymuje krytyki. Rzeczywiście, nie można podawać nazwisk informatorów, pomagających łapać przestępców. Tyle że walka z przestępczością nigdy nie była głównym zadaniem Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego. W KGB ZSRS największymi pod względem zadań i liczby donosicieli były, prócz V Zarządu (ideologia i dysydenci), dwa zarządy główne – II i III – tzn. bezpieczeństwo wewnętrzne i kontrwywiad oraz kontrwywiad wojskowy. Czym zajmowali się ich pracownicy w czasach sowieckich, wszystkim wiadomo. Boją się także, że odtajnienie archiwów KGB Łotwy doprowadzi do politycznych skandali. Ciekawe, kto to mówi – oprócz prezydenta kraju są to dyrektor Centrum Dokumentacji Następstw Totalitaryzmu. Tak się składa, że jest to ten urzędnik, w dyspozycji którego teraz znajdują się archiwa. Poza tym na Łotwie prawie że co rok, kogoś oskarżają o związki z KGB, i nawet ostatni szef republikańskiego KGB wskazał dokładną liczbę byłych agentów wśród parlamentarzystów. Cóż to innego, jak nie polityczna spekulacja? Prawda jest taka, że odtajnienie doprowadzi do tego, że urzędnicy, którzy teraz maja do tych archiwów dostęp, stracą monopol na oskarżanie kogoś o pracę dla KGB. I jeszcze jeden ciekawy szczegół – ci sami ludzie zapewniają, że teczki KGB z najbardziej kompromitującymi materiałami zostały wywiezione do Rosji, a na Łotwie został tylko spis czterech tysięcy nazwisk (wszystkich agentów było podobno 25 tys.). To znaczy urzędnicy zostawiają sobie pole manewru. Nam [Rosjanom – A.R.], rzecz jasna, pozostaje tylko z boku temu wszystkiemu się przyglądać, ponieważ w naszym kraju prześladowań za związki z KGB nie było. Nasze specsłużby mają własny, specyficzny argument przeciw ujawnieniu nazwisk informatorów KGB. Problem w tym, że w FSB pracują ludzie z czysto chrześcijańskim ideałem powszechnego przebaczenia. Pewna moja znajoma już od wielu lat próbuje uzyskać dostęp do spraw obu swoich pradziadków. Jednego posadzili w 1937 r., ale z początkiem wojny wypuścili. Drugi został rozstrzelany. W obu tych przypadkach pracownicy FSB mówia jej to samo – papierów sprawy nie możemy Wam dać, bo żyją jeszcze niektórzy uczestnicy wydarzeń, i obawiamy się samosądu. Argument potężny. Jeśli nie wydają dokumentów z roku 1937, bo żyją jeszcze uczestnicy tamtych wydarzeń, to co mówić o sprawach z lat 70. i 80. Tutaj ci ludzie nie tylko żyją, ale nawet nie przeszli jeszcze na emeryturę. No ale przecież w takich wschodnich Niemczech (fakt, że w tym kraju procentowo donosicieli było więcej, niż nawet u nas) o masowych zabójstwach byłych agentów Stasi nic nie wiadomo... Widocznie chodzi tak naprawdę o co innego. Pierwsze, co należy zrobić przy werbunku nowego informatora – to wszelkimi możliwymi siłami przekonać go, że jego nazwisko nigdy i w żadnych okolicznościach nie zostanie ujawnione. Zrobi c to można tylko w jeden sposób. Trzeba mu powiedzieć – słuchaj, jeśli nawet o informatorach w KC nic nie wiadomo, to i ty nie masz się czym martwić. To oczywistość, że bez agenturalnej pracy nie funkcjonuje żadna specjalna służba na świecie, i tylko tak łapie przestępców, terrorystów i narkotykowych dilerów. Problem w tym, że w naszym kraju akurat silniejsza pozostaje inna tradycja donosicielstwa. I trzeba to sobie uświadomić: utajnione nazwiska informatorów KGB – to gwarancja pojawienia się nowych informatorów. tłum. i opr. Antoni Rybczyński

Archiwum ABCNET 2002-2010: 
INTERMARIUM: