ODDAĆ PAPIEŻOWI...

Tekst Adriana Hiltona w jednym z ostatnich numerów brytyjskiego „Spektatora” („The Spectator”, 30.08.2003) pod powyższym tytułem pokazuje, jak silne jest nadal antypapieskie nastawienie wśród części anglikanów. Bierze ono górę nawet w sytuacji, gdy zdawałoby się człowiek wychowany w kulturze chrześcijańskiej Europy i przywiązany do niej powinien wszędzie szukać sojuszników przed zalewem neopogaństwa lub islamu. Niepojęte, że czasach, gdy duchownymi już dawno są kobiety, a biskupami anglikańskimi zostają jawni i szczycący się tym homoseksualiści (co prawda na razie jeszcze tylko za oceanem), kiedy zamykane są i wykreślane z map kościoły, a nowymi świątyniami są powstające coraz liczniej na zachodzie Europy meczety, i kiedy jedyny stanowczy głos w obronie chrześcijańskiego dziedzictwa i ducha Europy rozlega się ze Stolicy Piotrowej, są ludzie, którzy wietrzą w Unii Europejskiej spisek papistów.

„Ojcami założycielami” UE rzeczywiście byli katolicy, ale nie było ich celem pozbawianie monarchy brytyjskiego jego suwerennych praw. Przed anglikanami stają faktycznie poważne problemy nie tylko natury ekonomicznej i politycznej, ale także teologicznej i filozoficznej, o które zatrąca przytoczony niżej artykuł, ale nie jest to już wina papistów, tylko odwiecznej „angielskiej ksenofobii” (Paul Johnson) oraz niepohamowanej żądzy Jego Wysokości Henryka VIII i cytowanego w artykule Tomasza Cromwella.

„To oto królestwo Anglii stanowi imperium;[...] kraj rządzony przez jednego najwyższego władcę i króla”. Tak ogłosił Thomas Cromwell w swoim najdonioślejszym akcie prawodawczym, w Ustawie o ograniczeniu apelacji z 1533 r. Nazywając Anglię imperium, mianował ją państwem suwerennym, z królem, który nie jest poddany żadnemu innemu władcy ludzkiemu, który obdarzony jest pełnią władzy, aby zapewnić swemu ludowi sprawiedliwość we wszystkich sprawach. Jest interesujące, że krytycy tej Ustawy w Parlamencie nie bardzo martwili się jej następstwami doktrynalnymi, a bardziej tym, że papież może w odwecie zorganizować europejskie embargo handlowe przeciwko Anglii. Papież oczywiście podniósł pretensję do posiadania ostatecznej boskiej słuszności. Był on przecież wice-Chrystusem, wyznaczonym do ustanowienia zjednoczonego imperium pod jednym imperatorem, należącym do jednego Kościoła pod jednym Bogiem.

Anglia uwolniła się ostatecznie od papieskich ingerencji w Ustawie o prawach (Bill of Rights) z 1689 r., która oznajmiała, że „żaden obcy książę, osoba, prałat, państwo albo potentat nie ma i nie powinien mieć żadnej jurysdykcji, mocy, nadrzędności, prymatu czy władzy, kościelnej czy duchowej, wewnątrz tego królestwa”. Musiało upłynąć 440 lat od fundamentalnej deklaracji Cromwella, aby wejście w 1973 r. do „Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej” wprowadziło Anglię z powrotem do katolickiej owczarni, i dokładnie 460 lat po tym, jak angielski monarcha ogłoszony został suwerenem, obecna królowa sprowadzona została do statusu wasalnego w myśl Traktatu z Maastricht, który czynił z niej zwykłego obywatela europejskiego i przez to poddaną „obcym książętom i potentatom”.

Sprawa europejskiej unii religijnej jest głębiej skrywana niż plany unii politycznej, ale mechanizm popychający w tym kierunku jest jak najbardziej realny. Ostatnie żądanie papieża, aby „Bóg” pojawił się w powstającej konstytucji europejskiej, powtórzyło wielu czołowych katolickich polityków i biskupów. Można sądzić powierzchownie, że takie odwołanie może gorszyć tylko zastęp ateistów i humanistów, ale trzeba zauważyć, że kiedy Watykan mówi o Bogu, widzi siebie jako nieomylnego Bożego namiestnika na ziemi, naczelny organ boskiej ekspresji; owszem, według watykańskiej publikacji „Dominus Iesus” (5 września 2000), uważa się on za jedynego mediatora w kwestii zbawienia duszy, i utrzymuje, że wszystkie inne Kościoły, łącznie z Kościołem Anglii, „nie są Kościołami we właściwym sensie”.

Kościół rzymski ufundowany jest na dogmacie politycznym, który głosi, że papież jest „najwyższym władcą świata”; zwierzchnikiem wszystkich królów, premierów i prezydentów. Te mające duchowe i doczesne znaczenie twierdzenia pozostają nadal fundamentalnymi dogmatami katolickiego nauczania i pozwalają papieżowi, za pośrednictwem kardynała Ratzingera, prefekta Kongregacji Nauki Wiary, wydawać jasne zalecenia katolickim politykom, jak powinni głosować. Ponieważ ich posłuszeństwo jest „moralnym obowiązkiem”, przechodzi ono na opanowane przez katolików Europejską Radę Ministrów, Komisję i Parlament, a najwyższym cesarzem jest papież.

Byłoby to spełnieniem tego, o czym pisał „Sunday Telegraph” w jednym z artykułów (21 lipca 1991), że „Karol Wojtyła spokojnie przygotowuje się do objęcia zadania, które poważnie uważa za swoje boskie prawo, zadania świętego cesarza rzymskiego, panującego na obszarze od Uralu do Atlantyku”. Kościół katolicki osiąga to na swoich skrzydłach politycznych - partiach chrześcijańskich demokratów i chrześcijańskich socjalistów; a „ojcowie założyciele” Unii Europejskiej zbierają teraz najwyższe uznanie, mianowicie świętość. Papież już beatyfikował Alcida De Gasperiego, Roberta Schumana i Konrada Adenauera za oparcie Unii „na zasadach rzymskokatolickich”. Pewien zwolennik ich kanonizacji powiedział, że to pokazuje, iż Europa „zbudowana została na skale”, dodając: „Myślę, że Unia Europejska jest projektem nie tylko istot ludzkich, ale Boga”. Już sam akt nadania świętości politykom jest celowym zamysłem, aby wpoić przekonanie, że zjednoczenie europejskie jest wolą Boga, a ci, którzy do niego prowadzą, kierują się prawem boskim.

Podczas kampanii referendalnej w 1975 r. Shirley Williams zwróciła uwagę, że połączenie wizji [zjednoczonej] Europy z celem Rzymu, jakim jest przejęcie władzy politycznej i religijnej nad życiem wszystkich Europejczyków, nie pozostawia wątpliwości. Zauważyła: „Będziemy dołączeni do Europy, w której religia katolicka będzie wiarą dominującą i w której stosowanie katolickiej doktryny społecznej będzie głównym czynnikiem codziennego życia politycznego i gospodarczego”. Chociaż UE przyjęła wiele symboli narodowości (paszport, flagę, hymn i walutę), a obecnie zmierza do atrybutów rządu (prezydent, minister spraw zagranicznych, ambasadorowie przy ONZ i G8), to przecież, skoro Europa nie ma zjednoczonego demosu, potrzebna jest jakaś „głębsza” siła spajająca, niezbędna do utrzymania razem całego pomysłu. Kiedy kardynał Maria Martini z Mediolanu przemawiał w 1997 r. do członków Parlamentu Europejskiego na sympozjum upamiętniającym początki procesu integracji, wskazał na to coś „głębszego” - faktycznie wspólną religię państwową - przypominając, że prawdziwym fundamentem Parlamentu jest fundament religijny. Podkreślił wagę jedynej wiary (katolicyzmu) oraz to, że religie nie mogą podtrzymywać nacjonalizmów (czyli Kościół Anglii nie może bronić angielskiej konstytucji), a Europa musi uznać „prymat tego, co boskie” (czyli prymat papieża). Jego przemówienie zawierało też żądanie państwa opiekuńczego, kierującego się rzymskokatolicką doktryną społeczną, oraz przekonanie, że integracja europejska nigdy nie ograniczała się tylko do spraw gospodarczych i monetarnych. Mówił: „Europa, którą musimy zbudować, jest Europą ducha”.

Rządy boskie są oczywiście nieomylne. Według prawa kanonicznego, papież cieszy się nietykalnością, nie podlega żadnej władzy moralnej czy obywatelskiej: „Nikt nie może sądzić Stolicy Apostolskiej”. Dokładnie taki sam duch panuje w UE, której Trybunał Sprawiedliwości uważa, że polityczna krytyka jej przywódców pokrewna jest najgorszym rodzajom bluźnierstwa. Można zatem ją tłumić bez gwałcenia wolności słowa, co daje UE nieokreślone i najwyraźniej nieograniczone prawo do limitowania krytyki politycznej. Podobnie jak papiestwo, Trybunał jest najwyższym, przed nikim nie odpowiedzialnym i jedynym arbitrem „praw” obywatelskich. Lord Shore w swej książce Separate Ways (Drogi odrębne) zauważył, że Komisja UE działa dokładnie „tak, jak księżowska kasta - podobnie do tego, jak to musiało wyglądać w czasach przedreformacyjnych, kiedy Biblia była po łacinie, a nie po angielsku; kiedy papież, jego kardynałowie i biskupi decydowali o treści prawa kanonicznego”.

Każdą zatem decyzję narodu, która nie odpowiada woli boskiej, trzeba poprawić. Samo pojęcie „przeznaczenie” jest po prostu eufemizmem na określenie rządów boskiej słuszności, takie jest też teologiczne wyjaśnienie przeprowadzania w Danii trzy razy referendum w sprawie Traktatu z Maastricht, dwa razy w Irlandii w sprawie Traktatu Nicejskiego oraz zawieszenia demokracji w ogóle w Belgii i we Włoszech dla ratyfikowania traktatów czy przepchnięcia budżetów. W każdym referendum jest wynik „zły” i „dobry”. Zgadza się to także z sankcjonowaniem i zakładaniem przez UE „akceptowalnych” partii politycznych, czyli takich, które ostatecznie zgadzają się z celami unijnymi. Kiedy Zjednoczone Królestwo zagłosuje „nie” w sprawie waluty euro, gniew Boży będzie na nie spływać raz za razem, aż naród pożałuje i pogodzi się z przeznaczeniem.

Taki los można wcisnąć krnąbrnym narodom tylko wtedy, kiedy są osłabione. Rzymska zasada „dziel i rządź” zmartwychwstała w strategii „Europy regionów”, która zachęca każdy „region” Europy do poszukiwania wytycznych i funduszów bezpośrednio w Brukseli, z pominięciem krajowych parlamentów. Jest to odtworzenie średniowiecznej Europy małych, nieskutecznych państewek, nad którymi łatwo dominować. Nastawiony ekumenicznie Kościół Angli ma swój udział w rozczłonkowywaniu Anglii, gdy jego biskupi przewodniczą regionalnym zgromadzeniom, bowiem ruch ekumeniczny jest w rzeczywistości równoległym frontem do rzymskiej strategii dzielenia i rządzenia. Kiedy kardynał Bea stwierdził, że „Kościół nie może uczynić żadnej koncesji w sprawie dogmatycznej w imię jedności chrześcijan”, powtórzył tylko przekonanie Rzymu o sobie samym. Każdy ruch czy koncesja obciąża zawsze tylko organizacje zależne, bowiem centrala jest nieomylna.

Istnieją istotne strukturalne podobieństwa między rzymskim systemem religijnym a zasadą pomocniczości politycznej, która sama jest zresztą pochodzenia papieskiego. W teorii władzy kościelnej ważną rolę odgrywa pojęcie reprezentacji jedynego Chrystusa, który łączy w sobie wszystkie urzędy rozdzielające zbawienie (proroka, kapłana i króla). Jeżeli Kościół jest rządzony przez Boga, wówczas Bóg musi spływać z góry na dół stopniowo, tak więc u szczytu porządku ludzkiego musi być tylko jeden kanał, kierowany przez samego Boga, a dopiero na niższych poziomach strumień woli Bożej może się rozgałęziać na płaszczyzny pomocnicze. Subsydiarność została wymyślona nie po to, by pozwalać lennikom na „odzyskanie” tego, co może być najlepiej przeprowadzone na niższym poziomie, lecz po to, by nieomylne centrum mogło decydować o tym, jakie swobody można przyznać poziomom pomocniczym. Czy nazwiemy ją federalizmem, czy centralizmem, „subsydiarność” oznacza przekazywanie z góry na dół pewnych mocy dla praktycznego wykonania zadań wyznaczonych przez Moc Najwyższą.

Sporo się dyskutuje, czy UE jest demokracją, teokracją, oligarchią czy kolektywną dyktaturą, ale w istocie nie jest ona żadną z nich. Jest ona amfiktionią - konfederacją państw wokół pewnego ośrodka religijnego. Skutkiem katolickiej UE będzie nieuniknione podporządkowanie protestanckiego etosu Wielkiej Brytanii rzymskokatolickiemu nauczaniu w sprawach społecznych, politycznych i religijnych. Proces głębszej integracji europejskiej przeczy przysiędze koronacyjnej naszej królowej: „rządzić ludami Zjednoczonego Królestwa zgodnie z ich prawami i zwyczajami” oraz „bronić protestanckiej zreformowanej religii, prawnie ustalonej”. Niemalże symbolicznym potwierdzeniem wasalnego statusu naszej królowej jest fakt, że 20-pensowa moneta w Gibraltarze nosi wizerunek Marii ukoronowanej na „Naszą Panią Europy” - suwerennej władzy duchowej, gdy tymczasem nasza królowa jest pozbawiona dawnych tytułów: DG, REG., FD - Królowej z łaski Bożej, Obrończyni Wiary.

Pod konstytucją europejską UE będzie miała katolickiego cesarza nad protestanckim monarchą. Były premier belgijski Paul-Henri Spaak błagał swego czasu o „człowieka dostatecznie wielkiego formatu, by dochował wierności wszystkim ludziom” i dodał, „niech będzie Bogiem albo diabłem, przyjmiemy go”. Wierność poddanych naszej królowej przywłaszcza sobie władza jakiegoś suzerena; wierność jednocząca duchowo jest podstawowa, ponieważ bez jedności ludów (demosów), wizja europejska obumrze. Przyjęcie konstytucji dla Europy byłoby ostatecznym potwierdzeniem tego, że Zjednoczone Królestwo poddaje się suwerennej Europejskiej Wspólnocie Ekumenicznej - imperium, w którym wszystko należy do cesarza i w którym cesarz jest Bogiem. Oddanie mu euro będzie wszystkim, co jeszcze takie wasalne państwo będzie mogło zrobić.

Tłum. i komentarz: Kamil Koszyrski

Archiwum ABCNET 2002-2010: