Wielka Niezlustrowana Delegacja z wizytą w krainie owiec i baranów.

Na antypodach trwają ostatnie gorączkowe przygotowania przed przylotem z Polski prezydenckiego samolotu, na pokładzie którego, pod pretekstem zacieśniania z Australią współpracy i nawiązywania rozlicznych kontaktów, oraz stosunków, przyleci sam marszałek Senatu RP Bogdan Borusewicz Pierwszy Szczodrobliwy, wraz ze swoją liczną bo aż 69 - osobową świtą. Wyselekcjonowani polscy senatorowie, posłowie i inni niezlustrowani jeszcze szczęśliwcy z postkomunistycznej nomenklatury, i sfer polityczno-gospodarczego establishmentu III Rzeczypospolitej, udali się w podróż swojego życia.

Zarówno liczba członków tej delegacji, czas trwania wizyty, jej gigantyczne koszty oraz całkowity polityczno-gospodarczy bezsens i towarzysząca wizycie propagandowa euforia w polonijnych środkach masowego przekazu, napawają logicznie myślących Polonusów co najmniej niechęcią. Bardziej liczną delegację rząd RP wysłał w ostatnich latach tylko raz - na pogrzeb Jana Pawła II.

Borusewicz bój się Boga...!!!

Samo paliwo do prezydenckiego Iła kosztować będzie skarb polskiego państwa 480 000 tysięcy złotych, koszty 14-dniowych wczasów dla parlamentarno-biznesowej „ elity” i jej obstawy - 510 000 tys.zł. Ponad milion polskich złotych czyli $500 000 australijskich dolarów wypłynie z Polski z przeznaczeniem na nawiązywanie powiedzmy ”kontaktów”, z tak mało dostępnymi dla Polski partnerami, jakim były i są, Australia i Nowa Zelandia.

Wprawdzie w tegorocznym budżecie na krajowe i zagraniczne wyjazdy posłów i senatorów zarezerowano prawie 20 mln zł, to jednak ta turystyczna ekstrawagacja marszałka Borusewicza, aż o 1/20 ograbia budżet przeznaczony dla 460 posłów i 100 senatorów na cały rok. Sam „ Borsuk” jak nazywaliśmy go przed laty, był do tej pory uznawany za osobę niezwykle oszczędną i nie dopuszczał nawet do kilkunastoosobowych rządowych wycieczek na obszarze Europy. Tylko jeden Bóg wie, co odbiło oszczędnemu do tej pory marszałkowi i jakie siły pchają go na drugą pólkulę narażając na szwank jego dotychczasową reputację jako uczciwego i w miarę rozsądnego polityka.

O Australii i australijskiej Polonii Pan marszałek wie niewiele, bo w wywiadzie dla prasy polonijnej na pytanie, jakie są według niego problemy Polonii w Australii, odpowiedział, że: „największym problemem jest ogromny obszar i odległości”.

Zapewne te przestrzenie zauroczyły marszałka i dlatego tutaj ciągnie parlamentarnych traperów i niezlustrowanych członków i członkinie Wielkiej Delegacji wraz z obstawiającą ich liczną ochroną.

Australia krajem owiec i baranów

Australia to kraj daleki, egzotyczny i ciekawy.
Tylko tutaj żyją kangury i jest ich aż 28,7 mln. Mamy około miliona wiecznie „pijanych” misiów koala i aż 120 milionów owiec i baranów. Można przypuszczać, że i dla 69 rodzin niezlustrowanych polityków i biznesmenów miejsce też się tutaj znajdzie. Będą mogli bez trudu wtopić się w faunę i florę południowego kontynentu. Delegacja z Polski będzie się mogła poczuć tutaj jak u siebie w domu tym bardziej, że niezlustrowana Polonia i jej agenci są przyjaźnie nastawieni do każdej polskiej władzy i przywitają wszystkich z nieuzbrojonymi, otwartymi rękami.

Swojsko będą się mogli poczuć Szanowni Delegaci, bo dobrą robotę wcześniej wykonało inne gnijące guru opozycji antykomunistycznej Adaś Michnik, który ujawnił w wywiadzie dla rządowej telewizji, że „polski naród to stado baranów”.

Handlowe związki - de-facto

Nic dziwnego, że po takim dictum Polska jako partner handlowy dla Australii przestała się liczyć, choć tak naprawdę nigdy się nie liczyła. Na australijskiej liście rankingowej w zakresie eksportu Polska zajmuje miejsce 75, a w zakresie importu 221. Na liście rankingowej krajów, do których Polska eksportuje swoje produkty Australia jest na miejscu 38 (0.2%), a na liście importerów 66 (0.0%). Jeszcze gorzej wyglądają te wskaźniki w przypadku Nowej Zelandii, ale do tego kraju Polacy mogą jeździć bez wiz, a jak mają na kontach w szwajcarskich bankach 2 miliony dolarów i przeleją je do nowozelandzkich banków, to mogą się tam przemieścić i osiedlić bez najmniejszych problemów. Pomocy zainteresowanym udzieli przefarbowany komunista ambasador RP Leon Mastalerz.

Konkurencji też nie będzie, bo tylko 5 tysięcy Polaków okupuje ten kraj, łatwo będzie się ukryć i przyczaić i da Bóg przeczekać jakoś szalejącą w Polsce lustracyjną burzę. W RP po 15 marca 2007 życie agentów, konfidentów, donosicieli i innych moralno-politycznie „umoczonych” w Polsce może stać się nie do zniesienia, a zatem Australia i Nowa Zelandia mogą być istną Canossą dla polskich sierot po Stalinie. Poza nimi pozostaje już tylko Afryka, gdzie szaleje AIDS, może Ameryka Południowa, ale tam szaleje Jan Kobylański, no i chyba tylko Chiny, Libia i posowiecka, putinowska Rosja, gdzie szaleje radioaktywny polon, a ludzie wciąż, nie wiedzieć czemu wypadają z okien.

W tej sytuacji nawiązanie jakichkolwiek bliższych stosunków jakiegokolwiek rodzaju jest oczywiście wskazane, tym bardziej, że gdy ruszy lustracja, być może większość spółek szemrano-mieszanych będzie musiała rozwiązać się sama. Tak czy inaczej sprawy dojrzały do tego, aby je oprzeć o bufet i poprawić bruderszaftem, jak to w Magdalence bywało. Jasne jest, że po lustracji wielu politycznych i moralnych popaprańców będzie się chciało przy pomocy często nieuczciwie zdobytych pieniędzy przesiedlić jak najdalej i być może, właśnie Australia da pieniążkom ukradzionym ojczyźnie i rodakom szansę na ich zainwestowanie.

Jak Mojżesz przez Morze Czerwone

Nie dziwi fakt, że wielu parlamentarnych członków Wielkiej Delegacji nie ma najmniejszego pojęcia dlaczego i po co tutaj leci, bowiem tylko wtajemniczeni wiedzą kto za to płaci i jaki jest prawdziwy cel (lub cele) Pana Borusewicza w przeprowadzeniu przez oceany Wielkiej Niezlustrowanej Delegacji.

Z wywiadu udzielonego Michałowi Krzymowskiemu (dziennik.pl) http://www.dziennik.pl/Defult.aspx?TabId=14&ShowArticleId=35694 wynika, że chociaż nie wszyscy wybrańcy losu wiedzą po co i dlaczego przylatują do Australii, to jednak wszyscy są wniebowzięci, bo nigdy tutaj nie byli, a teraz marzenie ich życia się realizuje. Szczególnie cieszy się posłanka Samoobrony Renata Rochnowska, bo jak sama stwierdziła jako jedna z nielicznych „zna język angielski”. Należy mieć nadzieję, że nie tylko zna ale i umie się nim posługiwać, co oznacza, że nie obciąży ona budżetu państwa polskiego dodatkowymi kosztami związanymi z zatrudnieniem dla niej osobistego tłumacza.

Szkoda, że nie wszyscy posłowie byli obecni w Sejmie gdy Andrzej Lepper tłumaczył kolegom drzemiącym w sejmowych ławach, że „70% polskiego społeczeństwa wiedzie żywot poniżej granicy minimum socjalnego ”. Być może wówczas niektórzy przyzwoici by się z tej australijskiej politycznej podróży marzeń wycofali, a pieniądze zamiast na spacery po Bondi Beach w Sydney przeznaczyliby na przykład na sprzęt medyczny dla konającego szpitala dziecięcego we Wrocławiu. Nie jestem pewna czy oczekiwanie takiej spolegliwej postawy od posłów i senatorów jest tutaj na miejscu, skoro oni sami wciąż uskarżają się na niskie poselskie gaże i inne związane ze swoją funkcją, dodatkowe materialne ekwiwalenty.

Poselska bieda

„Zawodowy” poseł otrzymuje „tylko gołą nieopodatkowaną pensję”, dodatki za pracę w komisjach sejmowych oraz diety. Według publikacji prasowych polski parlamentarzysta otrzymuje obecnie co miesiąc uposażenie w wysokości 8980 zł brutto, dietę 2245 zł, (z czego 2100 zł jest wolne od podatku), 9320 zł na utrzymanie biura poselskiego, w którym bywa rzadko bo musi przecież podróżować, 20 albo 15 procentowy dodatek do uposażenia w przypadku pełnienia funkcji przewodniczącego lub wiceprzewodniczącego komisji. Parlamentarna klasa polityczna ma też przywilej podróżowania po kraju środkami komunikacji publicznej za darmo oraz prawo do bezpłatnych przelotów, ale tylko w krajowym przewozie lotniczym( www.aferyprawa.com.pl). Na zagranicze porzeloty w tym roku przeznaczono jedynie 14 mln złotych polskich.

Trasy i koszty poselskich przemieszczeń

Statystyczny poseł ma do "wyjeżdżenia” rocznie około 30 tys. zł, a senator 57 tys. Od października 2005 do sierpnia 2006 wszyscy posłowie odbyli łącznie 8 686 lotów; średni koszt jednego lotu to 511,46 gr(podstawowa renta w Polsce wynosi 600 zł). Z budżetu państwa, czyli pieniędzy podatników, pokrywane są nie tylko koszty przejazdu parlamentarzystów, ale też hotel i diety (ich wysokość zależy od kraju, do którego posłowie wyjeżdżają).

Przeglądając aktywność polityczną i trasy przelotów tej i innych parlamentarnych delegacji ze zdumieniem trzeba stwierdzić, że niektórzy posłowie i senatorowie są właściwie stale „na wylocie”, gdyż 75% swojego czasu spędzaja poza krajem. Rekordzistą nie do pobicia jest w tej kadencji poseł Tadeusz Iwiński z SLD. Od października 2005 do stycznia 2007 poseł Iwiński wyjeżdżał z kraju aż 34 razy. Odwiedził m.in. Francję (11 razy), Belgię, Grecję, Kanadę Kazachstan, Rosję, i Szwajcarię. Drugi na liście jest Adam Struzik z PSL który, zaliczył do tej pory 26 delegacji i zaszczycił swoją obecnością takie kraje jak Wietman, Laos, Argentynę, Urugwaj, Mongolię, Japonię i Chiny. 27 zagranicznych podróży "zaliczył” Karol Karski z PiS (m.in. Austria, Azerbejdżan, Czechy, Finlandia, Maroko, Monako). W krajowej czołówce znajduje się też opolska poseł Danuta Jazłowiecka (PO). Od października 2005 do stycznia 2007 wyjeżdżała z kraju służbowo 17 razy, najczęściej do Francji, zaś jej koleżanka Alicja Grześkowiak z PSL w czasie 18-tu miesięcy swojej kadencji zdążyła już odbyć 16 zagranicznych podróży.

Polityczne egzorcyzmy marszałka Senatu

Wracając do naszej Wielkiej Niezlustrowanej Delegacji - tak licznej drużyny z ulicy Wiejskiej nie widział dotąd żaden kraj na świecie. Czym więc sobie Polonia w Australii zasłużyła na ten ogromny zaszczyt? Ano, zasłużyła sobie i to bardzo. Od ponad dwóch lat, nie wykończeni jeszcze przez agentów- rezydentów działacze Solidarności i ludzie represjonowani politycznie w PRL wyjątkowo się majestatowi marszałka Borusewicza narazili. I to parokrotnie.

Przede wszystkim domagali się, aby nie wręczał nominacji na członka Rady Koordynacyjnej Polonii Świata byłemu członkowi PZPR, prezesowi reprezentującemu organizacje polonijne w Australii i Nowej Zelandii, Januszowi Rygielskiemu. Osobnik ten w partyjnej uniżoności w swoich artykułach publikowanych w PRL-u wychwalał pod niebiosa ustrój komunistyczny. W jednym z nich pan prezes napisał ..: ”Postęp ten jest widoczny w całym kraju, niemal w każdym jego zakątku. Daje się zauważyć dymami odległych kominów, światłem neonów, hukiem motorów i ich ciągłym ruchem.” (Technika i ty” z dn.1.06.69r).

W swojej argumentacji oburzeni „heretycy” Solidarności zarażeni bakcylem przyzwoitości i moralności zwracali marszałkowi Senatu uwagę, iż pan Rygielski nie tylko, że nie był jedynie zwykłym bałwochwalczym aparatczykiem, ale co miało niebagatelne znaczenie, pan Rygielski został wybrany na prezesa Rady Naczelnej kłamiąc. Ukrył on przed wybierającymi go na reprezentanta „zorganizowanej Polonii” przedstawicielami niepodległościowych polonijnych organizacji, rodzinami oficerów zamordowanych w Katyniu i Sybirakami, fakt swojej wstydliwej przynależności do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Działacze Solidarności protestowali również gdy ten kłamliwy były członek PZPR ośmielił się dokonać kolejnego „przekrętu” i uzyskał z pominięciem jakiejkolwiek kwarendy status osoby pokrzywdzonej politycznie. Wprawdzie tego statusu nikt na oczy nie widzial i jest on jedynie do tej pory plotką medialną, to sam pokrzywdzony pan prezes przyznał, całe jego pokrzywdzenie polegało na tym, iż dwukrotnie odmówiono mu przyznania paszportu w stanie wojennym, w tym raz na wyjazd do Bułgarii.

Wszystkie protesty solidarnościowych działaczy i ludzi uczciwych mieszkających w Australii zostały przez Pana marszałka, naszego przecież „ Borsuka”, zignorowane. Dlatego pewnie już nikogo nie dziwi fakt, że marszałek przylatuje za morze ale nie ma w planie wizyty ani jednego spotkania z działaczami „Solidarności” ani z osobami represjonowanymi politycznie, ani nawet z osobami, które tak efektywnie walczyły o pełną lustrację w Polsce i lustrację środowisk polonijnych na całym świecie.

Marszałek murszejący?

Jak się okazuje Pan marszałek, ta jego murszejąca powoli gwiazda solidarnościowej legendy i antykomunistycznej ikony, będą wyłącznie do dyspozycji tzw.” Polonii zorganizowanej”, która stanowi jedynie 3% wszystkich Polaków zamieszkałych w Australii. Wstępu na coctajl party będą pilnować ochroniarze i ujrzeć oblicze marszałkowskie będzie można jedynie za specjalnymi zaproszeniami (ciekawe, czy będą one w kolorze czerwonym). Kto nie chce już wiecej mieć do czynienia z takim czy siakim polonijnym prezesem – nie wejdzie, za nic.
Będzie zatem niegdysiejszy „Borsuk” obłapiać się z przefarbowanymi czerwonymi prezesami i ambasadorem Więcławem, który dyplomatyczne kwalifikacje zdobywał w Moskwie.

Zachowanie Pana Borusewicza w trakcie walki o lustrację w okresie marzec 2006–marzec 2007 też pozostawia wiele do życzenia. To właśnie on, gdy Australijska Grupa Lustracyjna zwróciła się o pomoc w przeforsowaniu w Polsce zmian legislacyjnych umożliwiających lustrację Polonii powiedział, że to nie będzie możliwe, bo agentów w latach 1944-1989 wyeksportowano z PRL-u około 100 000 tysięcy.

Aż dziwne, że Pan marszałek mając tę wiedzę nie boi się o swoje parlamentarne życie, chociaż tutaj działaczom i zwolennikom „Solidarności” wciąż grozi się śmiercią i znieważa za antykomunistyczne poglądy. Analitykom serdecznie polecam wszystkie wypowiedzi radiowe i telewizjne marszałaka Senatu w sparwie lustracji. Niecierpliwym lub leniwym wyjaśniam, że marszałek w swoich licznych wystąpieniach dał się poznać jako jeden z „wielkich lustracyjnych hamulcowych”.

Głosił on, między innymi, że „lustracja tak, ustawa nie ”, „lustrować ale nie wszystkich”, „ujawniać ale tylko częściowo”, a ostatnio nawet odważył się wyznać, że „dziennikarze do lustracji ale polonijni nie”. Ta marszałkowa postawa jest polityczną i moralną zagadką, i dowodzi umiejętności PoPiSowego balansowania na płocie politycznych podziałów. Widać, że bliskie kontakty z premierem Buzkiem (agent wywiadu PRL i TW ” Docent”) zainfekowały silny organizm naszego polityka wirusem politycznej obłudy i hipokryzji.

Trochę to przykre, że człowiek na którego donosił do SB inny idol solidarnościowej rewolucji Mieczysław Cholewa, TW „Rejtan” (autor i wykonawca piosenki o Janku Wiśniewskim), nie ma odwagi spotkać się z tymi, dzięki którym wspiął się na tak wysokie stanowisko w wolnej Polsce.

Szkoda. Może wówczas dowiedziałby się gdzie w Melbourne spoczywa jego łączniczka Mirka Z., bohaterka gdańskiej podziemnej Solidarności, która tak jak i śp. żona Pana marszałka Alina Pieńkowska zmarła bardzo młodo, w wieku 48 lat. Może i na Jej grobie zechciałby złożyć kwiaty i otoczyć Ją swoją modlitwą?

*******

Na zakończenie chcę życzyć Panu marszałkowi i Wielkiej Niezlustrowanej Delegacji przyjemnych wczasów na australiskiej ziemi. Wiadomo mi, że „Polonia zorganizowana” jest przygotowana i czeka. W programie wizyty przewidziano część artystyczną. Obawiam się jednak, aby uradowany politycznymi egzorcyzmami prezes Rygielski ze swoimi niezlustrowanymi kolegami nie posunął się za daleko i nie zarecytował Panu Borusewiczowi jednego ze swych ulubionych wierszy autorstwa noblistki, W. Szymborskiej:

Partia. Należeć do niej,
z nią działać, z nią marzyć,
z nią w planach nieulękłych,
z nią w trosce bezsennej -
wierz mi, to najpiękniejsze,
co się może zdarzyć,
w czasie naszej młodości
- gwiazdy dwuramiennej.

Przy okazji chciałabym w imieniu swoim i solidarnościowych niedobitków z Melbourne poprosić marszałkowski majestat o zabranie z powrotem do Polski ambasadora Więcława z małżonką wraz z ich mieniem przesiedlenia, w którym pokaźną część stanowią perskie dywany i aborygieńskie dzieła sztuki. Proszę przypomnieć ambasadorowej Bugumile o tym, aby raczyła przed wylotem powiesić na ścianach w polskiej ambasadzie w Kanberze wawelskie arrasy, które zdjęto jakiś czas temu, bo jak odpowiedział jej małżonek - nie przypadły małżeństwu do gustu.
Australia 22.03.2007

Archiwum ABCNET 2002-2010: