BEZ DOSTĘPU

Dom Literatury widział już niejedną awanturę, ale ta należała raczej do większych.

Stuczterdziestokrzesłowa sala na pierwszym piętrze pomieściła co najmniej o połowę więcej osób, siedzących na schodkach, powciskanych w różne zakątki lub po prostu krążących w nagłośnionych (kiepsko) kuluarach. Członkowie Stowarzyszenia Wolnego Słowa z Warszawy i z wielu miejsc w Polsce. Luksusowi, znani, elegancko ubrani dawni lub aktualni posłowie, dyrektorzy na szczytach władzy – ci, co jak się mówi, odnaleźli się w III RP, a obok skromnie odziani działacze, niedopłaceni wiecznie dziennikarze niegdysiejszych podziemnych pisemek, drukarze z „wolnych wałkowych” imienia różnych niepotrzebnych już dziś nikomu wielkich nazwisk z przeszłości, dziś sami też już niepotrzebni, przestarzali, bezrobotni lub na nędznych rentach. Wszyscy w wieku „wylewowym”, czyli w okolicach 50-65 lat. Pierwsi uważni i powściągliwi, drudzy wyraźnie buzujący hamowanymi z trudem emocjami, z wypiekami na twarzy. Ogromna przewaga mężczyzn, ale nie sami. W głębi sali wielka dama „Solidarności”, żałobnie srebrzysta Ligia Grabowska
.
Za stołem prezydialnym pokrytym zielonkawym suknem (faites les jeux, panowie, pionki w grze!) prezes IPN Janusz Kurtyka, prof. Andrzej Rzepliński i trzej młodzi, stanowczo za młodzi posłowie PiS, PO i Samoobrony jako „przełożenie” naszych postulatów na parlament, i śliczna, smukła pani Dorotka z „Wiadomości” telewizji, z jej ledwie widocznej części „prawicowej”, bo ostatnio widziana na przyjęciu w „Gazecie Polskiej”. Pod stołem prezydialnym na skromnym krzesełku Anatol Lawina, lustrujący salę uważnym okiem, zliczający być może głosy za i przeciw. Ale głosowań raczej nie było.

Kamery, telewizje, reflektory, kable pod nogami.

Trochę młodzieży – krakowski działacz prolustracyjny Mateusz Szpytma, obecnie asystent Kurtyki, dzieci działaczy, paru dziennikarzy. Sporo tajnych agentów, w końcu na sali było paru posłów i innych osób w randze ministra. Łatwo poznać ich, bo zawsze patrzą w innym kierunku niż wszyscy.

Naprzeciwko stołu w pierwszym rzędzie foteli prominentni działacze SWS, jak Jacek Szymanderski. W kuluarach zatroskany moderator portalu SWS, Krzysztof Markuszewski i sławny Mirosław Chojecki, oraz smutny dziś czegoś Marcin Wolski.

Na stołach kusiło parę półmisków z kanapkami i chipsami, otoczonych bateriami butelek z mineralną, by chłodzić rozpalone karki. Starczyło tylko na początku.

Prezes IPN wygłosił interesujące przemówienie, z którego wynikało, że jest zdecydowanym zwolennikiem możliwie szerokiego udostępniania akt IPN, z czym jednak wiąże się wiele, i niestety coraz więcej, ograniczeń ustawowych. Pod koniec panowania prezesa Kieresa, jak stwierdził, do zbioru zastrzeżonego przekazano wszystkie kartoteki i spisy potrzebne do poruszania się w zbiorze jawnym, nie tylko listę Wildsteina, ale i po prostu katalogi zbiorów, co znakomicie utrudnia znalezienie tam czegokolwiek. Obecni na sali wierzyli, że badacze i dziennikarze mają dostęp do akt IPN, choć jest on dziennikarzom praktycznie zabroniony a dla badaczy znacznie ograniczony wskutek kilku orzeczeń sądów, łącznie z Trybunałem Konstytucyjnym.

Prof. Rzepliński miał porównać cztery istniejące projekty, ale po jego przydługim wystąpieniu wszyscy wiedzieli tyle, co przedtem.

Rozpoczęła się dyskusja.

Pani Dorotka prowadziła zebranie grzecznie, ale ostro i bez sentymentów. Zmieniała temat, gdy „przyszedł już czas, by przejść do następnego punktu”, a nie wtedy, gdy punkt poprzedni został wyczerpany. Rodziło to naturalnie coraz większą złość i zniecierpliwienie. Kto i kogo (jakie środowiska, grupy zawodowe) powinien lustrować, jakie procedury w procesie lustracyjnym i dostępie do archiwum IPN, czy każdy powinien mieć bez ograniczeń dostęp do akt zgromadzonych w IPN; i czy SB była organizacją przestępczą.

Jako jeden z pierwszych dyskutantów zabrał głos Andrzej Rosner z SWS, raczej z tych, co odnaleźli się w III RP. Z jego słów zrozumiałam, że próbował jako stanowisko SWS przeforsować pogląd „nieformalnego zespołu” powstałego przy zarządzie, że sąd lustracyjny jest bardzo dobrym i sprawdzonym rozwiązaniem.

Nastąpiły gwizdy i krzyki, i powstało powszechne pytanie, kto upoważnił SWS do powoływania takiego zespołu a Rosnera do prezentowania rzekomo wspólnego stanowiska. Nie było żadnych uchwał, żadnych głosowań.

Publiczność żądała stanowczo pełnego dostępu do akt IPN, a sąd lustracyjny chciała oddać do likwidacji. Jacek Szymanderski wyraził pragnienie sali: uznać wreszcie byłe organy ściągania PRL za organizację przestępczą; nagrodziła go burzliwa owacja. Prof. Rzepliński uznał jednak ten projekt za niezwykle trudny prawnie.

Rosner wycofywał się rakiem ze swego poparcia dla sądów lustracyjnych, wreszcie poprawił swój image, rzucając na pożarcie obecnym pomysł, by zlustrować wszystkich nauczycieli.

Bagatelka, podniósł prezes Kurtyka, nauczycieli jest kilkaset tysięcy, powinni być zlustrowani, ale jak to zrobić w obecnej sytuacji kadrowej i finansowej IPN?

W dyskusji o dostępie do akt wysuwano i odrzucano pomysły, czy ujawniać wszystkie akta, czy tylko niektóre, przy czym szybko się okazało, że zwykli ludzie przez ujawnienie rozumieją powszechny dostęp, np. w Internecie, a fachowcy z IPN przez ujawnione akta rozumieją akta znajdujące się w zbiorze jawnym, bo jest i zbiór zastrzeżony, do którego nikt poza jednostkami nie ma dostępu. Wasza wysłanniczka orzekła, że w sytuacji istniejących obecnie ograniczeń należy pilnie określić program minimum, co w pierwszej kolejności uporządkować, by przywrócić społeczeństwu choćby dotychczasową dostępność do akt IPN.

Młodzi posłowie z trudem próbowali zorientować się w temacie, rozumiejąc jednak wyraźnie, że jest ważny i wbrew pozorom aktualny. Przekładali okrzyki na postulaty, możliwe do przedstawienia w parlamencie.

Kogo jeszcze lustrować obok nauczycieli, pracowników zarządów związków zawodowych (obecnych), co postulował Marek Pernach? Księży.

I tu niespodzianka – wystąpił sławny dziś ks. Isakowicz-Zaleski z Krakowa, opowiedział o swoich doświadczeniach, m.in. o pogróżkach, jakie były esbek wygłaszał przez nagłośniony telefon pod adresem autora programu telewizyjnego. Zaowocowało to przyjęciem uchwały SWS, listu do min. Ziobry o „ukaranie brutalnych pogróżek publicznie rzucanych przez byłego szefa Wydziału IV SB Kazimierza Aleksanderka wobec dziennikarza TV Macieja Gawlikowskiego, autora filmu o prześladowaniach Kościoła w Krakowie.”

Jak lustrować?

W tej części dyskusji emocje sięgnęły zenitu, sąd lustracyjny został całkowicie potępiony przez aklamację. Czesław Bielecki, chmurny i niezadowolony, podkreślał, że trzeba rozróżniać zawodowych agentów i etatowych pracowników od TW, i że w cywilizowanym państwie ostatnią instancją odwoławczą musi być sąd. Śmiesznie jednak brzmiały głosy, że jakaś droga sądowa jest potrzebna w procesie lustrowania, bo nikt na sali nie miał co do tego wątpliwości, podobnie jak nie miał wątpliwości, że sąd lustracyjny wielokrotnie swoimi wyrokami i poszukiwaniem definicji TW i okoliczności łagodzących wzbudził najdalej idące wątpliwości co do tego, czy warto, by istniał, bo np. wielu TW sprawdzonych dzięki aktom oczyścił z zarzutów.

Wasza zemocjonowana korespondentka wyszła na chwilę w kuluary. Kanapki znikły, woda wypita. Wyszłam zatem w ciepły przedkwietniowy wieczór, rozmyślając, do czego w Polsce służą sądy, narodowe archiwa, dziennikarze i takie stowarzyszenia jak nasze. Niestety, uwijające się świergotliwie przy budowie gniazdek ptaszki były zbyt zajęte, by odpowiedzieć mi na te pytania.

Odpowiedział na nie uczestnik internetowego forum SWS („zlisiecki”): „Być może więcej niż tajne służby, przed wyprostowaniem broni się nasz złamany [latami PRL] do połowy kręgosłup, powodując, że w III RP stawaliśmy się niekiedy (podobnie jak Wałęsa) karykaturami samych siebie.” Sądzę, że uwaga ta na pewno odnosi się do części uczestników spotkania.

I co my byśmy zrobili, gdyby nie Kraków? Może jednak przenieść tam stolicę...?

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: