ANDRZEJ GWIAZDA – WYKLĘTY W UBEKISTANIE

Zamieszczamy kilka wiadomości o Andrzeju Gwiaździe, osobie w III RP wyklętej, wyklętej słusznie, bowiem nie chodzi o to co Andrzej Gwiazda mówi i tak nikt tego w skali masowej nie słyszy, nie rozumie lub udaje, że nie rozumie bo nie leży to w jego interesie, lecz o to, że jako przeciwnik bezpieki stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo dla elity Ubekistanu. Co innego „Bolek”, „Carex”, „Belch” i inni, to są prawdziwi bohaterowie pozytywni – symbole III RP.

Wszyscy wszystko rozumieli od samego początku tylko widzieli swój interes we współpracy z bezpieką, bo zapewniała awans społeczny – można było z jej nadania zostać ekspertem „S” lub członkiem rządu Mazowieckiego. Natomiast tzw. masy nie chciały ryzykować, po co walczyć o wolność, jeżeli Wałęsa obiecuje, że ją uzyskamy oszustwem. Przejawiała się tu psychologia lokaja. J. Darski

„Gdybyśmy się idei wyrzekli, a nazwę sprzedali, o co byśmy dalej mogli walczyć?”

Andrzej Gwiazda, gryps, Białołęka marzec 1982 r.

Stefan Kisielewski zapytany o Andrzeja Gwiazdę odpowiedział, że osobiście go nie zna, wie tylko, że jest to człowiek którego boi się Wałęsa („Alfabet Kisiela”). Jak to więc się dzieje, że o Wałęsie media trąbią codziennie, a nazwiska Gwiazdy nie ma nawet, w znakomitej skądinąd, Wielkiej Encyklopedii Polski? Taki jest los ludzi zbyt daleko i zbyt ostro widzących, którzy mówią rzeczy niewygodne, niezgodne z wersją wpajaną przez „Gazetę Wyborczą”, których nie chce się słuchać, wierząc lub chcąc wierzyć, że „nasi” z Wyborczej wiedzą co dobre dla kraju, więc trzeba im zaufać, nawet gdy to, co mówią, wydaje się zwykłym ludziom podejrzane. Dobry przykład stanowi słynna debata telewizyjna Wałęsy z Miodowiczem 30 listopada 1988 r., kiedy to po raz pierwszy od stanu wojennego przedstawiciel Solidarności wystąpił w telewizji, by zmierzyć się z przedstawicielem „wronich” związków. Polacy siedzieli przy telewizorach wstrzymując oddech z przejęcia. Następnego dnia OBOP przeprowadził sondaż wśród mieszkańców Warszawy; 61% odpowiedziało, że „dyskusja ta była drobnym krokiem rokującym pewne nadzieje”, a na pytanie „kto lepiej wypadł” 60% stwierdziło, że Wałęsa. Podobnie myślała cała Polska. Natomiast Gwiazda wydobył z debaty to, po co naprawdę została zaaranżowana, i przekazał w artykule ogłoszonym w podziemnym „Poza Układem” nr 1/1989:

„Miodowicz zaproponował doktrynę: jeden zakład – jeden związek. W politycznym publicznym oświadczeniu oznacza to ofertę administracyjnego rozwiązania wrono-związku w pewnych zakładach i powołanie w to miejsce innego, o nazwie „Solidarność”. Należy tę propozycję odrzucić, ale nie powinno się nie zauważyć, że była to konkretna propozycja kompromisowa. Tego, co Wałęsa zadeklarował w naszym imieniu, nie zauważyć nie wolno. Wałęsa zgłosił szereg deklaracji ustępstw bardzo daleko idących:

1. „Solidarność” będzie teraz zupełnie inna niż ta w 1981 r.

2. Do nowej „Solidarności” wejdą zupełnie nowi ludzie.

3. Zakaszemy rękawy.

4. Jesteśmy gotowi do głębokich wyrzeczeń.

5. Wspomniał o udzieleniu kredytów za cenę rejestracji „Solidarności”

6. Podał jako wzór do naśladowania pierestrojkę i genseka Gorbaczowa i wezwał PZPR do naśladowania KPZR.

Co to oznacza? „Solidarność” w 1981 postępowała zgodnie ze statutem i usiłowała bronić, często bardzo skutecznie, interesów pracowników. Nowa „Solidarność” będzie zupełnie inna. Czy lepsza? Oczywiście nie, skoro Wałęsa w ten sposób uspokajał Politbiuro, by nie bało się tej „nowej Solidarności”. Oznacza to również, że Wałęsa obiecuje tak tę „nową Solidarność” ukształtować, by nie była ona groźna dla PZPR – pracodawcy. Do nowej Solidarności wejdą zupełnie nowi ludzie – uspokaja Wałęsa Miodowicza i nas. Przecież przy wolnych wyborach nie można takiej obietnicy złożyć! Czy więc władze nowej Solidarności zostaną wyłonione w wyborach, czy też znów poprzez mianowanie? Mianowanie z uwzględnieniem życzeń PZPR”.

Ludzie jednak Gwiazdy nie rozumieli lub nie chcieli rozumieć, przychodzili na spotkania z nim, ale gdy krytykował program „konstruktywnych ekspertów z Wałęsą na czele”, odpowiadali, że to niemożliwe, aby Wałęsa zdradził, on tak tylko gada, żeby czerwonego przechytrzyć, ale swoje wie.

27 lutego 1989 r. Gdańskie Towarzystwo Filozoficzne zorganizowało spotkanie, prosząc Gwiazdę o wygłoszenie referatu „Czy w systemie totalitarnym możliwy jest dialog”. Gwiazda odpowiedział, że oczywiście nie jest możliwy, ale rozumiejąc, że filozofowie tak naprawdę pytali o to, czy możliwy jest dialog przy okrągłym stole, odpowiedział: „Należy odpowiedzieć pytaniem: kogo z kim? Praktyka pokazuje, że możliwy jest dialog elit społecznych z elitą władzy, ale tylko pod warunkiem, że w tym dialogu przestaną być artykułowane interesy społeczeństwa, a wszystko wskazuje, że w ewentualnie zawartej umowie interesy społeczeństwa zostaną pominięte. /.../ W Polsce wytworzył się szczególny rodzaj utopii politycznej, którą jej zwolennicy z dużym poczuciem humoru nazywają „realizmem”. Ludzie ci nie wiem z jakiego powodu nie dostrzegają, że oprócz Biura Politycznego, oprócz pułkowników policji i wojska jest jeszcze w tym kraju trzydzieści parę milionów ludzi. Cała ich optyka zamyka się na: nasza grupa 50-osobowa i ich grupa 50-osobowa. Relacje między tymi grupkami są jedynie ważne, zastanawiają się „co oni zrobią” i czy to się da wykorzystać dla naszych celów, cała optyka kierowana jest na tej linii”. Uczestnicy spotkania nie byli z tej odpowiedzi zadowoleni. Powód niezadowolenia tak jeden z nich wyłożył: „Kolega poprzednio zadający pytanie mówił o jego zdaniem skutecznym mechanizmie działania w imieniu związku na zasadzie: Wałęsa dobiera sobie doradców, ludzi mądrych, którzy wspólnie mogą dobrze działać. Dlaczego taką wagę przywiązujesz do demokracji wewnątrzzwiązkowej?”

Był to czas jakiejś dziwnie ślepej wiary w ekspertów i ich dobre intencje. Cieszono się, że eksperci ułożyli konstruktywny, realistyczny, czyli dobry program, każdego myślącego inaczej oceniając jako niekonstruktywnego, czyli nierealistycznego wręcz głupiego. Taki obraz wykreowała „Gazeta Wyborcza”, która miała szalone przebicie, bo wydawał ją „nasz Adaś”. Mało kto wtedy wiedział, a gdyby wiedział, nie przyjąłby do wiadomości, że „16-18 stycznia 1989 – X Plenum KC PZPR (druga tura) ogłosiło gotowość do rozmów z opozycją i włączenia „konstruktywnej opozycji do systemu politycznego” - cytat z „Kalendarium III RP” opracowanego przez Teresę Bochwic.

Gwiazda mówił, pisał, ostrzegał, wyjaśniał, co się szykuje, ale był to głos wołającego na puszczy. Jak wyraźnie widział to, co było przed społeczeństwem ukrywane, świadczy gryps, który w marcu 1982 roku wysłał z więzienia w Białołęce. Był początek wojny jaruzelsko-polskiej i hasła „zima wasza – wiosna nasza”. 1 Maja w Gdańsku, na widok cherlawego pochodu komunistów, mieszkańcy spontanicznie utworzyli pochód własny, ogromny, wielotysięczny i szli wołając „Chcieli pochód – mają pochód”. Podobnie było w innych miastach, bo wiara, że zwyciężymy, była bardzo silna. Więzienie, w którym siedział Gwiazda, nie było zupełnie odcięte od świata. Rodziny przekazywały informacje na widzeniach, ktoś przemycił radyjko, wiadomo więc było, co się dzieje w kraju. Gwiazda słuchał informacji, rozmów prowadzonych przez kolegów i napisał tekst, który z dzisiejszej perspektywy brzmi jak proroctwo. Gryps składał się z pięciu części, przytaczam ostatnią, bo pasuje do 25 rocznicy. Zawarte w niej twierdzenie, że od 1949 r. walczyliśmy o niezależny związek zawodowy, wynika oczywiście z konwencji językowej tamtych lat, mówienie o niepodległości budziło wtedy grozę.

Białołęka, marzec 1982 r.

Czy grozi zdelegalizowanie „Solidarności”?

Walka o niezależny związek zawodowy trwa wiele lat, umownie od 1949 roku. 1956, 1970, 1976, 1980 były kolejnymi datami historycznymi tej walki. Rok 1982 jest następnym etapem. Wiemy, co robić, jeżeli ten etap wygramy – wrócimy do naszych struktur, lokali, drukarni. Opracujemy, przedyskutujemy i uchwalimy program bieżących działań i celów. Będziemy ten program realizować.

Musimy też wiedzieć, co robić, jeśli tego etapu nie wygramy. Postawiono propozycje:

a) „Solidarność” ze zmienionymi władzami, struktury kontrolowane przez PZPR,

b) rozwiązanie wszystkich związków zawodowych i powstanie nowego, kontrolowanego,

c) delegalizacja „Solidarności”.

Z tych trzech rozwiązań, zaproponowanych przez Biuro Polityczne, bezwzględnie najlepsze jest trzecie. „Solidarność” miała swe konkretne oblicze, swój program, zasady i prawa wewnętrzne oraz przyznane zewnętrzne. Nie widzę tu możliwości rezygnacji z czegokolwiek. „Solidarność” była niezależna i samorządna, nikt nie miał prawa ingerować w obsadę personalną, w program, statut, strukturę. Nikt nie może narzucać lub przegrupowywać celów, nikt nie może (nie ma prawa) uniemożliwiać wzajemnego porozumiewania się członków, uzgadniania interesów grupowych przez ograniczanie swobody wypowiedzi w naszych wewnętrznych pismach i publikacjach. Jeżeli byśmy się na to zgodzili, neo-„Solidarność” nie byłaby już „Solidarnością”. Byłoby to ogromne nadużycie wobec naszych członków, byłoby splugawieniem idei i nadziei związanych z „Solidarnością”. Mylą się zwolennicy ugody za wszelką cenę, że lepszy jest byle ochłap, jeżeli nie można mieć całości. Przecież jeżeli „Solidarność” zostanie zdelegalizowana, utworzy się w to miejsce inny związek zawodowy, w którym mogą działać ci, co do działania potrzebują koniecznie etatów, samochodów i przyzwolenia władzy. Do tego związku mogą należeć ci, którym zależy jedynie na zapomodze na urodzenie dziecka, wczasach i biletach do cyrku. Do tego związku może się nawet zapisać formalnie wielu naszych członków. Ale „Solidarność” pozostanie. Pozostanie w pamięci, w sercach i w dążeniach. A wtedy jest tylko kwestią czasu, aby odrodziła się w całej pełni.

Delegalizacja „Solidarności” to nie jej koniec, to etap pracy przygotowującej ją do wyjścia z podziemia w kształcie znacznie silniejszym niż dotychczas. Przechowanie zasad i idei „Solidarności” w działaniu i dążeniach jej członków – to gwarancja odrodzenia. Zgoda, aby pod szyldem „Solidarności” działał związek do niej niepodobny. To sprzeniewierzenie zasad i hasła. Jeżeli nie starczy nam sił, aby obronić „Solidarność”, nie pozwólmy jej przynajmniej splugawić. Niech powstanie inny związek zawodowy z innymi władzami, inną nazwą i strukturą. Możemy dołożyć starań, aby był możliwie dobry. Ale nie sprzedawajmy nazwy, która jest nośnikiem idei. Gdybyśmy się idei wyrzekli, a nazwę sprzedali, o co byśmy dalej mogli walczyć?

Andrzej Gwiazda ur. 14.04.1935 roku w Pińczowie, działacz związkowy, inżynier. Ojciec był marynarzem-mechanikiem w Flotylli Pińskiej, wojnę przeżył w oflagu, matka z 4-letnim Andrzejem wywieziona została do północnego Kazachstanu; wrócili w 1946 r. Gwiazda skończył elektronikę na Politechnice Gdańskiej, w 1961 ożenił się z Joanną Dudą (inż. silników okrętowych), razem w latach 1970-tych związali się z opozycją polityczną. W 1978 z Krzysztofem Wyszkowskim zakładał Wolne Związki Zawodowe, w sierpniu 1980 był członkiem Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej, ważną rolę odegrał podczas negocjacji z ekipą rządową. Wiceprzewodniczący Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego, potem Krajowej Komisji Porozumiewawczej i Komisji Krajowej. Internowany z 12 na 13 grudnia 1981, w grudniu 1982 oficjalnie aresztowany (razem z dziesięciu innymi działaczami), zwolniony w marcu 1984, w grudniu tego roku ponownie aresztowany, zwolniony po 6 miesiącach. 1987-89 członek Grupy Roboczej Komisji Krajowej NSZZ”S”, przeciwnik Okrągłego Stołu i Drugiej Solidarności.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: