POWRÓT AMERYKAŃSKIEGO BRATA

Teoretycznie na Ukrainie możliwe są obecnie cztery główne rozwiązania. Pełnia władzy dla Juszczenki i jego ostry kurs na Zachód. Prezydentura dla Juszczenki, ale zachowanie dużych wpływów przez polityków, chcących balansować między Rosją a USA. Stan wyjątkowy i utrzymanie władzy dotychczasowych elit. Podział Ukrainy. Niezależnie jednak od tego jak zakończą się wydarzenia na Ukrainie, jedno jest już przesądzone: dzięki nim, Waszyngton pełną parą powrócił do czynnej polityki w Europie. To stawia przed polityką polską nowe szanse i wyzwania.

Przez ostatnie kilkanaście miesięcy wydawało się, że Amerykanie machnęli ręką na stary kontynent i postanowili zostawić UE na pastwę Francji, Niemiec i Rosji. Uwagę Waszyngtonu całkowicie absorbował Bliski Wschód i daleka Azja. Nie wiem, dlaczego amerykański Biały Dom zdecydował jednak dokonać tak radykalnego zwrotu. Zauważmy, że przez wiele tygodni Waszyngton ani się nie zająknął na temat skandalicznej kampanii wyborczej na Ukrainie, ani na temat przebiegu pierwszej tury wyborów. Dopiero druga tura i wielkie demonstracje w Kijowie stały się pretekstem do najpierw ostrożnego, a po paru dniach bardzo ostrego poparcia dla Juszczenki. Nie jest wykluczone, że Bush, po wygraniu swojej drugiej kadencji, chce – idąc w ślady Clintona, otwierającego NATO dla państw z byłego bloku sowieckiego – przejść do historii jako prezydent, dający Ameryce w wianie zjednoczoną wielką Europę – dziś z Ukrainą, jutro może także z Białorusią. Niewątpliwie przecież odzyskanie dla Europy tych krajów w wersji państw rządzonych przez proamerykańskie elity , a w perspektywie jest przecież przyjęcie Turcji do UE, oznaczałoby znaczne zwiększenie roli USA na starym kontynencie. Może to również oznaczać, że Bush postanowił prowadzić twardą politykę międzynarodową, bez oglądania się na Rosję. Nie chce być już dalej zakładnikiem Putina, w imię iluzorycznej współpracy przy zwalczaniu terroryzmu. Z kalkulacji Waszyngtonu może wynikać – moim zdaniem, słusznie – że w decydującej rozgrywce o prymat na świecie między USA i Chinami, która już trwa, ale jej istotne nasilenie nastąpi za 10-15 lat, ścisły związek polityczny i ekonomiczny między Starym a Nowym Kontynentem jest ważny. Stąd konieczność zredukowania wpływów rosyjskich w Europie i związania Brukseli z Ameryką.

Ukraina jest tutaj na pewno sprawą kluczową, ponieważ koncepcja Putina odbudowy mocarstwowej pozycji Rosji bierze w łeb, gdy Ukraina niczym Gruzja odpływa od Moskwy w siną dal. Możliwe, że Amerykanie zorientowali się, że mają okazję do położenia kresu aspiracjom prezydenta z KGB. Paradoksalnie możliwość tę stworzył im sam Putin, usiłując bezceremonialnie podporządkować sobie Kijów. Osłabiając Kuczmę i namaszczając szemranego figuranta Janukowycza, Moskwa wywołała konfrontację, w której sama padła ofiarą. Do takiej polityki Putina przyczyniła się UE, a zwłaszcza Niemcy i Francja, deklarując brak zainteresowania dla wstąpienia Ukrainy do brukselskiego stowarzyszenia państw europejskich.

Co z tego wynika dla Polski i jej interesów?

Po pierwsze, możliwość budowania własnej silniejszej pozycji w Europie w oparciu o związki polityczne i gospodarcze z USA. Po drugie, zwiększa szansę na oczyszczenie krajowej sceny politycznej – i szerzej: publicznej, w tym medialnej – z wpływów rosyjskich. Oczywiście, wszelkie obce agentury są szkodliwe dla życia publicznego. W naszym jednak wypadku, szczególnie groźna jest agentura moskiewska z dość oczywistych powodów. Po trzecie, możemy uniezależnić się energetycznie od Rosji. Żeby jednak taką szansę wykorzystać, nasi politycy powinni ją w ogóle dostrzec i mieć wolę jej spełnienia. Nie spełni tego Kwaśniewski, gdyż cała jego aktywność to balansowanie między Rosją a USA, przy wykorzystaniu sztafażu brukselskiego. Dlatego tak się polubił z Kuczmą. Belka zapewne tylko puszczał oko, że jest takim amerykańskim koniem trojańskim; a nawet, gdyby uwierzył w swoją misję, to nie ma żadnych możliwości politycznych. Cała nadzieja w tym, że Rokita i Kaczyńscy prawidłowo odczytają znaki z politycznego nieboskłonu i na dodatek zdołają uciułać odpowiednie procenty w wyborach. Wielka jednak szkoda, że nasza mała szansa na wykorzystanie szansy historycznej danej nam znowu przez los i wujka Sama pojawi się dopiero za rok, gdy odbędą się wybory parlamentarne. A może dałoby się coś zrobić wcześniej? Tylko jak?

www.krzysztof.czabanski.net

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: