W JAKĄ STRONĘ ZWROT?

Gdy prezydent Kwaśniewski spotykał się w Paryżu z prezydentem Chirakiem, minister Szmajdziński wypowiedział miłe francuskiemu uchu słowa o definitywnym i bezwarunkowym wycofaniu polskich wojsk z Iraku. Wprawdzie premier Belka gwałtownie zaprzeczył, żeby rząd zmienił stanowisko w sprawie naszego uczestnictwa w siłach antysaddamowskiej koalicji, ale przecież trudno uwierzyć, że słowa ministra były zwykłą nieostrożnością czy przypadkiem. Sądzę, że jest to raczej kolejny przykład gruntownej i utajonej przed opinią publiczną reorientacji – lub walki o nią - w polskiej polityce zagranicznej. Z orientacji proamerykańskiej przesuwamy się obecnie w stronę Berlina, Paryża i Moskwy.

Jakie mogą być przyczyny tej zmiany międzynarodowego frontu?

Trzeba zgodzić się z opinią, że jednoznacznie proamerykański kurs rządu Leszka Millera, nawet jeśli serwilistyczny, był do czasu przyjęcia Polski do UE korzystny i zgodny z polską racją stanu. Był jednocześnie szansą na zbudowanie Polsce pozycji politycznej w Europie ponad miarę gospodarczą, militarną i siły naszego państwa. Niestety, błędy naszej polityki zagranicznej – wynikające najpewniej również z tego, że III RP cierpi na brak ośrodka myśli strategicznej, państwowej, po prostu, dramatycznie cierpi na brak jakiejkolwiek myśli szerszej, mającej na uwadze sprawy pro publico bono – spowodowały, że jedyną korzyścią z tak bezwarunkowego poparcia przez nas USA stał się proces (niezbyt szybki, niestety) modernizacji armii. Dlatego, gdy po zmianie na urzędzie premiera Millera na Belkę, prezydent Kwaśniewski zaczął metodą faktów dokonanych zmieniać nasz kursu z amerykańskiego na europejski nikt nie zaprotestował. Znane „przejęzyczenie” Kwaśniewskiego o „wpuszczeniu Polski w maliny przez Amerykanów” w sprawie arsenałów irakijskich dziwnie dobrze współbrzmi z ostatnim „lapsusem” ministra obrony o wyprowadzeniu naszych żołnierzy z Iraku. Można nawet sądzić, że zapowiedź Kwaśniewskiego, iż będzie walczył o zniesienie amerykańskich wiz dla Polaków była – ze względu na oczywisty brak możliwości doraźnego efektu pozytywnego takich starań - zabiegiem socjotechnicznym, tworzącym podkład psychologiczny wśród obywateli do planowanego żeglowania w inną niż Waszyngton stronę.

Trudno jednoznacznie ocenić, czy taka zmiana kursu może być dla Polski korzystna. Wszystko zależy od tego, czy kryje się za nią jakaś – i jaka? – koncepcja polityczna na dłuższą dystans. Na razie, poczynania polskiego rządu i prezydenta w materii zagranicznej wyglądają na chaotyczne, bez myśli przewodniej. Jest to raczej miotanie się od ściany do ściany. Może trochę na zasadzie urażonej miłości i dumy. Amerykanie nas lekceważą, to zwrócimy się do Francuzów i Niemców, choć ci też – a zwłaszcza Francuzi – nieraz w ostatnich latach dali nam odczuć swoją niechęć. Ale warunkiem poprawy notowań Polski w Berlinie i Paryżu jest zaskarbienie sobie przychylności Rosji. Tutaj jednak sytuacja III RP jest nader trudna. Plany zagraniczne Putina oznaczają m.in.marginalizację Polski. Symptomatyczne jest przecież, że Moskwa konsekwentnie stara się ułożyć różne relacje z Polską inaczej niż z Unią Europejską, np.ostatnio nadzwyczajne kontrole weterynaryjne mięsa i mleka. I w tych sprawach Moskwa już odnotowała pierwszy sukces w postaci choćby bezprzykładnej wypowiedzi wysokiego działacza gospodarczego i państwowego, szefa zrzeszenia izb gospodarczych, Andrzeja Arendarskiego. Ostrzegł on, że pogarszanie się stosunków politycznych z Rosją oznacza automatycznie pogarszanie się warunków dla polskich możliwości handlowych i biznesowych w tym kraju. Lobby prorosyjskie zyskało w ten sposób kolejny argument i kolejnych zwolenników.

Środkiem rosyjskiego nacisku na polską politykę zagraniczną może też być, tradycyjnie, gaz i ropa naftowa. Ale nie tylko w wypróbowanej postaci „przykręcenia kurka”. Rosjanie swojego czasu w obu tych obszarach najważniejszych dla bezpieczeństwa energetycznego Polski doprowadzili – za ochoczą polską zgodą rządów centrowo-prawicowych i lewicowych- do powstania dziwnych spółek prywatnych, pośredniczących między obu państwami. Wysokość prowizji, obroty, waga strategiczna przedmiotu handlu, każą zadać pytanie o to, komu był na rękę taki niejasny układ? Może uzyskamy odpowiedź od sejmowej komisji śledczej do spraw PKN Orlen. Jeśli ta zdoła dotrzeć do wszystkich istotnych dokumentów. Te dokumenty na pewno jednak mają ludzie Putina. To taka dodatkowa premia dla nich za i tak korzystne dla Moskwy umowy o eksporcie gazu i ropy z Rosji do Polski.

Rosja nieraz udowodniła, że potrafi w rozgrywkach międzynarodowych sięgać po instrumenty nacisku gospodarczego czy wręcz szantażu personalnego. Może to stać dla Polski przyczyną „pląsów” polityki zagranicznej. Nie wykluczałbym, że w państwowym centrum politycznym odbywa się obecnie walka między zwolennikami Waszyngtonu a zwolennikami Paryża, Berlina i Moskwy. Trudno bowiem inaczej wytłumaczyć, że za kadencji tego samego ministra spraw zagranicznych, Włodzimierza Cimoszewicza, dochodzi do takich konwulsji w naszym kursie międzynarodowym – i odbywa się to bez słowa wyjaśnienia, bez słowa dyskusji publicznej lub w parlamencie. Można przy tym odnieść wrażenie, że inny jest pogląd w tej materii prezydenta, a inny premiera.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: