JEDNOMANDATOWE ROZTERKI

JOW nie należy traktować jako panaceum na wszystkie polskie choroby, mają one swoje aspekty niebezpieczne - vide Ukraina, ale najwaniejsza jest zmiana systemu wyborczego. To waśnie sama zmiana spowoduje zerwanie starych więzi i otworzy możliwość wyłonienia się czegoś nowego. Poza tym ordynację proporcjonalną już wypróbowaliśmy, zebraliśmy doświadczenia jak działa dyktat partyjnego kierownictwa, teraz czas zdobyć doświadczenia z JOW. Potem podejmiemy ostateczną decyzję. Ważna jest ZMIANA. Autor poniższego artykułu sceptycznie traktuje JOW, warto też zapoznać się z jego argumentami.

Józef Darski

W sobotniej Rzeczpospolitej z dnia 17 lipca, ukazał się tekst Antoniego Z. Kamińskiego, będący atakiem na przeciwników ordynacji większościowej. Ponieważ szanuję profesora, zgadzam się z większością jego poglądów i znam go osobiście, z tym większym zdziwieniem przeczytałem ten artykuł.

Antoni Kamiński zarzuca swoim przeciwnikom, że negując sens okręgów jednomandatowych, podtrzymują chory system polityczny III Rzeczpospolitej. W gronie, które wymienia po nazwisku znalazły się obok redaktora Janusza Majcherka z „Rz”, również takie „tuzy” polskiej polityki jak: Władysław Frasyniuk czy Mirosław Czech.

Ponieważ wobec ordynacji większościowej i ja mam pewne wątpliwości, to zostałem przez profesora zakwalifikowany do obrońców przegniłego systemu i wpakowany do jednego wora z ludźmi, z którymi politycznie walczę od dwudziestu lat. Jestem przekonany, że będąc antykomunistą, zwolennikiem kapitalizmu, przeciwnikiem lewicy oraz nie będąc TW, czy pasożytem żerującym na organizmie tego państwa można być jednocześnie przeciwnikiem ordynacji większościowej.

Otóż, chciałbym nadmienić, że moje wątpliwości biorą się z przekonania, że ordynacja większościowa niczego nie poprawia, co więcej utrwali chore, postkomunistyczne układy. Główne hasła zwolenników nowego rozwiązania sprowadzają się: po pierwsze, do tego, iż wybierane osoby będą miały faktyczne poparcie społeczne, startując z okręgów jednomandatowych. Będą politykami z poparciem miejscowej ludności. Po drugie, partie nie będą miały takiego wpływu na życie polityczne i konstruowanie list w okręgach. Po trzecie, wybrany poseł będzie uzależniony od swojego elektoratu, w związku z tym będzie musiał utrzymywać z nimi stałą łączność - wsłuchiwać się w ich troski, problemy i potrzeby.

Czy aby na pewno będzie tak jak chcą zwolennicy tej ordynacji, mówiący w Rzeczpospolitej głosem Antoniego Kamińskiego? Wątpię.

W okręgach jednomandatowych zwyciężą osoby powszechnie znane. Czyli, kto wtedy zdecyduje się zagłosować na nieznanego Kowalskiego, pełnego cnót i dobrych chęci. Nikt. Wybrane zostaną jak zwykle mamuty polskiej prawicy, znane z telewizora i poprzedniej działalności politycznej. Kto zagrozi Kaczyńskiemu w Warszawie, Niesiołowskiemu w Łodzi, Jurczykowi w Szczecinie itd. Politycy nie będą brać udziału w wewnątrzpartyjnych walkach politycznych, które są częścią demokracji, gdyż nikt na najniższym poziomie politycznym nie będzie ich weryfikował. Wieczni posłowie. Czy tego chcemy? Jakie ma szanse profesor Kamiński i jemu podobni?

Stworzymy system, który uniemożliwi lub w znacznej mierze utrudni wykreowanie nowych elit, tak potrzebnych naszemu krajowi. Ci, którzy zastąpią mamuty, będą tylko mamuciątkami, stworzonymi przez swoich starszych politycznych braci. Mając ich poparcie wejdzie się do polityki, zacznie się coś znaczyć. A inni? Cóż, w odróżnieniu od naturalnej ewolucji, wyginą. Polskę na zawsze opanują mamuty i ich potomkowie.

Drugi argument jest również nietrafiony. Tak jak dotąd o tym, kto wystartuje decydować będą partie. To ich ludzie będą wysuwani na listy wyborcze i to oni będą mieć wsparcie aparatu organizacyjnego i biznesu. Kowalski bez tych struktur, przepadnie.

Jednak najbardziej kłamliwy jest argument trzeci. Politycy, zwłaszcza w Polsce są głusi na opinie swojego elektoratu. Budzą się raz na cztery lata i organizują spotkania wyborcze. Przez następne cztery posucha. I tak będzie nadal.

Politycy i reszta społeczeństwa to dwa światy. Nie ma pomiędzy nimi pionowych połączeń. Nie ma nerwu, który reagowałby na symptomy tego, co dzieje się na dole i przekazywał do poszczególnych szczebli na górę. Ordynacja większościowa tego nie załatwi. Niestety.

Brak jest postaw obywatelskich. Dla społeczeństwa politycy to „oni”. Źli, ubrudzeni w korupcji i wiecznie głodni kasy. Dla polityków społeczeństwo, to też „oni”. Nieopisana magma, żądająca niewiadomo czego, wiecznie w pretensjach, nie rozumiejąca gry interesów.

Jesteśmy w sytuacji, kiedy ten system się sypie. Powstają nowe pomysły, nowe idee odnowy. Czy jednak na pewno ordynacja większościowa to dobry pomysł? Obyśmy po jej wprowadzeniu, nie obudzili się w kraju, w którym z ekranu telewizora przemawia do nas mamut, z dolnym dopiskiem wieczny.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: