ZAKOPANE PRAWO

Góral to człowiek honorowy. Nie daj Boże nadepnąć mu na odcisk. Będzie mścił się latami. Może dlatego lokalne organy ścigania, prokuratura i urząd skarbowy starają się za wszelką cenę nie zauważać tysięcy przekrętów, dzięki którym w Zakopanem liczni przedsiębiorcy z głodu nie umierają, a nawet wręcz przeciwnie – żyją luksusowo wykazując w księgach podatkowych same straty. W Zakopanem mają się dobrze także pospolici przestępcy. Zwłaszcza ci, powiązani albo spokrewnieni z lokalnym światem biznesu. A i inni nie mają za wielu powodów do narzekania – zawsze przecież można winę zwalić na przyjezdnych, którzy narozrabiają, wyjadą i nikt nie wie, gdzie ich szukać.

Zakopiańska prokuratura i zakopiański sąd muszą jednak coś robić, aby nie okazało się, iż ich pracownicy są zbędni, bo po sezonie nic złego się nie dzieje. Przynajmniej tak wynikałoby z dokumentów. Więc stróże prawa za wszelką cenę muszą pokazać, że coś robią, że ścigają, a nawet łapią przestępców i stawiają ich przed sądem. Co jednak zrobić, aby nie złapać syna sąsiada, który jest „tylko” bandytą? Przecież policjant i prokurator to też ludzie. Mają domy, mają mieszkania, mają rodziny. A góral jest mściwy. Może w odwecie spalić dom prokuratora albo zgwałcić żonę policjanta. Więc lepiej z nim nie zadzierać. Niech kradnie, niech zabija, niech przemyca hurtowo ze Słowacji tańsze alkohole i sprzedaje je z ogromnym, nieopodatkowanym zyskiem. Kogo więc ścigać? Najlepiej tego, który się nie zemści. Toteż ostatnio przed zakopiańskim sądem stanął Henryk Serda, pilot śmigłowca ratowniczego, jeden z najbardziej godnych szacunku ludzi w Polsce. Postawiono mu najbardziej absurdalny z możliwych zarzutów: nie włączenie instalacji przeciwoblodzeniowej w helikopterze podczas akcji ratowniczej pod Rysami. Absurdalny zarzut poparto jeszcze bardziej absurdalnym uzasadnieniem. Otóż prokurator uznał, że pan Serda, człowiek – legenda tatrzańskiego ratownictwa, spowodował wypadek w wyniku... braku doświadczenia! Prokuratura zadziałała w tym przypadku w myśl zasady „Na kogo wypadnie, na tego bęc”. Pan Serda należy bowiem do czołówki pilotów ratownictwa lotniczego. W Tatrach brał udział w setkach niezwykle trudnych akcji ratowniczych, latał w skrajnie trudnych warunkach, uratował co najmniej kilkudziesięciu turystów, w powietrzu spędził ponad 4000 godzin, większość w czasie tatrzańskich akcji ratowniczych. Trudno tu mówić o braku doświadczenia. Do tej pory większym doświadczeniem od niego może pochwalić się tylko dwóch legendarnych pilotów helikopterów tatrzańskiego ratownictwa – Tadeusz Augustyniak i Janusz Siemiątkowski. Obaj byli pionierami tatrzańskiego ratownictwa helikopterowego. Trzecim jest Henryk Serda.

Cóż więc kierowało zakopiańskimi prokuratorami przy stawianiu mu poważnego zarzutu doprowadzenia do katastrofy w ruchu powietrznym? Zarzut, iż nie włączył instalacji odlodzeniowej jest zwyczajnie śmieszny dla kogoś, kto ma choć trochę pojęcia o lotnictwie i helikopterach. Tego dnia w Tatrach panowała temperatura sporo poniżej zera. Gdyby helikopter wystartował z Zakopanego przy nie włączonej instalacji odlodzeniowej, wloty powietrza do silników „zarosłyby” lodem w ciągu kilku minut. Mówiąc krócej – helikopter który stratował spod zakopiańskiego szpitala, w ogóle nie doleciałby do Tatr!!! Tymczasem przeleciał on tego dnia spod szpitala, położonego na Kamieńcu, w dolnej części Zakopanego pod bazę TOPR tuż u podnóża wielkiej skoczni na Krokwi, pokonując około 2 km w poziomie i około 100 m. w pionie. Cały czas w ujemnej temperaturze. Z nieczynną instalacją oblodzeniową miałby już w tym momencie poważne problemy. Musiała więc działać BEZ ZARZUTU. Stamtąd zabrał ekipę ratowniczą, po czym przetransportował ją nad Morskie Oko, przelatując ponad 20 km. Morskie Oko leży na wysokości około 1400 m. n.p.m., Zakopane – około 900 m. n.p.m. Dopiero nad Morskim Okiem zawiódł jeden silnik. Serda wysadził więc bezpiecznie ratowników i – już nieobciążonym helikopterem poleciał na jednym silniku do Zakopanego, by tam w spokoju znaleźć przyczynę awarii. Przedtem jednak sprawdził wskazania przyrządów pokładowych a te – poza awarią jednego silnika niczego złego nie sygnalizowały!!! Lampka sygnalizująca oblodzenia jest jednym z najważniejszych wskaźników w każdej latającej maszynie, toteż jest ona duża, jaskrawo czerwona i znajduje się niemal na wprost oczu pilota. Nawet bardzo początkujący pilot wie, jakie jest jej znaczenie. Oblodzenie wlotów powietrza do silników oznacza bowiem jedno: KATASTROFĘ. Skoro Serda zdecydował się na lot nie w pełni sprawną maszyną do Zakopanego, musiał być w 100% przekonany, że wszystko jest w porządku i że bezpiecznie doleci. A mimo to stanął przed sądem jako oskarżony. Dlaczego?

Sprawa ta jest bardzo zagadkowa. Helikopter lotnictwa sanitarnego przekazany do dyspozycji ratowników Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego miał swoją złą historię. Trzy lata temu zabrakło pieniędzy na obowiązkowy przegląd. Gdy w końcu się znalazły, okazało się, że helikopter nie może latać, ponieważ nie ma wykupionego ubezpieczenia. A na to nie było pieniędzy. Potem, kiedy ubezpieczenie zostało wykupione, zabrakło środków na mechanika. Helikopter stał na wolnym powietrzu pod zakopiańskim szpitalem. Nikt poza pilotem nie sprawdzał jego stanu technicznego. Nie miał kto usuwać drobnych usterek, które zdarzają się zawsze. Latał tylko dzięki temu, że Henryk Serda potrafił nim latać. Teraz pilot staje przed sądem pod bardzo poważnym zarzutem, który może zaważyć na jego dalszym losie. W normalnym państwie za to, co zrobił, byłby wielokrotnie nagradzany. Jest duża szansa, że w Polsce poniesie surową karę. W majestacie Prawa Kaduka.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: