Reformatorzy - amatorzy

W internecie wciąż natykam się na cudowne recepty jak zreformować ustrój Polski. Radzą ludzie, którzy nigdy nie kierowali żadną organizacją i uważają, że dobre chęci są wystarczającą siłą napędową przemian. Klasyczna rada sprowadza się do propozycji drastycznej redukcji biurokracji na wszystkich szczeblach, obniżki podatków i ucisku fiskalnego, którym poddawani są zwykli drobni przedsiębiorcy, odpowiedzialność karna i finansowa dla urzędników publicznych, uproszczenie prawa skarbowego, uniezależnienie prokuratury od polityków. Są to rozwiązania oczywiste, o których każdy wie, ale istnieje jeszcze rzeczywistość. System partyjny ma pewne plusy, ale także poważne minusy. Partia nie może istnieć bez aparatu, który trzeba wyżywić. Przywódca, który nie dba o aparat, zostanie szybko wyeliminowany. A ustawić aparat można tylko dzięki stanowiskom w administracji. Usunięcie na znaczną skalę poprzedników wiązałoby się z dużymi konfliktami, a więc spadkiem w sondażach, pozostaje więc przy każdej kadencji dodawanie nowych stanowisk. Obniżka podatków spowodowałaby braki w kasie na utrzymanie biurokracji, zamówienia publiczne dla spółek finansujących lub związanych z partią i świadczenia socjalne, a więc znów spadek w sondażach. Uproszczenie prawa skarbowego obniżyłoby dochody, a odpowiedzialność urzędników zakończyłaby się sabotażem z ich strony. Władza opiera się przecież na urzędnikach. Uniezależnienie prokuratury mogłoby spowodować powstanie niekontrolowanej władzy. Rząd mogą sparaliżować wielkie koncerny, więc musi się z nimi liczyć, a drobnych może żyłować. Są siły, których władza nie może sobie zantagonizować. Taki stan trwa dopóki nie ma sytuacji rewolucyjnej, gdyż tylko ona pozwala na radykalne zmiany.

Autor publikacji: