SZCZĄTKI PO EUROPIE

Gdy tuż po 22 wieczorem w niedzielę ogłoszono wstępne wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego, odwiedziłem kilka komitetów partyjnych w Warszawie. Najczęściej byłem świadkiem dyskusji o tym, jakie prognozy i wnioski wynikają z wyborów „brukselskich” dla najbliższych, przedterminowych, wyborów do parlamentu krajowego?

Sęk w tym, że nie jest wcale pewne, czy dojdzie do wcześniejszych wyborów, ponieważ partia Marka Borowskiego, Socjaldemokracja Polska (SdPl) – balansująca na granicy progu wyborczego - musi teraz zdecydować: albo próbować nadal różnić się od SLD i polec politycznie, albo przetrwać za cenę sojuszu z tymi, z którymi już ponoć nie mogli wytrzymać w jednej partii (SLD). I to niezależnie od tego, czy ostatecznie wślizgnie się do Parlamentu Europejskiego, czy nie. Osobiście sądzę, że Borowski poprze rząd Belki. Nacisk zaniepokojonych politycznym niebytem działaczy i zaplecza oraz nacisk pana prezydenta zrobią swoje. Ale mogę się, przecież, mylić. Są to zatem dywagacje o ruchomych piaskach prowadzone. Dlatego z wniosków tuż po wyborczych najbardziej przypadło mi do gustu stwierdzenie, odnoszące się do sprawiedliwości w polityce, a nie do nieprzewidywalnych fluktuacji koalicyjnych.

Wolontariuszka z Unii Polityki Realnej, pani Ani, wyraźnie wzburzona fatalnym rezultatem swojej partii (niecałe 2% głosów), dowodziła, że Platforma Obywatelska ukradła UPR-owi najważniejsze punkty programu: uproszczenie i obniżenie podatków oraz postulat podatku liniowego. Powinni nam za to oddać co najmniej połowę swoich głosów!

Anegdota, ale właściwie, dlaczego nie? Niechby wyborcy sobie głosowali, a później partie przy zielonym stoliku wymieniały się głosami w zależności od wkładu programowego poszczególnych ugrupowań. Taki system ustalania wyników nie byłby bardziej skomplikowany i mniej przejrzysty od ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego, a o ileż sprawiedliwszy! Jeśli bowiem mówimy o minionych wyborach europejskich, to przede wszystkim musimy powiedzieć o tym, co ważnego dla ogółu obywateli zmarnowano z winy części klasy politycznej.

Nikomu nie zależało

Prezydent, ani rząd nie pofatygowali się, żeby rzeczowo i przystępnie objaśnić Polakom, dlaczego Parlament Europejski będzie w najbliższych latach tak ważny dla interesów naszego państwa (m.in. zatwierdzanie unijnego budżetu, czy stanowienie praw istotnych dla poszczególnych branż gospodarczych!)? Ograniczano się do argumentacji typu, że nie wolno w Strassbourgu przynieść Polsce wstydu! Do tego poziomu dostosowała się większość opozycji, z niewiedzy lub z niechęci do UE, a najczęściej z jednego i drugiego. Wbrew zapowiedziom i obietnicom prezydenta Kwaśniewskiego i premiera Millera sprzed półtora roku, nie połączono wyborów europejskich z krajowymi, ba, odwlekając dymisję Millera, żeby mógł on sobie wciągnąć polską flagę na unijny maszt, doprowadzono do podwójnie skandalicznej sytuacji.

Po pierwsze, przytłoczono sprawy europejskie parlamentarnym maglem krajowym, po drugie zrobiono to tak, że alternatywą dla trwania rządu bez jakiegokolwiek poparcia społecznego są wybory w dniu 8 sierpnia, czyli w szczycie urlopowym - o frekwencji zapewne zbliżonej do tej w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nota bene, ich termin ustalono na jeden, ostatni dzień 4-dniowego weekendu, jakby wyborcom na złość! Wszystko to dowodnie wskazuje, że wszelkie przemowy pana prezydenta o racji stanu, dobru państwa i o myśleniu obywatelskim, to jedynie polityczny pic na wodę, fotomontaż, jak mawiano w dawnej Warszawie. Liczy się tylko interes polityczny (i nie tylko polityczny, także ten najbardziej przyziemny, materialny) własnej formacji politycznej i własnej grupy interesu. Zresztą, otoczenie pana prezydenta, składające się ze współpracowników PRL-owskich służb specjalnych oraz ludzi skazanych za sprzedaż narkotyków, nielegalne posiadanie broni i posługiwanie się fałszywym paszportem, nie pozostawia, niestety, złudzeń, co do jakości tego ośrodka państwowego.

Koalicja rządowa i prezydent mają również na swoim sumieniu politycznym – pod warunkiem, że mają sumienie - kuriozalną ordynację wyborczą do Parlamentu Europejskiego. O ile w wyborach krajowych, obowiązująca ordynacja dowartościowuje ugrupowania, które uzyskają najwięcej głosów, to w wyborach europejskich - nasz głos nie tylko może przepaść na rzecz innego kandydata z tej samej listy wyborczej, ale też „przewędrować” do innego okręgu wyborczego. Jeśli zatem zagłosowałem np. na Bronisława Geremka w Warszawie, to mój głos może się złożyć na mandat Pipsztyńskiego z Samoobrony w Olsztynie... Tego nie da się ogarnąć ludzkim rozumem.

Jeśli zatem prezydent Kwaśniewski stwierdza, że niska frekwencja jest świadectwem niedojrzałości obywatelskiej, to biję mu brawo za szczerą i bezkompromisową samokrytykę.

Nasza kurna chata

Wśród nowo wybranych posłów do Parlamentu Europejskiego przeważają ludzie z ugrupowań antyeuropejskich lub eurosceptycznych. Rzecz w tym, że w najbliższych latach los Polski będzie w znacznym stopniu zależał od zdobycia i wykorzystania unijnych pieniędzy. To wymaga strategicznego myślenia naszych polityków, zwłaszcza tych rządzących. Niezbędny jest tu precyzyjny plan rządowy. Taki plan wymaga też uporczywych, żmudnych i skutecznych działań wszystkich polskich polityków i urzędników, których obszarem działania będą instytucje europejskie. Obawiam się, że partie nastawione wrogo do UE będą raczej powodować izolację Polski niż skutecznie lobbować na rzecz jej interesów. Charakterystyczne, że niektóre partie nie chcą wstąpić do istniejących w PE grup parlamentarnych, co oznacza de facto całkowitą marginalizację tych polskich euro deputowanych.

Sukces postaw antyeuropejskich w tych wyborach na pewno też zachęci wielu polskich polityków do grania w przyszłości taką właśnie kartą, co w istocie będzie spychać III RP na peryferie Europy. Jeśli powstanie Europa „dwóch prędkości”, to nie wykluczałbym sytuacji, że znajdziemy się na jej obrzeżach na własne życzenie, a nie dlatego, że wypchnęły nas tam Francja i Niemcy.

Prowincjonalizmowi polskiej polityki sprzyjać będzie brak stabilnego układu politycznego. Napisałem na wstępie o ruchomych piaskach, jakimi są wróżby co do wyborów krajowych na podstawie wyników wyborów do Parlamentu Europejskiego. Nie chciałbym się wdawać w te wróżby. Jedno jednak wydaje się pewne. Ani lewica, ani prawica nie jest w stanie stworzyć stabilnego rządu. O wszystkim zdecyduje arytmetyka parlamentarna. 5 mandatów w tą lub tamtą, czy będzie rząd centrolewicowy czy centroprawicowy, czy może jeszcze całkiem egzotyczny z Samoobroną i LPR-em (antyeuropejski?)? To zaś oznacza, że w najbliższych latach czekają nas raz za razem przedterminowe wybory parlamentarne. Takie „czkawki polityczne” mogą, gdyby do nich rzeczywiście doszło, ograniczyć horyzont naszej polityki do własnego podwórka. Wizja polityczna, w której III RP uzyskuje znaczne przyspieszenie cywilizacyjne dzięki umiejętnemu wykorzystaniu członkostwa w Unii Europejskiej i sojuszowi ze Stanami Zjednoczonymi, staje się pobożnym życzeniem grupki fantastów.

Wygląda zatem na to, że niezależnie od tego jak się ostatecznie rozłożą wyborcze procenty i kto ile mandatów zdobędzie, Polska przegrała swoje pierwsze wybory do Parlamentu Europejskiego.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: