GORCY KAUKAZU I ICH WOJNA WYZWOLEŃCZA PRZECIW ROSJANOM Tom II, Roz. V (XVI)

Tom II, Rozdział V (XVI) – Wieści z Konstantynopola – Wewnętrzne niepokoje w Szapsugii – Krwawa zemsta – Rozejm – Nasza sytuacja – Napad Rosjan na Szapsugię i Abadzechię – Ciężka zima – Wyprawa nad Morze Czarne – Napad na rosyjskie placówki graniczne i ich zniszczenie – Dalsza państwowa i wojskowa organizacja kraju – Zebranie delegatów wszystkich plemion adygejskich nad rzeką Dogaj – Ofensywa Rosjan na Adagum – Działania Naiba w Abadzechii – Jego niepowodzenia – Niepokoje w Abadzechii.

16 lipca dostałem listy i wiadomości z Konstantynopola. Sytuacja w istocie się nie zmieniła. Ochotnicy czekali na środki, aby przybyć nam z pomocą. Izmaił-pasza ciągle wspaniale obiecywał, ale nie dał ani grosza. Te jego ciągłe kłamstwa były tak samo oburzające, jak roztrwonienie zebranych sum, a tymczasem wszystko to przeszkadzało innym próbom wybrnięcia z naszej sytuacji. Prawdziwe dobrodziejstwo okazał mi generał Zamojski, wysyłając różne rzeczy. A dokładnie dostałem: 30 par butów, 50 par kamaszy, 100 par letnich spodni, wełnianych koców i inne drobne przedmioty. Gdyby Izmaił swoimi obiecankami nie okłamywał nas, zacząłbym razem z moimi politycznymi przyjaciółmi szukać, i najprawdopodobniej bym znalazł, inne wyjście. Moja działalność w Abchazji dostarczała mi wszystko co było niezbędne i odpowiednie dla moich potrzeb, ale uważaliśmy tę sytuację za tymczasową i dzięki kłamliwym obietnicom Izmaiła nie mogliśmy stworzyć żadnego innego planu.

Tymczasem Sefer-pasza zajął się zbieraniem podatków w Szapsugii, czy raczej mówiąc dokładniej, zlecił tą sprawę Hadżi-Izmaiłowi, oddając mu do pomocy swojego syna Karabatyra. Jeśli Karabatyr, pomimo swojego męstwa, był mało przydatny przeciwko nieprzyjacielowi, to w działalności administracyjnej był przydatny jeszcze mniej. Mieszkańcy Szapsugii nie chcieli płacić podatków i tłumaczyli się tym, że w niewystarczającym stopniu byli reprezentowani na zgromadzeniu narodowym w Adagumie, i że tylko niewielu przedstawicieli ich starszyzny głosowało za podatkami. W kraju było także już głośno o tym, jak źle Sefer i jego syn wydawali pieniądze z podatków zebrane dla żołnierzy.

5 sierpnia sprawa posunęła się do gorącej potyczki na rzece Antchyr pomiędzy Karabatyrem i jego zwolennikami z jednej strony i niektórymi mieszkańcami z drugiej. Karabatyr rozkazał zatrzymać jednego z najgłośniejszych krzykaczy. Był to sygnał do ogólnego powstania nad rzeką Antchyr. Mieszkańcy napadli na Karabatyra i jego świtę, i jeden przyjaciel i towarzysz Karabatyra został zabity – przestrzelono mu gardło. Sam Karabatyr stracił swojego konia. Ale dwa dni później zebrał dużą bandę i niespodziewanie napadł na kilka gospodarstw, które rozgrabił i spalił; było wśród nich gospodarstwo Alibi Chantochu, jednego z najbardziej wpływowych przedstawicieli szapsugskiej starszyzny. W tym przypadku do niewoli wzięto 10 Czerkiesów z Antchyru. Wtedy połowa Szapsugii chwyciła za broń i Karabatyr, aby uratować życie, podobnie jak Hadżi-Izmaił-pasza, zmuszony był w pośpiechu uciekać za rzekę Abin. Po obu stronach byli zabici i ranni, i Chantochu, który stał na czele Szapsugów i zebrał około 4000 ludzi, znalazł się na Abinie i zagroził znajdującemu się w Szapsogurze Sefer-paszy. Ten ostatni w strachu wezwał na pomoc artylerię stojącą naprzeciwko Rosjan na Adagumie.

Miałem akurat zamiar przedsięwziąć objazd po wybrzeżu w związku ze sprawami celnymi, kiedy razem z gońcem przyszła ta fatalna wiadomość. W pośpiechu skierowałem się do Szapsoguru i znalazłem tam około 2000 zgromadzonych Abazów, wzięci przez Karabatyra zakładnicy znajdowali się pod ochroną moich kanonierów. Do 8 sierpnia między Abazami partii Sefera i Szapsugami zdarzały się niewielkie kłótnie, przy czym Szapsugowie już przeszli Abin. Na szczęście oficer dowodzący podczas mojej nieobecności, nie zważając na wszystkie prośby Sefera i jego syna, odmówił wzięcia wraz z działami udziału w starciu. Udzieliłem oficerowi nagany za to, że bez mojej wiedzy opuścił swoją pozycję na AdagumIe i wmieszał się w waśń domową Abazów, a szczególnie za to, że wziął pod straż zakładników. Zarządziłem, aby natychmiast oswobodzić 10 zakładników i poleciłem im, aby przekazali swoim, aby ani jeden z nich nie pozostawał na lewym brzegu Abinu, inaczej zmuszeni będziemy zastosować wobec nich nieprzyjacielskie środki. Na radzie starszyzny oznajmiłem Seferowi-paszy, że będę go bronił tylko w tym przypadku, jeśli Szapsugowie przekroczą swoją granicę – rzekę Abin i rozpoczną agresywne działania, inaczej nie może on liczyć na aktywną pomoc z naszej strony w tej wojnie wewnętrznej. Książę Sefer był bardzo oburzony moim oświadczeniem, a także uwolnieniem zakładników i żądał, abym razem z nim wystąpił przeciwko Szapsugom; ja jednak nie ruszyłem się z miejsca nie bacząc ani na jego prośby, ani na jego groźby. Nie przedsięwziąłem niczego nie z powodu uporu lub złości wobec Sefer-paszy. Jeśli bym miał 300 dobrze uzbrojonych strzelców, sam bym zaczął zachęcać go do zdławienia powstania siłą, ale na jego siły mogłem liczyć tym mniej, że nasi Abazowie zupełnie nie ukrywali swojej niechęci do wystąpienia przeciwko swoim braciom krwi w interesach Sefer-paszy; przy tym znałem charakter księcia już całkiem dobrze, aby rozumieć, że w przypadku zwycięstwa przeciwstawnej partii może on poświęcić mnie i nas wszystkich, aby samemu wyjść z niedogodnej sytuacji. Moja odmowa wystąpienia przeciwko Adygom wywarła dobre wrażenie nawet na tych, którzy stali po stronie Sefer-paszy i oprócz tego sprawiła, że cały obóz Szapsugów stał się naszymi przyjaciółmi.

Ze strony Sefera nikt nie mógł wyruszyć do nieprzyjacielskiego obozu, podobnie jak i stamtąd nikt nie mógł przyjść do nas, dlatego że już została przelana krew i obrzydliwa zemsta rodowa weszła w swoje prawa. Sefer-pasza, nie zważając na swoją pozorną dobroduszność, był bardzo mściwy, cieszył się z tego powodu, dlatego że wyczekiwał, że Chantochu ruszy się i napadnie na nas, i był twardo przekonany, że jak tylko działa zaczną strzelać Szapsugowie natychmiast się rozbiegną. Zaproponowałem starszyźnie zebranej w Szapsogurze, aby podjęli się roli pośredników i ze względu na to, że zgodzili się oni z wielką radością, wysłałem oficera wraz z trzema żołnierzami do obozu Szapsugów, aby skłonić ich do pokoju i porozumienia. Sefer-pasza był przeciwko porozumieniu i szczególnie starał się przestraszyć mnie tym, że nasi posłańcy niewątpliwie zostaną zabici przez Szapsugów.

10 sierpnia moja artyleria ponownie powróciła do obozu na Adagumie, gdzie przez cały czas na forpocztach stało 300 jeźdźców i 800 piechurów, i ze względu na to, że tego dnia nieprzyjaciel, najprawdopodobniej poinformowany o wojnie domowej, wysłał silną kolumnę w celu rozpoznanie, to zamiast kanonady przeciwko Szapsugom zaczęła się kanonada przeciwko Rosjanom. I w tym czasie, kiedy kilka tysięcy wrogo do siebie nastawionych Abazów stało naprzeciw siebie, w odległości kilku godzin od nich, niewielka garstka broniła ziemi ojczystej.

W ten dzień lejtnant Aranowski z trzema żołnierzami w towarzystwie Karabatyra i 50 jeźdźców także opuścił Szapsogur i wyruszył w kierunki rzeki Abin, gdzie na prawym brzegu wystawione były forpoczty Szapsugów. W trakcie wyprawy z Szapsoguru do rzeki Abin Karabatyr starał się nastraszyć Aranowskiego i przekonać, aby nie spotykał się z Szapsugami, ale ten oczywiście nie przeraził się zarysowanego mu niebezpieczeństwa i kontynuował swoją wyprawę.

Zresztą, już na samym początku zauważyłem, że książę Sefer bardzo niechętnie patrzył na bliskie kontakty między nami a mieszkańcami i starał się je utrudnić. Otoczył mnie swoimi stronnikami i ze względu na to, że wtedy dopiero zaczynałem mówić po turecku, i jeszcze zupełnie nie rozumiałem języka adygskiego, to zmuszony byłem polegać na władających rosyjskim tłumaczach, których dostarczył mi Sefer-pasza. Dopiero po napaści na Gelendżik wziąłem do siebie jednego z moich nowoprzybyłych żołnierzy, który wiele lat spędził w Abazji i doskonale znał język kraju i wtedy dowiedziałem się o wielu rzeczach, które Sefer chętne zataił przede mną. Nasze kontakty z Chantochu i Szapsugami(1) bardzo nie podobały się księciu Seferowi, dlatego że zupełnie słusznie bał się on, że od nich dowiemy się wiele o jego niezupełnie jasnej osobowości.

Lejtnant Aranowski przeszedł ze swoimi trzema ordynansami przez Abin na prawy brzeg, gdzie ani jeden z Czerkiesów nie chciał mu towarzyszyć i pojechał w kierunku tego miejsca, gdzie widział palący się wielki ogień. Ledwie przejechał kilka sążni, kiedy z krzaków wyskoczyli Abazowie i otoczyli niewielki oddział. Jeden z ordynansów całkiem przyzwoicie mówił w języku adygskim, dlatego że kilka lat mieszkał u Adygów i obecnie został zwerbowany na moją służbę. Powiadomił Abazów, że oficer został wysłany przeze mnie do Chantochu i do starszyzny ich partii. Moje imię było już prawie powszechnie znane Abazom, wiedzieli również, że wypuściłem na wolność ich zakładników i zabroniłem wykorzystywania przeciwko nim artylerię. Pomimo proroctw Sefera-paszy i jego syna oficer nie został zabity, ale na odwrót, triumfalnie odprowadzony do Chantochu. Abazcy powstańcy radośnie współzawodniczyli o posłańców, którym bardzo trudno było doprowadzić ich do jakiegoś porozumienia. O zwierzchnictwie księcia Sefera i zapłaceniu podatków nie chcieli nawet słyszeć; mało tego żądali rekompensaty za spalone gospodarstwa i rozgrabione rzeczy, gdyż w przeciwnym razie grozili zemstą rodową. Co się tyczy nas, to odnosili się bardzo przyjacielsko i usilnie zapraszali do osiedlenia się w Szapsugii, ponieważ tylko wtedy lud da nam chleba i mięsa, ile będziemy chcieli, ale dla czerkieskiego paszy Zan-ogly i jego przybocznych nie chcieli dostarczyć nawet garstki kukurydzy, dlatego że ci ludzie są zupełnie nieprzydatni dla kraju i abazski naród doznał od nich wyłącznie krzywd. Lejtnant Aranowski tak umiał przekonać górali, że dwóch gospodarzy i syn przywódcy Alibi Chantochu pojechali razem z nim do Szapsoguru, aby ustalić porozumienie. Po przybyciu do Szapsoguru delegaci ci przez cały czas przebywali przy nas i nie odchodzili nawet na krok ze strachu, że zwolennicy Sefera zrobią im coś złego. Trwało to do czasu, kiedy ja również wysłałem trzech delegatów ze strony Sefera do ich obozu.

Negocjacje trwały przez całe osiem dni i brałem w nich czynny udział, częściowo w celu bliższego poznania zwyczajów górali, częściowo, aby udowodnić zbyteczność i niebezpieczeństwo wojny domowej w obliczu Rosjan. Hadżi-Izmaiłowi-paszy, który w wielu kwestiach się ze mną zgadzał, udało się doprowadzić do tego, aby książę Sefer-pasza przynajmniej nie sprzeciwiał się mojej ingerencji. W końcu zawarto porozumienie, po którym z obu stron nie mogła mieć miejsce zemsta krwi, zagrabione rzeczy zostały zwrócone właścicielom, nastąpił pełny pokój między partiami będącymi dotąd w nieprzyjaźni. O uznaniu księcia Sefera wodzem kraju i o zapłacie podatków Szapsugowie nie chcieli słyszeć, chociaż Hadżi-Izmaił-pasza, podobnie jak ja i moi oficerowie, ze wszystkich sił próbował do tego doprowadzić. Starszyzna postanowiła stworzyć komisję składającą się z nich oraz niektórych oficerów i żołnierzy; komisja ta miała zajmować się ściąganiem podatków z całego kraju, a książę Zan-ogly miał nie spełniać przy tym żadnej roli. Nierozumna porywczość Sefer-paszy, którą po raz pierwszy poznałem później, zrobiła nam obrzydliwy kawał. Jak przekonywała starszyzna, był to jedyny środek, aby zmusić naród do płacenia podatków, gdyż w tym przypadku podatki będą uważane bardziej za wypełnienie obowiązku gościnności w stosunku do nas, niż za wprowadzenie jakiegoś odgórnego zwierzchnictwa. Ale Sefer-pasza z oburzeniem odrzucił propozycję i ogłosił, że tylko on jeden odpowiada za nas przed sułtanem i że bez pomocy Szapsugów jest w stanie zadbać o nasze wyżywienie. Z powodu tego uporu Sefera straciliśmy możliwość otrzymania z 21800 gospodarstw koni, bydła i zboża, tj. 218 koni, 436 sztuk bydła i 65400 miar zboża! A mnie nakłamał on wiele różnych rzeczy i próbował przekonać, że nie mógł postąpić inaczej.

Często wychodziłem z siebie z gniewu z powodu ciągłych matactw starego Tatara, który robił z nas oręż w swojej egoistycznej, niezdarnej i nierównej polityce, i po tym wydarzeniu na pewno bym się z nim rozstał, gdybym ciągle jeszcze nie czekał na drugi transport z Konstantynopola, w czym nie przestawały mi robić nadzieję i pocieszać wiadomości moich korespondentów.

W kwestii wyżywienia mogłem być zupełnie spokojny, dlatego że 120 ludziom podatki przynosiły wystarczające środki.

Nadchodząca jesień zmuszała mnie do zastanowienia się nad kwaterami zimowymi dla niewielkiego oddziału, który do tej pory mieszkał w namiotach lub w szałasach w obozie nad Adagume. Dlatego rozkazałem zbudowanie w Aderbi niewielkich ziemianek, co szło dość szybko i które w dodatku były znacznie cieplejsze zimą niż drewniane domki, na podstawową budowę których nie mieliśmy ani czasu, ani środków.

Nasza bateria zwiększyła się do sześciu dział i wyposażona została w pełną uprząż. Było to wszystko, co mogli wykonać nasi nieliczni majstrowie, szczególnie dlatego, że brakowało nam wszystkiego – niezbędnych instrumentów, suchego drewna na lawety i środków transportu.

Nieprzyjaciel zakończył wznoszenie twierdzy na wyspie kubańskiej i uzbroił ją w 5 ciężkich dział. Oprócz niewielkich potyczek, do których dochodziło niemal codziennie, nic szczególnego się nie zdarzało. Rosjanie ciągle bardzo cierpieli z powodu febry i opowiadania wszystkich dezerterów zgodnie świadczyły o tym, że pół korpusu choruje na febrę. Wynędzniałe, podobne do nieboszczyków, postacie zbiegów potwierdzały ich słowa.

29 listopada 1857 roku prawie cały korpus pracujący przy wznoszeniu twierdzy, przeszedł przez Kubań i ruszył w kierunku Szapsoguru. Od 29 listopada do 3 grudnia trwały walki z szybko zebranymi Abazami, którzy bronili lasów nad Adagume. 3-go rano po naszej stronie zgromadziło się 2000 jeźdźców i około 5000 piechoty. Z niepokojem czekałem, że Rosjanie przenikną w głąb kraju, ale oddalili się od swojej twierdzy o zaledwie pół godziny i po tym, jak w ciągu tych kilku dni spalili około 40 pozostawionych gospodarstw, o trzeciej po południu wycofali się za Kubań. Nasze straty wyniosły 9 zabitych i około 40 rannych, w tym dwóch żołnierzy. Straty nieprzyjaciela nie były mi znane; wzięliśmy do niewoli tylko 5 ludzi. W tym roku liczba dezerterów z obozu na wyspie kubańskiej wyniosła 166 osób, chociaż prości żołnierze a nawet oficerowie nie wiedzieli, że jesteśmy Polakami, gdyż nasze z daleka widoczne nakrycia głowy kazały uważać nas za Turków. Ja także nie zrobiłem nawet najmniejszego wysiłku, aby organizować dezercję, chociaż nie było to trudne do wykonania, gdyż nie byłem jeszcze przekonany, jakimi środkami będę w stanie dysponować. Dlatego też spośród zbiegów było bardzo mało Polaków i Rusinów (tylko ośmiu), a większość stanowili Moskowici i Tatarzy; ci ostatni byli szczególnie liczni, gdyż mieli nadzieję, że znajdą tutaj Turków.

13 grudnia rosyjski korpus, pozostawiwszy garnizon w sile 2500 ludzi w twierdzy, która została nazwana przez Rosjan Świętą Trójcą, a przez Czerkiesów Chatochaj, wycofał się przez drugą odnogę Kubania nad Morze Czarne, gdzie znajdowały się jego kwatery zimowe.

Oddziały operujące w Abadzechii także zbudowały na rzece Szawgotcza twierdzę i przez całe lato zachowywały się spokojnie. W tym samym czasie, co oddziały z Chatochaja, tj. 29 listopada, wojska nad Szawgotczą przeszły do ofensywy i ze względu na to, że napotkały w Abadzechii znacznie mniej energiczny opór, opustoszyli równinę z jednej strony do rzeki Pszad, a z drugiej do rzeki Łaby. Około 300 gospodarstw, znajdujących się blisko rosyjskiej twierdzy i porzuconych przez mieszkańców, spalono i następnie nieprzyjaciel, po pozostawieniu w twierdzy garnizonu, oddalił się na kwaterę zimową nad Morzem Czarnym.

Zepsuła się pogoda: od 2 grudnia do nowego roku prawie bez przerwy padał deszcz zmieszany ze śniegiem; łączność stała się nadzwyczaj ciężką sprawą i często zupełnie się przerywała na kilka godzin lub dni. Na równinie pojawiło się takie błoto, że nie możliwe było przejechanie nawet wierzchem, nie mówiąc już o działach; w górach natomiast wylały strumienie i przerywały się kontakty między najbliższymi sąsiadami.

Sefer-pasza przez cały rok obiecywał mi zbudowanie w Aderbii składu prowiantu i codzienne robił mi nadzieję. Zgodnie ze zwyczajem wszystkich muzułmańskich wielmożów nie dotrzymywał słowa. Zebrałem cały oddział w Aderbii i w najgorszej porze roku znalazłem się bez prowiantu ze 120 ludźmi i 56 końmi. Jeśli bym dzięki podatkom nie dostał partii materiałów bawełnianych to dosłownie zmuszeni bylibyśmy głodować. Jeździłem wiec okropnymi abazskimi jesiennymi drogach po najbliższej okolicy w celu zakupu prowiantu i płaciłem dwa lub trzy razy drożej od zwykłej ceny, nie myśląc już o tym, że moi biedni żołnierze z powodu ciężkich warunków transportu stracą zdrowie i ubranie.

Z dużym trudem udało mi się napełnić skład na miesiąc i nieco spokojniejszy mogłem czekać na mroźniejszą pogodę i lepsze drogi, kiedy nagle wtrącenie się Karabatyra znowu okazało się dla mnie zgubnym. Ów dziki próżniak był zawsze tam, gdzie można było z czegoś skorzystać, często nie można było się go pozbyć, kiedy proponował swoje usługi, ale gdy, jak się zdarzało, zadrwił sobie ze mnie, to potem w ciągu miesiąca nie pokazywał mi się na oczy. Kiedy tylko, z własnych intencji, lub wysłany przez swojego ojca, zjawiał się nam na pomoc, musiałem się przygotować na jakieś nieprzyjemności. Najgorsze było jeszcze to, że jego otoczenie kradło jak wrony i moi żołnierze, którzy i bez tego niewiele mieli, często stawali się ich ofiarą. Teraz Karabatyr przyjechał z listem od swojego ojca skierowanym do mieszkańców okolic Aderbii z wytycznymi, że powinien on otrzymywać siano dla naszych koni. Poprosił mnie, aby przyłożył na liście również moją pieczęć, obok pieczęci Sefera-paszy, przekonując, że wtedy Abazowie łatwiej spełnią żądanie. Nie umiałem czytać tureckich liter i, wierząc, że chodzi o siano, dałem mu swoją pieczęć. I co wtedy zrobił mój Karabatyr? Wraz ze swoją bandą szybko objechał okolice od Gelendżika do Czepsina i dzięki listowi, w którym napisano, że został wysłany, aby pobierać podatki, zebrał ze wszystkich portów przeznaczone dla nas materiały bawełniane, których nie ruszałem w ciągu dwóch miesięcy, zachowując jako ostatnie zasoby; po tym, jak ukradł 438 sztuk materiałów bawełnianych o wartości 876 srebrnych rubli, uciekł w góry i nie pokazywał mi się na oczy do maja. Na wszystkie wyrzuty, które robiłem księciu Seferowi, ten gorzko skarżył się na złe zachowanie swojego syna, ale sam niczego nie przedsięwziął i w istocie krył go. Od tego czasu postawiłem na każdej skiele(2) jednego żołnierza w celu ściągania podatków; na szczęście w styczniu 1858 roku przypływało wiele statków, inaczej niczego byśmy w czasie zimy nie mieli.

20 stycznia wysłałem do Konstantynopola lejtnanta Sztocha z listami do Izmaiła-paszy i moich rodaków; oprócz tego poleciłem mu, aby się osobiście przekonał możemy liczyć na pomoc, czy nie. Na nieszczęście statek, którym płynął lejtnant Sztoch, wiele dni znajdował się na morzu zaskoczony przez silną burzę i w końcu poszedł na dno, niedaleko od brzegu. Znajdujący się na statku uratowali się tylko dzięki jakiemuś cudowi. Ze względu na to, że długo nie odpływały inne statki, Sztoch musiał czekać do 16 lutego, kiedy w końcu mógł udać się w dalszą podróż. W końcu stycznia zima była niezwykle sroga, łączność stała się łatwiejsza, a błoto i niewielkie rzeki zamarzły. Rzeka graniczna – szeroki i głęboki Kubań, także pokrył się grubą warstwą lodu i nawet najcięższe powozy mogły po nim przejechać.

Zacząłem się poważnie zastanawiać nad odwiedzeniem Morza Czarnego, a ze względu na to, że miałem nadzieję, że Abazowie, którzy latem zbierali się na każde wezwanie, z przyjemnością podejmą wypad nad Morze Czarne, to rozkazałem, aby w tajemnicy powiadomić starszyznę nad rzekami Abin, Bogondur, Antchyr, Chapły i Afiks, aby trzymali swoje wojsko w gotowości bojowej, dlatego że 10 lutego chcemy przekroczyć Kubań i napaść na Rosjan w ich kwaterach zimowych. Wbrew wszystkim oczekiwaniom tajemnica została tak dobrze zachowana, że kiedy 9 lutego zbliżyłem się z baterią do rzeki Antchyr i w towarzystwie wielu jeźdźców, zacząłem rekonesans pogranicznych posterunków wzdłuż brzegów Kubania, to przekonałem się, że nieprzyjaciel nie ma żadnych wiadomości o naszych zamierzeniach. Ale sądzone nam było spotkać inną nieoczekiwaną przeszkodę. Kiedy następnego dnia o drugiej po południu zebrałem na umówionym miejscu wojowników, to znalazłem tam tylko 1000 ludzi. Liczyłem na ilość co najmniej sześciokrotnie większą. Wówczas jeszcze źle znałem kraj i nie sądziłem, że biedni Abazowie, którym zawsze podobają się wojskowe zabawy, tym razem nie postąpią zgodnie z moimi zamiarami. Moi żołnierze byli, chociaż nie bardzo ciepło, ale jednak dobrze ubrani i obuci, ale Abazowie, z których tylko niewielu miało niezbędną odzież zimową, nie mogli wytrzymać zimna sięgającego ponad 20 stopni. Wszyscy, którzy tylko jakoś mogli wytrzymać mróz, jednak przybyli. Ze względu na to, że nie chciałem pozostawić Rosjan w spokoju w ich ciepłych kwaterach, zdecydowałem się z 1000 Adygów i dwoma lekkimi działami przejść przez Kubań i zniszczyć przynajmniej koszary strażnicze nad rzeką.

11 lutego o godzinie 7 przeszliśmy Kubań nieco powyżej ujścia rzeczki Antchyr. Naprzeciwko nas, w połowie wystrzału armatniego od brzegu, znajdował się rosyjski blokhauz, zajęty przez rotę piechoty z jednym działem. W odległości wiorsty(3) wystawione były niewielkie posterunki strażnicze, składające się z 10-15 ludzi, w większości Kozaków, którzy rozciągnęli się wzdłuż brzegu Kubania. Wrzuciliśmy kilka granatów do blokhauzu w rezultacie czego ochrona w pośpiechu porzuciła swój posterunek i rozpoczęła odwrót. Mniejsze posterunki zrobiły to samo jeszcze wcześniej. Z wyjątkiem kilku żołnierzy nie mieliśmy konnicy z pomocą której moglibyśmy nękać nieprzyjaciela, dlatego że nie podkute abazskie konie nie mogły swobodnie przechodzić przez lód. Dlatego musieliśmy zadowolić się spaleniem pozostawionych posterunków strażniczych. Nie tracąc czasu przeszliśmy marszem wzdłuż brzegu rzeki, rozganiając nieprzyjacielskie warty i podpalając domy strażnicze. Dwadzieścia sześć mniejszych i większych domów strażniczych znajdowało się w ogniu. Poruszaliśmy się szybciej, aby nie dać nieprzyjacielowi możliwości skoncentrowania się, gdyż naszymi niewielkimi siłami nie mogliśmy okazać mu poważnego oporu. Działa jechały w większej części kłusem i lekko ubrani Adygowie, serca których radowały się z powodu pożaru rosyjskich domów strażniczych, triumfując, biegli za nami. Trzymając się przez cały czas brzegu Kubania, w południe doszliśmy do miejsca, gdzie rzeka Il wpada do Kubania. W odległości pół godziny przed nami zobaczyliśmy poruszającą się wielotysięczną kolumnę. Jako że zimowe słońce jasno oświecało stepy, mogłem dobrze przypatrzyć się przez lunetę nieprzyjacielskim oddziałom; składały się z 4 batalionów piechoty i z 10-12 setek Kozaków i wiozły za sobą działa. Czekanie na nich byłoby niebezpieczną chełpliwością. Dlatego wróciliśmy na lewy brzeg i staliśmy tam obserwując ruchy nieprzyjaciela. Rosjanie ruszyli w stronę brzegu i szybko otworzyli przeciwko nam ogień z 8 dział. Po krótkie kanonadzie, aby nadaremnie nie tracić ludzi i nie narażać się na atak rosyjskiej konnicy, co w stepie, przy naszej słabej osłonie, byłoby groźne, wróciliśmy do bezpiecznych lasów, oddalonych o dwie godziny jazdy. Nieprzyjaciel nie próbował przejść przez Kubań.

Była ciemna noc, kiedy dotarliśmy do kwater nad Ubinem. Około 10 wieczorem Abazowie przyprowadzili do mnie rosyjskiego zbiega, który opowiedział, że nieprzyjaciel boi się ataku na Jekatierinodar, dlatego z kwater zimowych w Korkuja zostały wezwane wszystkie oddziały, które maszerują w górę rzeki. Chciałem wyciągnąć z tej wiadomości możliwą korzyść i wydałem następującą dyspozycję. W tą samą noc wysłałem konnych gońców do Abedzechii i Bżedugii z pisemnym żądaniem skierowanym do wielu gospodarzy, aby 18 lutego zebrali swoich wojowników nad rzeką Pszisz, gdzie w ten sam dzień dotrę z kontyngentem Szapsugów i Natuchajów i z działami. Takie same żądanie wysłałem do wszystkich Szapsugów. Wiedziałem bardzo dobrze, że nieprzyjaciel natychmiast dowie się o tak wielkim pospolitym ruszeniu i wydawało mi się, że, oczekując napaści na Jekatierinodar, będzie go jeszcze bardziej wzmacniał. Natychmiast wysłałem rozkaz do Antchyr, aby cztery pozostawione tam działa jeszcze tej samej nocy wyruszyły w drogę do Natuchajów. Faris-bejowi i Hadżi-Jachie wysłałem polecenie, aby na noc 16 lutego zebrali jak można największą ilość wojowników. Mieszkańcy Natuchaju byli znacznie zamożniejsi niż Szapsugowie z równin i lepiej wyposażeni w odzież zimową; przy tym ta część kraju była podzielona na mechkeme i dwaj ich naczelnicy byli odważnymi i energicznymi ludźmi. Dlatego mogłem liczyć na to, że zbiorą oni do 4000 konnych i pieszych. Aby ich jeszcze bardziej zagrzać obiecałem obu naczelnikom mechkeme za każdego uzbrojonego 10 naboi. 12-go wieczorem pojechałem do Bżedugów; 14-go w towarzystwie 200 jeźdźców dokonałem rozpoznania sytuacji pod Jekatierinodarem; stojące nad Ubinem dwa działa również przybyły do Bżedugii. Z Bżedugii, gdzie nie został wprowadzony żaden porządek administracyjny i gdzie Rosjanie mieli wielu tajnych zwolenników, nieprzyjaciel mógł otrzymywać najlepsze doniesienia o każdym naszym ruchu. 16-go wieczorem wysłałem podoficerowi Maczyńskiemu, dowodzącemu dwoma działami, list, który ten miał wysłać dopiero rano 17-go określonym starszyznom. W liście tym odwoływałem rozkaz o zgromadzeniu wojskowym. Tylko konnica bżedugska miała wraz z dwoma działami pokazać się naprzeciwko Jekatierinodara.

15-ego o czwartej po południu w asyście tylko dwóch żołnierzy i trzech murtazików opuściłem Bżedugię pod pretekstem przyśpieszenia transportu przesyłanych z Antkyra dział. Ani jeden człowiek nie wiedział, że udaję się do Natuchajów. Musiałem przejechać prawie 25 godzin, aby z Bżedugii dotrzeć do punktu wyznaczonego na zbiórkę. 16-go o trzeciej po południu byłem w Pzipsie, nie zmieniając konia; to wprost nieprawdopodobne, ile może wytrzymać abazski koń.

Podczas galopu z zaniepokojeniem zauważyłem, że mróz odchodzi i nastaje odwilż. Do południa na drodze leżało już błoto, a wieczorem spadł niewielki deszcz. Odważnych naczelników mechkeme Faris-beja i Hadżi-Jachju zastałem już w Pzipsie. W sumie zebrało się około 3000 jeźdźców i niemal tyle samo pieszych. Na zgromadzenie przybyli wszyscy Natuchajowie. Każdy jeździec miał ze sobą woreczek z ziemią, którą rozsypywał po lodzie, aby ułatwić koniom przejście przez rzekę. Faris-bej ogłosił, że leżące niedaleko od Korkuja stanice i kolonie są zupełnie ogołocone z oddziałów, które zostały wezwane do Jekatierinodaru. Ale w kraju tym na pogodę można było liczyć w tak samo małym stopniu, jak na wszystko pozostałe. W ciągu wieczoru deszcz stawał się coraz silniejszy i oddział nadaremnie czekał przez całą noc w śniegu i błocie w nadziei, że pogoda się zmieni. Bezskutecznie! Kiedy nastał dzień zrozumieliśmy, że ekspedycję trzeba odwołać, można jeszcze było z trudem przejść po lodzie, ale jak powrócić? Nastała odwilż, która według starców miała utrzymać się przynajmniej przez osiem dni. Musiałem rozpuścić wojsko i na dodatek jeszcze rozdzielić między nimi 30000 naboi. Na pozostałą część zimy zostawiłem u Natuchajów moje cztery działa i dzięki temu ustrzegłem mój źle osadzony skład prowiantu w Aderbii. Zresztą zauważyłem, że jak tylko wyruszaliśmy przeciwko nieprzyjacielowi, naród ochoczo dawał i robił wszystko, co od niego wymagano, ale jak tylko przez pewien czas nie było z naszej strony żadnej aktywności, stawało się niemożliwe, aby cokolwiek od nich uzyskać. Codziennie przeklinałem zdrajcę Izmaiła-paszę, który doprowadził nas do takiej bezczynności i słabości.

Hadżi-Izmaił-pasza gorliwie pracował nad organizacją kraju i jak tylko czas mi pozwalał, pomagałem mu ochoczo, dlatego że w taki sposób poznawałem charakter kraju i narodu. Zaczęliśmy przeprowadzać pośród Natuchajów spis ludności, najprawdopodobniej pierwszy, jaki był w tych górach od stworzenia świata; oprócz tego każdy młodzieniec był jak można najlepiej przyuczany w sferze wojskowej, a w mechkeme została wprowadzona kontrola podlegających służbie wojskowej. Mieszkańcy byli z tego zadowoleni i do 10 kwietnia założyliśmy jeszcze dwie mechkeme nad rzekami Szips i Abin i w rezultacie na początku 1858 roku istniały już cztery mechkeme, każde liczące od 2500 do 3500 młodzieńców, całkiem dobrze zorganizowane zarówno w sferze wojskowej, jak i w sferze sądownictwa, murtazików, i podatków. Naczelnikiem Szips-mechkeme naznaczony został Hadżi-Boroku-effendi, ten sam, który przybył z nami do Tuapse, naczelnikiem Abin-mechkeme – syn Hadżi-Izmaiła-paszy Chussejn-effendi, prawdziwie odważny i zdolny młody człowiek. Stosunkowa łatwość, z jaką w piątej części niezależnej Abazji zostało wprowadzone zarządzanie administracyjne, w tym czasie, kiedy nasz autorytet oparty był na kilku nieszczęsnych armatach i dobrych zamiarach, dawała mi nadzieję, że jeśli tylko otrzymam choćby najmniejsze poparcie z Europy, to w niedługim czasie będę w stanie zjednoczyć wszystkich Adygów.

W połowie kwietnia do Sefer-paszy przyszło kilku ludzi z Ubychii z wiadomościami, że narody Ubychii, Abadzechii i małych przygranicznych krajów chcą się zebrać i zapraszają Szapsugów na wielką radę narodową, podczas której partyjne waśnie rozdzierające kraj powinny być zażegnane. Posłańcy z Ubychii przekonywali księcia Sefera, że duża ilość Abadzechów przyłączy się do niego, tak więc okoliczność tę może on z łatwością wykorzystać, aby zniszczyć lub zabić swojego wroga – Naiba.

Sefer-pasza dał się przekonać ubychskim uorkom i przyjął zaproszenie, ale aby podnieść swoje znaczenie przed zgromadzeniem całego kraju, poprosił mnie, abym mu towarzyszył razem z działami. Chociaż nie oczekiwałem wiele od pochlebstw ubychskich uorkow, którzy składali Naibowi takie same obietnice, jak księciu Seferowi, aby od obu stron otrzymać podarunki, nie mogłem odmówić natarczywej prośbie starego Sefera i wysłałem wraz z nim dwa działa. Odprowadziłem ich do rzeki Afiks, ale tam, zmieniłem zdanie i uznałem, że na tym wielkim zgromadzeniu najprawdopodobniej wybuchnie walka partyjna, w której ja, z wielu przyczyn, nie chciałem brać udziału, i dlatego wróciłem do Aderbii, pozostawiając lejtnantowi Aranowskiemu rozkaz, aby w żadnym razie, nie zważając na uporczywe żądania Sefer-paszy, sam nie wtrącał się w ewentualny konflikt Abazów.

Ledwie tylko zawróciłem, jak ubychscy uorkowie, dla których było wielkim zmartwieniem, że nie mogli ani nas sprzedać, ani mieć z nas jakiegokolwiek pożytku, zaczęli przekonywać mojego oficera i kanonierów, znajdujących się przy dwóch działach, aby poszli z nimi do Abadzechii, a stamtąd do Ubychii, dlatego że Izmaił-pasza jakoby przybył do Ubychii razem z drugim transportem i przywiózł żołnierzy, broń, pieniądze i wszystko co niezbędne, i prosi oddziały, które przybyły wcześniej, aby się tam również udały; mnie on o tym nie powiedział, gdyż Izmaił-pasza nie chce mieć ze mną żadnych związków, gdyż jestem zbyt uparty, despotyczny i niestosownie postępuję z muzułmanami. Samo się przez się rozumie, że oficer nie zaszczycił pośrednika poważną odpowiedzią, ale to kłamstwo niezauważenie demoralizowało prostych żołnierzy, którzy przez długi czas myśleli, że wyłącznie moja osobista niechęć do Izmaiła-paszy jest przyczyną naszej ciężkiej sytuacji i biedy. Również książę Sefer, któremu nie podobały się moje ostre wystąpienia, do czego zawsze zmuszała mnie troska o utrzymanie mojego niewielkiego oddziału, często niehamujący się swoją godnością książęcą i statusem paszy, w tajemnicy wspierał rozpowszechnianie pośród moich żołnierzy nieprawdziwych plotek o mnie. Beznadziejne oczekiwanie, ciężka praca i silna potrzeba osłabiały dobry stan ducha wielu żołnierzy i chociaż większość z nieporównywalną wytrzymałością dzieliło moją dolę, ale znaleźli się i tacy, którzy narazili na niebezpieczeństwo istnienie oddziału i sprawa zaszłą na tyle daleko, że 2 lutego zmuszony byłem krwawo zdławić otwarty bunt – rozstrzelaniem dwóch podżegaczy.

Jak już wspomniano, pozostawiłem księcia Sefera samego, kiedy kontynuował on swoją wyprawę na Dogaj, rzekę graniczną między Szapsugią i Abadzechią, gdzie odbyło się zgromadzenie narodu adygskiego i szybko miałem okazję, aby się cieszyć z mojej decyzji nie uczestniczenia w tej naradzie. Po kilku dniach doszło do silnego starcia między zwolennikami Naiba i księcia Sefera i pozostali nie byli w stanie ich pogodzić. W rezultacie 20000 Abazów, którzy przybyli z pokojowymi zamiarami, rozstało się znacznie bardziej wrogo nastawionych do siebie, niż byli do czasu spotkania. Chytrzy uorkowie z Ubychii, którzy widzieli, że wszyscy Abadzechowie i większa część Szapsugów nastawieni są przeciwko Sefer-paszy, również go opuścili i przyłączyli się do partii Mohameda-Amina. Rada trwała do 20 kwietnia i w jej trakcie wspólnie z Hadżi-Izmaiłem-paszą dokonywaliśmy codziennych wypraw do Natuchaju, aby przyśpieszyć tam organizację wojskową. 19 kwietnia przyszła wiadomość, że nieprzyjacielska flotylla składająca się z siedmiu parowców zawinęła do portu Sudżuk i wysadziła na brzeg wojska, które mają zamiar zająć dawną twierdzę. 20-ego w towarzystwie około 200 jeźdźców obserwowałem położenie wroga. Rosjanie wysadzili na brzeg dwa bataliony piechoty i cztery działa, i zajęli fortyfikacje starej twierdzy, znajdujące się jeszcze w dobrym stanie. Bardzo nam brakowało dwóch dział, które bezużytecznie wyjechały z Sefer-paszą. Wojownicy natuchajscy zebrali się bardzo szybko, tak że wieczorem 20-ego było już około 5000 ludzi. Zdecydowałem, że rano 21-ego napadniemy na nieprzyjaciela i spróbujemy go zdezorganizować, zanim zdąży się umocnić w Sudżuku, gdyż okupacja tego miejsca, związana z ruchem nieprzyjaciela ze wzniesionej w zeszłym roku twierdzy Chatochaj, odcięłaby Natuchajców od Szapsugów i postawiłaby pod znakiem zapytania niepodległość tego kraju. Razem z Hadżi-Izmaiłem-paszą, Faris-bejem i Hadżi-Jachem przygotowaliśmy się do ataku, kiedy nagle nieszczęście przyniosło do naszego obozu drogiego Karabatyra i Zan-oglu. Nie widziałem go już od kilku miesięcy i tak przyzwyczaiłem się łączyć jego pojawienie się z jakąś przykrością, że przyjąłem go bardzo źle. Zgodnie ze swoim zwyczajem tłumaczył się on tysiącami niezgrabnych i kłamliwych dowodów, co do tego, jak sobie z nas zakpił zimą i powiedział, że przyszedł, aby nam pomóc w naszej ciężkiej pracy. Pomógł tak dobrze, że rankiem 21-ego atak na Sudżuk nie doszedł do skutku, po południu w obozie zaczęły się spory i starcia, w rezultacie których Hadżi-Izmaił-pasza, Faris-bej i za ich przykładem większa część wojowników porzucili obóz.

Rankiem 23 kwietnia naliczyliśmy w obozie tylko 1500 ludzi i Karabatyr nie dał mi spokoju dopóki nie zgodziłem się, aby ostrzeliwać nieprzyjaciela, mimo że byłem świadomy bezużyteczności tego kroku. Abazowie (a ci, którzy pozostali w obozie, byli najbardziej walecznymi) rzucili się z wielką odwagą na nieprzyjacielskie umocnienia, jedna część przeniknęła nawet do środka i zaczęła walkę wręcz z rosyjską piechotą. Karabatyr, który chciał naprawić swoje głupie uczynki, osobiście prowadził ten oddział. Ale przewaga nieprzyjaciela, szczególnie w artylerii, była zbyt duża. Oprócz czterech rosyjskich dział na lądzie, przeciwko nam działało również 50 dział okrętowych flotylli. Dlatego musieliśmy porzucić dalsze próby i wycofać się poza granicę wystrzału rosyjskich armat.

Zupełnie bezużytecznie straciliśmy 35 zabitych i 100 rannych, ale przekonaliśmy się, że gdybyśmy zwalili się na wroga siłami, które mieliśmy trzy dni temu, to moglibyśmy go zniszczyć. Zatrzymałem Abazów w obozie i w tym samym dniu popędziłem za rozzłoszczonymi Hadżi-Izmaiłem-paszą i Faris-bejem, których odnalazłem w odległości 3 godzin od Sudżuka nad rzeką Bakan. Kosztowało mnie niemało wysiłku i przekonywania, aby skłonić ich do powrotu do obozu, ale udowadniałem im, że zniszczenie Rosjan jest na tyle realne i niebezpieczeństwo utraty Sudżuka na tyle poważne, że końcu się zgodzili. Hadżi-Izmaił-pasza i Faris-bej natychmiast pojechali, aby wezwać uzbrojonych ludzi ze swoich mechkeme: Hadżi-Izmaił-pasza wrócił razem ze mną do obozu obok Sudżuka, gdzie 28-ego dostarczyłem działa, wysłane z Sefer-paszą do Dogaju. Ale w tą samą noc do obozu przyjechał osobiście Faris-bej z wiadomością, że Rosjanie dużymi siłami przeszli przez Kubań poniżej twierdzy Chatokaj. Następnego dnia posłańcy donieśli, że nieprzyjaciel rozbił obóz w odległości około 5 wiorst od Chatokaja nad rzeką Adagum i wydaje się, że chce wyruszyć drogą do Sundżuku. Po tej wiadomości utrzymanie Abazów pod Sudżukiem stało się niemożliwe; wszystkie moje przekonywania, że to nie przeszkadza nam napaść na stojących przed nami Rosjan, ale na odwrót, wygnanie nieprzyjaciela z Sudżuka stało się teraz jeszcze bardziej niezbędne, były bezskuteczne. Wszyscy pognali nad Adagum i zmuszony byłem udać się za tłumem, dlatego że z moimi nieszczęsnymi działami bez piechoty i konnicy nie był bym w stanie niczego przedsięwziąć. 29-ego zbadałem położenie wroga nad rzeką Adagum. Jego siły dochodziły do około 12000 ludzi i stał w lekko umocnionym obozie na równinie między Chatokajem a Adagum; nie czynił on żadnych przygotowań do dalszego marszu, ale rozpoczął budowę nowej twierdzy. Taka sama „mała wojna”, jak w zeszłym roku, zaczęła się i teraz: częste ostrzeliwanie się, potyczki, napaści na nieprzyjacielskie posterunki i obozy zdarzały się codziennie. Moja artyleria, którą zwiększyłem do ośmiu dział na lawetach, przez cały czas stała w odległości godziny od nieprzyjacielskiego obozu, aby być gotową przeciwko możliwej napaści Rosjan w głąb kraju oraz w celu podtrzymywania zaufania mieszkańców. Każda z już zorganizowanych mechkeme, z wyjątkiem sudżukskiej, która pilnowała wroga, wystawiła dla osłony dział 150 konnych i 600 piechurów, którzy zmieniali się co 10 dni.

W sumie w obozie nad Adagum przez cały czas było 450 jeźdźców i 1800 piechurów; oddziałamy tymi po kolei dowodził któryś z naczelników mechkeme.

W Abadzechii nad rzeką Łabą także pojawił się nieprzyjacielski korpus i odbudował wcześniej pozostawione twierdze. Naib Mohamed-Amin, który po ostatnim zgromadzeniu narodowym nad Dogajem, rozciągnął swoją władzę na Ubychów i na góry Tuapse, zajął się swoją zwykłą działalnością – organizacją porządku wewnętrznego i założył jedno mechkeme w Ubychii, a drugie w Tuapse; zajął także przystanie od Wardane do Tuapse i wprowadził tam podatki. Sefer-pasza był poważnie przestraszony sukcesami Naiba, który ciągle groził, że posunie się dalej do Szapsugii i dlatego starzec używał przeciwko niemu wszystkich swoich intryg. Tym razem okoliczności mu sprzyjały. Kiedy Mohamed-Amin uciekał z Damaszku zaprosił ze sobą do Abazji jednego byłego niewolnika abazskiego, który dosłużył się w tureckiej armii stopnia juz-baszi.(4) Ten juz-basza o imieniu Hadżi-Chassan pojechał z nim i Naib mianował go naczelnikiem mechkeme w Tuapse. Ów człowiek był bardzo energiczny ale i bardzo chciwy. Nie spodobał się Abazom już tym, że on, były niewolnik, został ich naczelnikiem; ale kiedy zaczął jeszcze odgrywać rolę srogiego mahometanina i stosować kary pieniężne za niewykonywanie obrzędów religijnych, dochód z których oczywiście pozostawiał sobie; kiedy w końcu siłą chciał ożenić się z dziewczyną, której rodzina wstydziła się pokrewieństwa z niewolnikiem, nagle rozpoczęło się powstanie, które kosztowało Hadżi-Chassana życie, a Naibowi na zawsze zagrodziło drogę do Szapsugów. Żarliwość Naiba w rozpowszechnianiu Koranu wywołała reakcję w Ubychii i niebezpieczeństwo dla Naiba stało się na tyle poważne, że zmuszony był w pośpiechu porzucić Ubychię i wrócić do Abadzechii. Ale na tym cała sprawa się nie zakończyła. Graniczący z Szapsugami Abadzechowie mieszkający nad rzekami Newgiokochabl i Psekups w ilości około 6000 gospodarstw także przegnali sędziów i mułłów przysłanych przez Naiba i idąc za przykładem Tuapse i Ubychii spalili swoje mechkeme. We wszystkich pozostałych częściach Abadzechii również zapanował pełny chaos; na początku przyczyną było zbyt silne dążenie Naiba do nawrócenia Czerkiesów na jedyną prawdziwą wiarę i jego lekceważący stosunek do starych, głęboko zakorzenionych w obyczajach narodu, przesądów.

W Turcji i we wszystkich mahometańskich krajach sługa lub niewolnik jutro może zostać paszą, ministrem, generałem; nikt nie będzie przeciwko temu protestował, dlatego że tak jest przyjęte w tradycjach narodów mahometańskich. Ale u Abadzechów większą uwagę przywiązuje się do wieku, zasługi przed krajem i do czystość krwi w rodzinie. Dlatego też mianowanie byłego niewolnika naczelnikiem Abazów było wielkim błędem ze strony zawsze tak mądrego Mohameda-Amina.

Zacząłem coraz bardziej rozumieć dlaczego Izmaił-pasza za nic nie chce przyjechać do Abazji. On rzeczywiście niczego nie mógł tu znaleźć, ale to oczywiście nie dawało mu prawa, aby okłamywać Turków, podobnie zresztą jak Abazów i trwonić środki zebrane na potrzeby kraju.

Przypisy:

(1) Przeciwległą partię w odróżnieniu od zwolenników Sefera, w większości mieszkających w obwodzie natuchajskim, nazywam Szapsugami, chociaż nazwę tą stosuje się zwykle dla całego kraju aż po ujście rzeki Kubań.

(2) Skiele – przystań, na której towary wyładowuje się ze statków i ładuje się na nie
.
(3) Siedem rosyjskich wiorst równa się jednej niemieckiej mili.

(4) Kapitan: od „juz” – „setka” i „baszi” – „głowa”, „naczelnik”.

Autor publikacji: 
GEOPOLITYKA: