OSINOWY KOŁEK

Osinowy kołek potrzebny od zaraz. Upiory wstają znów z letargu i mają się jak żywe. Albo jeszcze lepiej.

Był taki dowcip: co to jest szczyt bezczelności? Napaskudzić komuś pod drzwiami, zadzwonić i poprosić o papier toaletowy. Wojciech Jaruzelski znów dzwoni do naszych drzwi.
Ogłosił, że życzy sobie powołania w Polsce Komisji Prawdy i Pojednania, która raz na zawsze rozliczyłaby nas z przeszłością, zastępując dwa w jednym: dekomunizację i lustrację. Łaskawca obiecuje, że stanie przed komisją i powie wreszcie prawdę. I stanie się cud, naród się pojedna, oprawcy i ofiary na jeden wózek wsiądą i pomkną wespółzespół ku świetlanej przyszłości.
Generał powie wreszcie prawdę. Dziwne, okazji po temu miał dotąd bez liku, nie chciał z nich jednak skorzystać. Ukrywał prawdę, zwłaszcza przed sądem powszechnym, który wciąż dojść nie może, kto jest odpowiedzialny za masakrę robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku i kto wydał rozkaz strzelania do górników w grudniu 1981 roku. Sądy Jaruzelskiemu nie w smak. On stoi wciąż ponad nimi, stawia się wciąż ponad prawem, jakby nadal władał PRL. Kręci, kluczy, zwłóczy, mataczy, byle tylko prawda na jaw nie wyszła. Kombinuje nie tylko przed sądem. Wykorzystuje każdą sposobność, by prezentować własną wersję historii w mass mediach, których wolność skutecznie tłumił przez większość swego życia. A teraz jeszcze mu się specjalnej komisji zachciewa, by za jej pośrednictwem uprawiać propagandę.

Szczyt bezczelności? I owszem, ale nie tylko. Strach przed dekomunizacją? Inaczej mówiąc, ucieczka do przodu? Nie tylko.

Pamiętamy, jak to w czasach absolutnych rządów Jaruzelskiego, kiedy zagarnął pod siebie wszystkie możliwe najwyższe fotele państwowe i partyjne, pokpiwano, że brakuje mu do kolekcji tylko jednego stołka, Prymasa Polski. Widać zostało mu to do tej pory, chce być Nelsonem Mandelą i Desmondem Tutu w jednej osobie, oni to przecież powoływali w RPA Komisję Prawdy i Pojednania, by raz na zawsze zamknąć ponury rozdział apartheidu. Jeszcze chwila i Jaruzelski upomni się o pokojową nagrodę Nobla, zdziwiony pewnie, że dotąd jej nie dostał.

A więc pycha? I owszem, ale to też za mało. Demencja starcza? Nie, to by było za proste, za ludzkie. Jest znacznie gorzej, bardziej makiawelsko...

- Wężykiem, Jasiu, wężykiem! – wołał Jan Kobuszewski do Wiesława Gołasa w kabarecie „Dudek”.

- Grubą kreską, grubą kreską! – woła znów Tadeusz Mazowiecki do Polaków, jakby chciał polski dramat obrócić na zawsze w kabaret.

„Ta karczma Rzym się nazywa” – przypomina się ten wers, gdy patrzy się na zdjęcie, gdzie nad biesiadnym stołem w Rzymie podają sobie ręce Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski, mający za tło współbiesiadnika Mazowieckiego, który rozpływa się w uśmiechu. Uśmiechu triumfalnym – dla jednych, dla drugich – diabolicznym.

- Cuda są jednak możliwe – skwitował to wydarzenie Wałęsa. Z wrodzoną skromnością. Żaba podstawia nogę, kiedy konie kują. Mogli więc sobie obaj nogi podać, bardziej to w ich stylu.

Jednają się więc różni na wyprzódki, wmawiając publice, że taka była wola Ojca Świętego. Kłamią. Nigdy Jan Paweł II nie namawiał ofiar do jednania się z katami. Wybaczyć to co innego. Nigdy też nie pozwoliłby nasz Papież na odstępstwo od wartości w imię doraźnych celów politycznych.

Kłamią, bo przecież nie ma rozgrzeszenia bez skruchy i pokuty. Jednają się, za chwilę zaczną się bratać, a za dwie chwile – obłapiać, że przywoła się tutaj Herlinga-Grudzińskiego. On to przecież wytykał z odrazą „obłapiankę” pokrzywdzonych z oprawcami, jaką zapoczątkował Okrągły Stół.

Pojednał się były prezydent z obecnym. Mało mu było. Zaprosił Kwaśniewskiego na obchody 25 rocznicy ‘Sierpnia 80. Potem powiedział, że nie zaprosił, tylko wycofał sprzeciw. Zaraz okazało się, że jednak zaprosił na... sympozjum, organizowane w ramach obchodów. Nie kijem go, to pałką. Za, a nawet przeciw. I tego było Wałęsie mało. W wywiadzie prasowym zwierzył się, że dopuszcza możliwość zaproszenia Kwaśniewskiego na swoje urodziny, tylko żona – co odnotował dziennikarz – zgłosiła sprzeciw. Czyżby potwierdzała się opinia, że w rodzinie Wałęsów najwięcej rozsądku wykazywała zawsze pani Danuta?

Jedna się więc Wałęsa, jak dawno nie jednał, bo Mazowieckiemu też odpuścił i Frasyniukowi, chociaż i z nimi miewał ostro na pieńku. Nawet z Lechem Kaczyńskim sądową ugodę zawarł. Dał się łaskawie wziąć pod ochronę Donaldowi Tuskowi (swoją drogą, dobra narodowe najłatwiej chronić w muzeum). Tylko jakoś Lech Wałęsa ojcu Tadeuszowi Rydzykowi nie chce przebaczyć. Wydał w tej sprawie arcywałęsiaste oświadczenie, że gotów jest się bezwarunkowo z Rydzykiem pojednać pod... warunkiem, że Rydzyk spełni jego... warunki.

Wałęsa przeszedł ostatecznie do obozu przeciwników dekomunizacji i lustracji. Widać ma swoje powody. Dziś też znów, jak podczas prezydentury, stawia „na lewą nogę”. Kiedyś usprawiedliwiał się, że czyni to w imię pluralizmu. Dzisiaj nawet nie próbuje się usprawiedliwiać, bąka tylko coś o cudzie.

Cudem były msze na stadionach „szalikowców” z wrogich sobie klubów piłkarskich, a nie teatralne gesty polityków. Niekiedy groteskowe, kiedy indziej bezczelne, jak podczepianie się pod narodową żałobę Józefa Oleksego, który też zaczął nawoływać do powszechnej zgody. Andrzej Lepper również podstawił żabią nogę, wnosząc o amnestię dla uczczenia pamięci Jana Pawła II. Następny łaskawca. Też chciał załatwić dwa w jednym, raczej się nie udało, koleżanki i koledzy kryminaliści z Samoobrony muszą chyba poczekać na inną okazje.

Niwelowanie podziałów, zasypywanie przepaści – ergo jednanie, bratanie, obłapianie – wypisała na szyldzie Partia Demokratyczna, wymutowana z Unii Wolności. Ojcowie założyciele PD nie powołują się na siły nadprzyrodzone, lecz mówią o czystym pragmatyzmie. Pragmatyzm w ich wydaniu to relatywizm, gdzie nie ma miejsca na czarne i białe, co najwyżej szare, nie dostrzega się biało-czerwonego, ani też białego i czerwonego, lecz różowe. Marginalna w istocie partyjka ma niesamowitą publicity, wykreowana została – zanim ją jeszcze powołano – na fakt medialny pierwszej wagi. Program partii – programem narodu? Takie można odnieść wrażenie, gdy czyta się gazety, słucha radia, ogląda telewizję. Dawno żadnej formacji politycznej nie robiono takiej wielkiej – a darmowej – reklamy. Tylko Samoobrona miała równie powszechną promocję, kiedy SLD potrzebowało jej niby tarana do kruszenia rządów AWS.

Swoją drogą, Partia to bardzo Demokratyczna, skoro na kongresie założycielskim wystawiła tylko jednego kandydata na przewodniczącego, Władysława Frasyniuka, oczywiście. Jest on w mediach wszechobecny. Zajmuje się głównie atakowaniem faktycznych lub wyimaginowanych przeciwników, a także – dementowaniem. W pierwszym rzędzie zaprzecza opinii, że PD to zmartwychwstała UW-bis. Według niego nowa partia to przede wszystkim nowi ludzie, dotąd bezpartyjni, głównie młodzież. Dementuje też pogłoskę, że stworzył PD jako wygodną tratwę ratunkową dla pogrążającej się w politycznej topieli SLD. Twierdzi, że postkomunistyczni dezerterzy stanowią niewielki procent członków jego partii. Dziś może to jeszcze prawda, ale jutro? Niektórzy prognozują, że po ostatecznym upadku SLD nastąpi lawinowy wzrost szeregów PD.

Nieważne, skąd kto przychodzi. Ważne, dokąd zmierza. Tak głoszą czołowi działacze Partii Demokratycznej. Powiadają też, że SLD-owskim prominentom żadne szalupy czy tratwy ratunkowe nie są potrzebne. Udają, że nie widzą, że okręt tonie, coraz większe bąble wypuszcza i coraz gwałtowniejsze fale wznieca. (Uwaga, tonący brzytwy się chwyta! Niejeden numer nam jeszcze wytną!) Pójdzie SLD na dno razem z banderą, kolejna sztuczka z jej zamianą już nie przejdzie. Droga od PZPR przez SdRP do SLD dobiegła kresu. Przedtem udało się zmianą szyldu omamić wyborców, zatrzeć ślady bezprawnego przejęcia majątku po PZPR, przeciąć nitki prowadzące do Moskwy, skąd Miller wiózł dolary na działalność postkomunistycznej formacji w Polsce. Nie da się takiego manewru znów powtórzyć, nikt i nic nie zatuszuje złodziejskich i łajdackich afer, jakie szyld SLD przykrywał.

Nadziei na porozumienie z ekipą, szykującą się do przejęcia władzy, raczej nie ma. Buńczuczne zapowiedzi SLD z poprzedniej kampanii wyborczej skończyły się na zapowiedziach, AWS nie zostało rozliczone z niczego. Jakby w rewanżu, że AWS też nie dotrzymał wyborczego słowa. Zamiast rozliczać postkomunistycznych poprzedników, zabrał się natychmiast za konsumowanie pożytków płynących ze sprawowania władzy. „Wy nam odpuścicie teraz, to my nie będziemy was za cztery lata rozliczać” – tak układać się może silny przeciwnik, a nie bankrut, którego dni są policzone. Na takie układy nie ma już zresztą społecznego przyzwolenia, o czym wiedzą najbardziej nawet cyniczni gracze z opozycyjnych ugrupowań.

„Borówki” wycofały się w ostatniej chwili, na dalsze podziały SLD – faktyczne czy pozorne – za późno, o zbiorowej ewakuacji nie ma już więc mowy. Szalupy ratunkowe nie wszystkich pomieszczą, nie wszyscy zresztą chcą salwować się ucieczką. Dlaczego? Proste. W kupie raźniej, a i w kupie łatwiej pilnować interesu, zawłaszczyć co się tylko jeszcze da, wykonać ostatnie „skoki na kasę”, okopać się na stołkach i posadach, zagwarantować sobie i kumplom nieusuwalność z posad lub horrendalne odprawy. Program ratunkowy jest, rzecz jasna, szerszy. Zanim okręt pójdzie na dno, uda się jeszcze to i owo schować pod sukno i zamieść pod dywan, zatrzeć ślady i zniszczyć dowody. Uda się również jeszcze bardziej zepsuć państwo, finanse, prawo... Majstrować będą więc gorączkowo, kombinując a to z ordynacją wyborczą, to znów z projektem budżetu. Co się da jeszcze wyrwać, to nasze, a po nas choćby potop. Drgawki agonalne trwać więc mogą miesiące, ale nie lata. SLD nie ma już wiele czasu, dwoić się będzie i troić, by jak najwięcej zagarnąć pod siebie.

Ponura to diagnoza. Ponura tym bardziej, że nie jest wcale takie pewne, że SLD odejdzie bezpowrotnie w polityczny niebyt. Niestety, ostatnio jakby pojawiło się dla nich światełko w tunelu. W manii jednania się, bratania (za chwilę – obłapiania) również i oni dostrzegają swoją szansę. Atmosfera zrobiła się taka, że nic tylko: hop, siup, tralala, entliczek, pętliczek, okrągły stoliczek! Postkomuniści z postsolidarnościowcami zasiedli już na jednej partyjnej kanapie. Dawni przeciwnicy polityczni jednają się na potęgę. Wszyscy nawołują do zgody. Może się z tego zrodzi nowy Okrągły Stół, a zaraz po nim nowa gruba kreska? Tak sobie roją SLD-owcy w nadziei, że może im się jednak upiecze.

Niestety, nie jest tak śmiesznie, jest strasznie. To już nie chodzi o jakieś tam żałosne SLD, chodzi o coś więcej.

Fakt, widmo krąży po Polsce. Widmo grubej kreski.

Replay.

Pierwsza kreska zapewniła czerwonej nomenklaturze miękkie lądowanie w życiu politycznym, społecznym i gospodarczym. Tamta polityczna abolicja mści się na nas do tej pory. A druga kreska? Co ma załatwić? Nową abolicję? Ta nie przejdzie, nie ma już na nią – jak sobie powiedzieliśmy – społecznego przyzwolenia. W drugiej kresce chodzi o znacznie więcej – o amnezję. O zamach na narodową pamięć.

Wałęsa jedna się nie tylko z Kwaśniewskim, również z Jaruzelskim. Mieli nawet wystąpić obaj w programie Lisa „Co z tą Polską?”, Jaruzelski jednak – ni stąd, ni z owąd – na telewizyjny program się obraził, bo w jego poprzedniej edycji Jan Rokita nazwał go „dyktatorem, zdrajcą i kłamcą”.

„Wałęsa był wyraźnie zawiedziony, gdy usłyszał od nas, że nie porozmawia z generałem. Ale zaraz zadeklarował: - Gotów jestem spotkać się z nim przy najbliższej okazji, może w innym studiu w innej telewizji.” – relacjonuje „Gazeta Wyborcza” (nr 104, 06.05.2005).

Dalej Wałęsa deklaruje, że nie tylko poda rękę Jaruzelskiemu, ale i gotów jest mu wybaczyć. Stwierdza dalej:

„Był czas walki i oni walczyli ze mną wszystkimi dostępnymi metodami. Ja jestem w stanie to zrozumieć. Warunek jest jeden. Oczekuję, że generał wyzna prawdę o esbeckich metodach niszczenia ludzi w tamtych czasach.” Koniec cytatu.

Szok.

W odruchu miłosierdzia załóżmy, że dziennikarze coś pokręcili, że Wałęsa nie mógł wygłosić takiej enuncjacji. Nie mógł wypowiedzieć słów, które w miarę inteligentny człowiek zinterpretuje jako ofertę: Wałęsa wybaczy Jaruzelskiemu, gdy ten wystawi mu „świadectwo moralności”, oświadczając publicznie, że teczka „Bolka” została przez SB sfałszowana. Inaczej tego odczytać się nie da, reporterzy musieli więc wypaczyć słowa Wałęsy.

Wyobraźmy sobie bowiem, że Jaruzelski uzna ten prasowy cytat za autentyczną wypowiedź, potraktuje poważnie ofertę i oświadczy, że teczka „Bolka” jest falsyfikatem. Jeszcze wczoraj twierdził, że nie miał pojęcia o SB-ckiej agenturze w otoczeniu Jana Pawła II. A tu nagle przyzna się, że ma wiedzę o teczce jakiegoś małego „Bolka”, co donosił na kolegów, że źle się wyrażają o majstrze lub dyrektorze? Kto mu uwierzy? Co będzie warte takie świadectwo moralności?

Nie mógł więc Wałęsa złożyć oświadczenia, jakie opublikowała gazeta. Nie mógł również z tego powodu, że wie – jak my wszyscy - że Jaruzelski jest mało wiarygodnym świadkiem. Na sali sądowej generał zasłania się to niepamięcią, to ucieka przed sądem w chorobę. Schorowany staruszek o laseczce, z trudem poruszający się po zakamarkach sądu i własnej pamięci.

(Schorowany staruszek, ktoś powie, bzdura! Widać było niedawno, jak na honorowej trybunie na moskiewskim Placu Czerwonym sterczy sztywno jakby kij połknął. Widać było jak dziarsko pierś pręży pod rękę Putina, który mu do klapy przypina medal.)

Pokręcili więc dziennikarze. Nie może tu chodzić o tak ordynarny geszeft. Niemożliwe, by nasze „dobro narodowe” - Lech Wałęsa – sięgnęło bruku. Nie chodziło więc zapewne Wałęsie o jakąś tam jedną, mało znaczącą teczkę, lecz o całokształt esbeckich metod. Propozycja – niestety - nadal zdumiewająca. Wałęsa upoważnia Jaruzelskiego, by stał się ostatecznym interpretatorem historii najnowszej Polski, mentorem i arbitrem? Jaruzelski ma nam ustalać (może wespół z Putinem) oficjalną wersję naszej historii? Czy o to chodzi Wałęsie?

Czyżby Wałęsa łudził się, że Jaruzelski „wyzna prawdę o esbeckich metodach niszczenia ludzi w tamtych czasach”, a więc ujawni wreszcie, kto – na przykład - kazał zabić księdza Jerzego Popiełuszkę? Ujawni nazwiska zleceniodawców i wykonawców skrytobójstw stanu wojennego?

Pamiętamy, jak to jeszcze w 1989 roku w Sejmie kontraktowym poseł OKP (Obywatelskiego Klubu Parlementarnego) Jan Kowalczyk zażądał powołania komisji sejmowej do zbadania działalności MSW w latach 1981-1989. Kowalczyk przedstawił listę (nb. zestawioną w poprzednich latach przez działaczy Komitetu Helsińskiego w Polsce), zawierającą prawie sto nazwisk osób, które poniosły śmierć w wyniku działania MO i SB. Na liście tej znajdowali się – prócz ks. Jerzego Popiełuszki – m.in. Bogdan Włosik, Grzegorz Przemyk, Piotr Bartoszcze, księża Stefan Niedzielak, Stanisław Suchowolec, Sylwester Zych. Wniosek posła Kowalczyka odniósł skutek. Powołana została Sejmowa Komisja Nadzwyczajna do Zbadania Działalności MSW, na której czele stanął poseł Rokita. Jaruzelski ani myślał zgłosić się na świadka. Komisja zresztą nie zakończyła prac. Przekazała prokuratorowi generalnemu RP opinie dotyczące 19 przypadków, z których 14 miały być objęte postępowaniem prokuratorskim. Niestety, rozwiązanie sejmu (tak, tak, za sprawą prezydenta Wałęsy) położyło kres pracom komisji Rokity. Później – nawet w okresie rządów AWS – nikt, z posłem Rokitą włącznie, nie domagał się wznowienia badań.

I co? Teraz nagle Jaruzelski odpowie na apel Wałęsy i wreszcie ujawni prawdę o esbeckich metodach niszczenia ludzi w czasach, gdy sprawował w PRL absolutną władzę?

Paranoja.

Kpi Wałęsa, czy o drogę pyta? Czyżby nie wiedział, że to właśnie Jaruzelski zamienił PRL w państwo policyjne o niebywałym poziomie inwigilacji i represji wobec obywateli. To za jego rządów liczba tajnych współpracowników SB sięgnęła 150 tysięcy, parokrotnie przekraczając „stan osobowy” agentów i donosicieli z czasów Gierka, Gomułki, nawet Bieruta. Jaką prawdę ma nam Jaruzelski do przekazania?

Rafał Ziemkiewicz, gdy Jaruzelski wybierał się na zaproszenie Putina do Moskwy, napisał felieton pt. „Jaruzelski go home”. Jaruzelski pojechał „home”, napaskudził jak tylko mógł i – nie posłuchawszy, niestety, felietonisty - wrócił do Polski. Napaskudził również w wywiadzie dla „Izwestii”, stwierdzając, że Armia Czerwona w 1945 roku wyzwoliła Polskę, a „Solidarność” stanowiła dla Polski zagrożenie wojną domową. Putin powinien mu zrobić za to potężnego „niedźwiedzia” z deserem „usta w usta”. Jak jego poprzednicy, co wycałowali się z Jaruzelskim, że ho, ho!

Czy Wałęsa chce to indywiduum powołać na świadka historii?

Otaczają nas opary absurdu. Powtórzmy, byłoby nawet śmiesznie, gdyby nie było tak strasznie.

Nic się nie dzieje bez przyczyny. Jednanie się, bratanie, przywoływanie upiorów ponurej przeszłości, zasypywanie podziałów, spuszczanie zasłony milczenia, podkreślanie grubą kreską – wszystko to ma wspólny mianownik. Blady strach, który zdjął prawie całą – pożal się, Boże – klasę polityczną. I nie jest to strach przed radykalnymi hasłami, które padają z prawej strony sceny politycznej. Wytrawni gracze nie przejmują się wyborczą retoryką. Co innego napawa ich lękiem.

Było już tak różowo. Według sondaży co drugi Polak (wliczając w to noworodki oraz zdemenciałych staruszków) tęsknił za PRL-em. Opinia publiczna umieszczała w panteonie najwbitniejszych Polaków Edwarda Gierka obok Jana Pawła II, Józefa Piłsudskiego i Lecha Wałęsy. Ankiety wykazywały również, że większość Polaków nie ogląda się już wstecz, ma dość rozliczania się z historią, nie chce żadnych podziałów, lecz zapatrzona jest w przyszłość, świetlaną – rzecz jasna.

Było już tak różowo, a nagle się narobiło.

- Polska znalazła się w stanie świętości – powiedział w TVN-24 wzruszony Wiktor Osiatyński, gdy cały kraj przeżywał żałobę po Janie Pawle II Wielkim. Świat nie mógł się nadziwić powszechnej fali pięknych emocji, które ogarnęły nasz kraj. Wygłoszono na ten temat – i w Polsce, i w świecie – wiele słów. Ciągle za mało, by oddać całą prawdę o tamtych niezwykłych dniach. Oczywiście, wylano również wiele krokodylich łez, zaczęto też przebąkiwać po faryzejsku, że chwila ta przeminie, a wszystko wróci do „normy”, bo to takie polskie, słomiany zapał i w ogóle. Nikt jakoś nie zaoponował, że Sierpień ’80 trwał aż szesnaście miesięcy w niesłabnącym napięciu, a owocuje do tej pory. Kwiecień 2005 też przyniesie piękne owoce.

Nikt też, albo mało kto, nie zwrócił uwagi, że właśnie w tamtych dniach strach sparaliżował polskich polityków. Zobaczyli na własne oczy, że naród potrafi wciąż jednoczyć się wokół prawdziwych wartości, że ma w sobie ogromną siłę, której nic nie potrafi złamać. Zobaczyli, że państwo, zwłaszcza takie, narodowi do niczego nie jest potrzebne. Najbardziej ich jednak przeraziła postawa młodzieży. Zawiodły rachuby. Okazało się, że polska młodzież (nazwano ją nie bez kozery pokoleniem JP II, a nawet młodzieżą neo-AK-owską) nie jest wcale zarażona bez reszty konsumeryzmem, libertynizmem i innymi nowoczesnymi –izmami. Polska młodzież objawiła się milionami jako pokolenie konserwatywne, hołdujące tradycyjnym wartościom, przywiązane do Dekalogu, uczulone na prawdę i dobro, zdolne do solidarności i poświęcenia.

Wot, siurpryz! A było już tak różowo, tymczasem okazało się, że czarne znaczy czarne, a białe białe, jest też białe i czerwone, a nawet biało-czerwone.

Młodzież to dla klasy politycznej przede wszystkim dawcy wyborczych krzyżyków. Sondaże dowodziły wprawdzie, że młodzi Polacy mają do polityki stosunek powszechnie obojętny, ale wiara w ich trafność uległa zachwianiu. Co będzie, jak młodzież nie tylko zechce głosować, ale zacznie – powiedzmy – chodzić na zebrania przedwyborcze, prześwietlać kandydatów, oddzielać bezwzględnie ziarna od plew. Młodzi są bardzo wyczuleni na prawdę i fałsz, dlatego tak kochali Jana Pawła II, bo ten nigdy im nie skłamał. Kochał ich bezgranicznie, ale zarazem wymagał. Im – młodym – ten układ odpowiadał. Młodzież też potrafi wymagać. Od siebie również, ale najpierw od innych.

Co więc będzie, jeśli młodzi uznają, że przyszłość Polski to już teraz również i ich sprawa? Tego zaczęli się bać politycy. Zwłaszcza ci, co wolą szare zamiast czarnego i białego, a różowe przedkładają nad białe i czerwone, a szczególnie już biało-czerwone.

I podjęli politycy ostrą, bezpardonową walkę o rząd dusz. Zaczął się dokonywać nowy zamach na pamięć i tożsamość narodową...

Armia Czerwona przyniosła Polsce wolność. PRL było państwem (prawie) niepodległym, gdzie walka władzy z opozycją była naturalnym mechanizmem (prawie) demokratycznym (Wałęsa mówi: „Był czas walki i oni walczyli ze mną wszystkimi dostępnymi metodami. Ja jestem w stanie to zrozumieć.”). W grudniu 1970 roku milicja i wojsko broniły się przed uzbrojonymi po zęby mieszkańcami Wybrzeża, których na ulicę wyprowadziła Al Kaida. W czerwcu 1976 roku radomskie warchoły znęcały się moralnie i fizycznie nad ZOMO-wcami, zmuszając ich do forsownych ćwiczeń na „ścieżkach zdrowia”. Wypadki czerwcowe dowiodły niezbicie, że społeczeństwo nie dojrzało do zdobyczy socjalizmu, zwłaszcza w dziedzinie rekreacji. „Solidarność” szykowała się do wojny domowej, planując wyprowadzenie swoich czołgów na ulice i odpalenie rakiet balistycznych, zabunkrowanych po piwnicach i komórkach całego kraju. PRON był konspiracyjnym sprzysiężeniem polskich partiotów. Okrągły Stół zapobiegł grabieży majątku narodowego przez solidarnościowo-opozycyjne bojówki. Generał Kiszczak to narodowy bohater, chociaż patriota inaczej. Jana Pawła II nikt naprawdę w Polsce nie słuchał, a mur berliński obaliło STASI wespół z KGB. Ostatnie piętnastolecie to jedno pasmo sukcesów, których rodacy nie doceniają, bo są porażeni czarnowidztwem. Polak to już Europejczyk, powinien więc głosować nie tylko za europejską konstytucją, ale i za małżeństwami gejów i lesbijek, a także za finansowaniem przez NFZ operacji zmiany płci. Piłsudski to był faszysta, też internował przeciwników politycznych w Berezie Kartuskiej, stanu wojennego nie wprowadził tylko z braku odwagi. A Kościuszko? – „wariat, co buntował proletariat”.

Teraz znów – całkiem serio. Manipulowanie pamięcią zbiorową nie ogranicza się bynajmniej do tematów stricte politycznych. Wymownym przykładem jest PRL-owskie kłamstwo czarnobylskie, która wraca znów z niesłabnącą mocą. W ostatnią rocznicę wybuchu reaktora profesor Zbigniew Jaworowski (obecnie przewodniczący Rady Naukowej CLOR) utrzymywał – jak kiedyś – że katastrofa w Czarnobylu nie przyniosła żadnego uszczerbku na zdrowiu Polaków. Powiedział tak w wywiadzie dla radia TOK FM (26.04.2005). Nie zaprzeczył wprawdzie, że wybuch miał siłę rażenia 50 razy większą niż bomba zrzucona na Hiroszimę. Nie zaprzeczył też, że skażenie radioaktywne niektórych rejonów Polski było 150 tysięcy razy większe niż norma. Podtrzymał jednak PRL-owskie kłamstwo, że Czarnobyl nie wywołał w Polsce żadnego wzrostu zachorowań jako popromiennego skutku. Co więcej, rozwodził się nad – chwalonym podobno przez Zachód – wzorcowym zachowaniem władz PRL w obliczu awarii. Roztkliwiał się nad szczytem poświęcenia komunistycznych władców, którzy o świcie odbyli specjalną naradę w tej sprawie. Opowiadał, że wszyscy (sic!) dostali w porę (sic!) płyn Lugola. Nie wyjaśnił tylko, po co, skoro nie było żadnego zagrożenia. I tak dalej, jakbyśmy słuchali konferencji prasowej Urbana ze stanu wojennego. Zadziwiające, że prowadzący wywiad wspomniany wyżej Ziemkiewicz, skądinąd dziennikarz drapieżny, odegrał tutaj rolę uchwytu do mikrofonu. A przecież tego samego dnia ta sama stacja radiowa nadała rozmowę z onkologiem z Białej-Podlaskiej. Lekarka mówiła jednoznacznie o wzroście zapadalności na choroby nowotworowe jako skutku radioaktywnego skażenia po czarnobylskiej awarii. Co więcej, zwróciła uwagę na masowe występowanie nieswoistych antygenów w tarczycach młodych ludzi. Każdy lekarz wie, co to oznacza. Każdy też lekarz – uczciwy – przyzna, że po Czarnobylu radioaktywny jod zaatakował nasze tarczyce, a w kościach odłożył się nam promieniotwórczy cez, co nie pozostaje bez wpływu na funkcjonowanie naszych organizmów. Młodzi ludzie podjęli w Internecie ostrą polemikę z profesorem Jaworowskim. Jeden stwierdził, że nie wszyscy dostali płyn Lugola, bo on – na przykład – nie, chociaż był wtedy dzieckiem. Inny przypomniał, że władze poinformowały o katastrofie w Czarnobylu z karygodnym opóźnieniem, do tego kłamliwie. Następny przypomniał wezwania dyrektorki Centrum Zdrowia Dziecka do wyprowadzania dzieci na spacer, a także apele Jaruzelskiego o masowy udział w pochodzie 1 maja. Kolejny informował o skutkach opadu radioaktywnego dla flory i fauny oraz pojawieniu się w rejonie Zatoki Gdańskiej zmutowanych roślin i zwierząt.

Za czasów Urbana nie było Internetu, a za polemikę z jego kłamstwami wsadzano do więzień. Urban – rzecznik prasowy Jaruzelskiego w stanie wojennym – jest wręcz symbolem okrągłostołowej abolicji i beneficjentem grubej kreski. Wszystko mu odpuszczono, włącznie z rolą, jaką odegrał w sprawie Jerzego Popiełuszki, najpierw szczując na księdza, a potem kłamiąc o okolicznościach porwania i przyczynach śmierci. Nie tylko on zresztą kłamał. Hańbę polskiej nauce przyniosła wówczas profesor anatomopatolog z Białegostoku (Bryda bodaj jej było), przedstawiając w telewizji fałszywy raport o wynikach sekcji zwłok księdza Jerzego. Dziś dla kłamstwa klimat jest taki, że w rocznicę śmierci Popiełuszki – kto wie – jakieś radio albo telewizja zaproszą ową Brydę, a ona opowie, że ksiądz Jerzy sam się pobił, potem związał i utopił. Wtedy SB-ek Piotrowski wystąpi do skarbu państwa o odszkodowanie za lata niesłusznie spędzone w więzieniu. Czy o taką nową „sprawiedliwość dziejową” chodzi fanatycznym wyznawcom ideologii grubej kreski? Wierzę, że nie takie mają intencje, ale brak im wyobraźni, nie są w stanie ogarnąć nią upiornych skutków, jakie może dać udzielenie rozgrzeszenia bez uprzedniej skruchy i pokuty.

Nie dociera, nic nie dociera. Czy pamięć trzeba będzie przywracać metodą wstrząsową?

Wyobraźmy sobie, że ofiary komunistycznych prześladowań przestaną się łudzić nadzieją (bo jak długo można?), że wymiar sprawiedliwości III RP oszacuje ich krzywdy i wystawi rachunki winowajcom. Wyobraźmy sobie, że każdy indywidualnie rozliczy się z przeszłością. Każdy z osobna wystąpi o odszkodowanie za śmierć bliskich, za pobyt w więzieniu lub ośrodku internowania, za utratę zdrowia, za pozbawienie środków do życia i możliwości zarobkowania po wyrzuceniu z pracy. Może skala finansowych roszczeń zacznie przywracać pamięć? Może lawina pozwów pokaże wreszcie bezmiar krzywd, jakie wyrządził rodakom Jaruzelski ze swoją juntą?

A przecież generał nie spadł z Księżyca 13 grudnia 1981 roku. W represjach przeciwko własnemu narodowi uczestniczył już w czasach stalinowskich. Encyklopedie odnotowują, że w latach 1944-48 brał udział w walkach ze „zbrojnym podziemiem”. Szybko awansował, od 1960 roku był głównym „politrukiem” w LWP (szef Głównego Zarządu Politycznego), potem – od 1965 roku – szefem Sztabu Generalnego LWP. Ministrem obrony narodowej – najwierniejszy z wiernych - został w 1968, jest więc współodpowiedzialny nie tylko za zbrodnie stanu wojennego, ale i za inwazję na Czechosłowację w 1968 roku, za utopienie Trójmiasta we krwi w grudniu 1970 roku, za brutalne represje po Czerwcu ’76... W 1981 roku skupił w swoich rękach wszystkie najważniejsze w państwie funkcje, od tego też czasu był już nie współodpowiedzialnym, lecz głównym odpowiedzialnym za całe zło ostatnich lat PRL.

Notoryczni obrońcy generała nie są w stanie podważyć faktów, bąkają więc, że Jaruzelski zrehabilitował się raz na zawsze Okrągłym Stołem. Ciekawa optyka. To tak, jakby stwierdzili, że wielokrotny morderca przeprowadził raz staruszkę przez jezdnię i się zrehabilitował.

Wojciech Jaruzelski drapuje się więc ciągle w szaty tragicznego bohatera. I nic mu to, że Lech Kaczyński nazywa go notorycznym zdrajcą (jakby przeżył nagłe satori, Kaczyński, oczywiście) i chce odebrać mu generalskie szlify. Generał (jeszcze) Jaruzelski postuluje powołanie Komisji Prawdy i Pojednania, a Wałęsa gotów mu powierzyć rolę arbitra najnowszej historii Polski. Mazowiecki patronuje pojednaniu Wałęsy z Kwaśniewskim, a Frasyniuk przygarnia do swej partii aparatczyka Hausnera i „profesjonalistę” Belkę, który – wbrew deklaracjom – od zawsze związany był z postkomunistami. Jaruga-Nowacka powołuje Unię Lewicy, by pozacierać ślady po Unii Pracy, najwierniejszego sojusznika SLD.

Niestety, prawa strona też uczestniczy w praniu mózgów. Zarówno PO, jak i PiS, zachowują się tak, jakby AWS nigdy nie istniał. Jakby na AWS nie ciążył straszliwy grzech zaniechania. Prawica dzisiaj toczy przecież bój z SLD o sprawy, które można było w poprzedniej kadencji załatwić (chociaż próbować), zamiast wdawać się w podejrzane (również z „czerwonymi”) geszefty.

PSL, szkoda gadać, jeszcze teraz próbuje flirtować z SLD, by ugrać dla siebie jakiś interes, czego dowodem są próby porozumienia się w kwestii zmian w ordynacji wyborczej. LPR – mimo bogoojczyźnianych haseł - puszcza oko do Samoobrony, chociaż tej zawsze bliżej było do „czerwonych” niż do „czarnych”.

Zamęt jest więc wielki. Będzie coraz większy w miarę zbliżania się terminu wyborów. Bałwochwalcza wiara dla sondaży sprawia, że politycy gotowi są stanąć na głowie i wachlować się uszami, byle im tylko „słupek” drgnął. Śledzą zmieniającą się koniunkturę, próbują się do niej dostosować, czyniąc niekiedy żałosne wygibasy. Nie dociera do nich jeszcze, że czas kiełbasy wyborczej już się skończył. Skończył się też czas mętnej wody. „Tak-tak, nie-nie” znów jest w cenie. Wbrew oczekiwaniom, a i dotychczasowym doświadczeniom, ludzie (zwłaszcza młodzi) nie dadzą sobie zrobić wody z mózgu. I nieprawdą jest, jak chcą niektórzy, że zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego w prezydenckim rankingu wzięło się stąd, że pierwszy rozpoczął kampanię wyborczą. Kaczyński sprawia wrażenie, że wie, czego chce. Jeśli ludzie uwierzą, że zrobi, co mówi, a nie tylko mówi, że zrobi – to wygra. Zagłosują na niego również i ci, co nie do końca podzielają jego poglądy. Wśród konkurentów nie ma on równie wyrazistego przeciwnika, a wyrazistości i przejrzystości wyborcy oczekują dziś w pierwszym rzędzie.

- Ni drug, ni wrag, a tak! – śpiewał Władimir Wysocki. „A tak” już było. Wystarczy. Reaktywacja nie przejdzie. Jednanie się, bratanie, a zwłaszcza obłapianie – to towar, który trudno się dziś sprzedaje, chociaż zewsząd próbują go wciskać. Różowy kolor też nie jest już w cenie. Zasypywanie przepaści i znoszenie podziałów to dziś nic ponad kolejną, szczególnie masową, próbę pogrzebania prawdy. Wbrew histerycznym protestom, ludzie nie oczekują zapełniania więzień i wieszania na latarniach, aczkolwiek nie mieliby nic przeciwko puszczaniu w skarpetkach. Oczekują ostatecznego wyjaśnienia wątpliwości. Stąd – ku zaskoczeniu polityków – społeczne przyzwolenie dla powszechnej lustracji w sferach publicznych, ze środowiskami opiniotwórczymi włącznie. Za ujawnieniem archiwów bezpieki jest również w przeważającej większości (znów!) młodzież. Okazało się, że dla młodych Polaków stan wojenny nie jest wcale tak odległą przeszłością jak bitwa pod Grunwaldem. Zdają sobie oni sprawę, że brak rozliczenia z przeszłością jest coraz mocniejszym hamulcem dla przyszłości. Wiedzą, że w SB-ecka agentura jest wciąż obecna w służbach specjalnych, w sądach i prokuraturze, na urzędach i w redakcjach. Znajdują na co dzień wiele dowodów, że o losach kraju wciąż jeszcze decydują ci, co prześladowali naród i dławili opozycję. Świadomi są, że agenturalna przeszłość może w znacznym stopniu ograniczać suwerenność ludzi, którzy z racji zajmowanych stanowisk i wykonywanych zawodów służyć powinni dobru publicznemu, a nie interesom tajnych mocodawców.

Powszechne przyzwolenie dla lustracji wywołało w kręgach jej zadeklarowanych przeciwników prawdziwą histerię, czego doświadczyliśmy najbardziej z okazji tzw. listy Wildsteina. Mało kto jednak zauważył, że strach spotęgowała obawa, że żaden już agent czy konfident nie może czuć się bezpiecznie, bo lustracja może się nie tylko dokonać, ale i powieść w znacznie większym wymiarze, niż się jeszcze wczoraj spodziewano. Przestali spokojnie spać ci, co byli przekonani, że ich teczki zostały bezpowrotnie zniszczone lub wyniesione, spodziewać się więc można jakichś obciążających materiałów co najwyżej na Łubiance lub w prywatnych sejfach. Casus Niezabitowska wywołał popłoch. Okazało się, że wprawdzie Kiszczak podobno teczkę wyniósł, ale w archiwach przejętych przez IPN odnaleźć można jej mikrofilm. Prace badaczy z IPN dowiodły nadto, że zniszczenie teczki nie musi wcale oznaczać wymazania wszelkich śladów agenturalnej działalności. Donosy i raporty odnaleźć można w innych teczkach (czy to personalnych, czy obiektowych), a na ich podstawie zidentyfikować autora.

Wściekłość i strach. Sprawa ojca Konrada Hejmo jest sygnałem ostrzegawczym, że wymierzona w lustrację gra teczkami może pójść na całość. Nie wiadomo, czy to Leonem Kieresem ktoś zamanipulował, czy sam prezes IPN dopuścił się manipulacji, tak czy inaczej żałoba po śmierci Ojca Świętego została brutalnie przerwana. Ustąpiła antylustracyjnej wrzawie, w której wyjątkowo perfidnym zagraniem było rzucenie podejrzeń na księdza Malińskiego. Ujawnienie nazwiska ojca Hejmo wywołało z początku potępienie (podano, że donosił obficie i to za pieniądze), które jednak powoli zaczęto obracać przeciwko idei lustracji. Znów zaczęło się roztkliwianie nad tragizmem donosicieli, których niecny system (na tę okoliczność system robi się niecny) postawił pod ścianą i zmusił do współpracy. Zaczęto przypominać, że od 10 do 15 proc. księży współpracowało z SB. Wywodzono uczenie, że donosicielstwo miało niejedno imię i niejedną barwę. Nikt jakoś nie zechciał przypomnieć w tej dyskusji, że ksiądz Jerzy, że księża Niedzielak, Suchowolec i Zych też mogli pójść na współpracę, ale wybrali inną drogę. Do tej tragicznej listy dopisać trzeba wielu, włącznie z księdzem Romanem Kotlarzem z Radomia (dokładnie – parafia Pelagów), którego w 1976 roku SB zamęczyło na śmierć, bo nie chciał zdradzić swoich ideałów, swej wiary i swoich parafian...

Taki był system, o którym wciąż za mało prawdy. Prawdy wciąż za mało, kłamstw przybywa z dnia na dzień.

Byli bohaterowie i zdrajcy. Oprawcy i ofiary. Rozkazodawcy i wykonawcy rozkazów. Była też cała reszta, statystycznie przeważająca. Zacieranie różnic między nimi jest zamachem na narodową pamięć i tożsamość.

- Nie miecz karać, lecz rękę! – wołają przeciwnicy lustracji, kiedy uda się czasem obnażyć jakiś „miecz”. Faryzeusze. Wołają, a równocześnie ową „rękę” obłapują w geście pojednania i bratania. I torują drogę upiorom, których znów pełno – w prasie, w radio, w telewizji.

Osinowy kołek potrzebny od zaraz...

Uwaga redakcji:

Niestety ks. Maliński był tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie “Delta”, jego oficerem prowadzącym był kpt. Bogdan Podolski. TW „Delta” od 1967 roku analizował stosunki w Kościele katolickim, zwłaszcza donosił na temat relacje między kardynałami Wyszyńskim a Wojtyłą. Ks. Maliński był jednym z najważniejszych tajnych współpracowników relacjonujących pierwszą pielgrzymkę papieża do ojczyzny w 1979 roku. Znaczenie „Delty” dla bezpieki sprawiło, że prof. Kieres wydał mu świadectwo moralności, wbrew zdaniu np. Andrzeja Grajewskiego, członka Kolegium IPN.