You are here

SIERPIEŃ'80. MECHANIZMY GRY POLITYCZNEJ

Z Sierpnia 1980 w pamięć społeczną najmocniej wryły się uczucia wielkiej nadziei i wielkiego niepokoju podczas strajku; później wielkiej ulgi i radosnego zdumienia, gdy porozumienie podpisano, a niemożliwe stało się możliwym.
 
Nastrój stoczni gdańskiej promieniował na cały kraj, a film "Robotnicy 80" rozpowszechnił sceny, które wiążą się z doświadczeniem i pamięcią Sierpnia: determinację robotników, portrety Jana Pawła II na bramie stoczni, stłoczone nad nią tłumy, rozbijane butelki z wódką, przejmujące chwile mszy i komunii św., nieustępliwość Wałęsy podczas negocjacji z Jagielskim, łopocące sztandary, okrzyki: "Dziękujemy, dziękujemy!" po podpisaniu porozumienia i zakończeniu strajku.
 
Te sceny oddziaływały na świadomość społeczną, stawały się znakami jej wewnętrznej przemiany. Są znane i nic dziwnego, że sierpień 1980 roku był rozważany, analizowany, oceniany pod jednym względem: jako czas wewnętrznej przemiany społeczeństwa.
 
Jest to wzgląd ważny, być może w dłuższej perspektywie historycznej - najważniejszy. Ale nikt, ani jednostka, ani grupa społeczna, ani naród nie żyją w jednej tylko, najdłuższej, liczącej się na pokolenia perspektywie. Dlatego warto zastanawiać się nad innymi aspektami Sierpnia, należącymi także do historycznego „krótkiego trwania”.
 
Szczególnie interesująca jest kwestia, jak doszło do pomyślnego zakończenia strajku, do podpisania Porozumień Gdańskich w kształcie przesądzającym o powstaniu w Polsce niezależnych, samorządnych związków zawodowych.
 
Pytanie brzmi: JAK?, a nie DLACZEGO? Na pytanie "dlaczego?" - przy pewnym stopniu ogólności - odpowiedź jest prosta: dlatego, że pierwszy i najważniejszy punkt 21 strajkowych postulatów nie podlegał negocjacjom, zawierał sens walki robotników, ale także dlatego, że strona partyjno-rządowa nie zdecydowała się na próbę zgniecenia strajku siłą.
 
Pytanie „jak?” docieka innych kwestii niż pytanie "dlaczego?" i "po co?", chociaż w potocznym myśleniu bywa niekiedy z nimi mylone. Pytając ”jak?”, jesteśmy zainteresowani mechanizmami, a nie wynikami, przyczynami czy celami. Jednakże to jak coś się dzieje i staje, nie jest obojętne dla tego, co się staje. Rezultat - zauważono już dość dawno temu, przy okazji abstrakcyjnych rozważań - nie stanowi rzeczywistej całości sam, lecz tylko razem ze swoim stawaniem się.
 
Trafna ta uwaga dotyczy nie tylko sfery idei, lecz także działań społecznych i politycznych oraz wyników takich działań. Przyszłość i rzeczywiste, społeczne i polityczne funkcjonowanie Porozumień Gdańskich określała ich trwałość; nie mniej dla nich ważny był mechanizm polityczny, dzięki któremu je zawarto.
 
O mechanizmie tym niewiele dotąd było publicznie wiadomo; przez długi czas jedynym dostępnym materiałem źródłowym dotyczącym gdańskich negocjacji były opublikowane stenogramy rozmów między Prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego a delegacją rządową. Oczywiste jest jednak, że w każdych negocjacjach, a zwłaszcza takich, które dotyczą podstawowych kwestii politycznych, rokowania jawne i plenarne są na ogół fasadą gry politycznej, która toczy się na dostępnych dla nielicznych "tyłach".
 
Tak musiało dziać się i w stoczni gdańskiej, zwłaszcza ze względu na "głośnikowe wzmocnienie" negocjacji plenarnych, transmitowanych na bieżąco przez stoczniowy radiowęzeł. Dzięki temu rokowania plenarne nie były właściwie negocjacjami sensu stricto o tekst porozumienia, lecz istotnym dla obu stron konfliktu narzędziem walki o świadomość i postawę ogółu strajkujących robotników i mieszkańców Trójmiasta.
 
Rzeczywistym adresatem wypowiedzi Wałęsy, Jagielskiego i innych uczestników rokowań był MKS siedzący na sali bhp, robotnicy na terenie stoczni i ludność skupiona pod bramą. Tylko z pozoru, czysto formalnie obie strony zwracały się do siebie. Bardziej negocjacyjny charakter miały z pewnością rozmowy w kolejnych grupach roboczych tworzonych przez ekspertów obu stron, jednakże stenogramy tych rokowań nie zostały opublikowane i nie wiadomo czy, poza archiwami MSW, gdziekolwiek się znajdują. Jest jednak wątpliwe, by zasadnicze rozstrzygnięcia - a z pewnością ciche przygotowania do takich rozstrzygnięć - zapadały w jakichkolwiek sformalizowanych ciałach negocjacyjnych. O cichych grach politycznych nic nikomu - poza gronem bezpośrednio w nich uczestniczących - nie wiadomo, gdy się toczą; na ogół nie wiadomo o nich nic i w wiele lat później.
 
W Polsce i na Zachodzie opublikowano jednak w 1983 roku parę tekstów, które poszerzają wiedzę o nieznanych lub mało znanych aspektach Polskiego Sierpnia. Zaliczyć do nich można wspomnienia ekspertów MKSu: Tadeusza Kowalika (Próba kompromisu) i Waldemara Kuczyńskiego (Droga do stoczni gdańskiej), wywiad byłego wojewody gdańskiego, Jerzego Kołodziejskiego, dla tygodnika "Polityka" i niektóre partie książki angielskiego dziennikarza Aschersona „The Polish August”.1/
 
Teksty Kowalika i Kuczyńskiego traktują przede wszystkim o tym, co się działo po stronie szeroko pojętych strajkujących; wywiad Kołodziejskiego i wywody Aschersona warte są uwagi dlatego, że opisują sposób myślenia strony partyjno-rządowej, rozważane tam inicjatywy i podejmowane działania.
 
Wspomniani autorzy polscy wypowiadający się o Sierpniu'80 należą do osób, które w jakiejś mierze uczestniczą w życiu politycznym lub mają nadzieję na powrót do niego. Wzgląd ten mógł wpłynąć na treść ich wypowiedzi i zawarte w nich oceny. Także książka Aschersona jest materiałem do bardzo pośrednich wnioskowań; wiele wskazuje na to, że jednym z głównych źródeł informacji autora o wewnętrznych rozgrywkach w kierownictwie PRL były przecieki udzielane przez redakcję "Polityki".
 
Z przeciekami na ogół bywa tak, że tworzy się je w celach politycznych i dlatego informacje, które zawierają, nie należy traktować jako pewnych bez konfrontacji z innymi źródłami.
 
Logikę politycznych wnioskowań pośrednich należy stosować też do tekstów Kuczyńskiego i Kowalika. O mechanizmach gry politycznej nie ma w nich ani słowa; co więcej, wydaje się, że jednym z zamiarów autorów było wywarcie wrażenia, że gra taka w ogóle się nie toczyła.
 
Nie ma nic dziwnego w tym, że autorzy nie piszą całej wiadomej im prawdy; rzadko kto pisze. Dlatego podane przez nich fakty i przedstawione interpretacje trzeba uzupełniać, sztukować długimi nieraz łańcuchami hipotez. Specyfika tematu, a także specyfika źródeł sprawia, że niewiele można ustalić z bezsporną pewnością. Zadowolić się trzeba z konieczności hipotezami i przedstawieniem rozumowania i faktów - a czasami jedynie domysłów o faktach, które za nimi przemawiają.
 
Będą to przypuszczenia nie z dziedziny krytyki historycznej, lecz publicystyki politycznej. Choć niewiele wiadomo na pewno, to zastanawiać się nad mechanizmami gry politycznej warto. Nie tylko ze względów historycznych, by ustalić, "jak to było naprawdę" w sierpniu w Warszawie i na Wybrzeżu. Wiedza o tym, jak toczy się w PRL gra polityczna w chwilach przełomowych, gdy społeczeństwo dochodzi do głosu, może być istotna dla przyszłości.
 
Wydarzenia w stoczni gdańskiej stworzyły matrycę uprawiania polityki i podziału politycznego ról między masy, przywódców i ekspertów, która następnie była, w czasie kolejnych kryzysów, powielana przez nie istniejącą jeszcze w Sierpniu formalnie "Solidarność". Sposób uprawiania polityki rzutował na jej wyniki i konsekwencje, a z tymi mamy do czynienia po dziś dzień.
 
Powstanie Komisji Ekspertów i ustalenie jej składu 

Teksty Kowalika i Kuczyńskiego to relacje o powstaniu i działalności Komisji Ekspertów gdańskiego Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego.
 
Prapoczątki Komisji Ekspertów związane są z Apelem 64 z 20 sierpnia 1980 roku, podpisanym przez osoby, które zwykło się charakteryzować jako należące do świata kultury i nauki. Apel wzywał do kompromisu i umiarkowania po obu stronach konfliktu i choć stwierdzał, że "miejsce całej postępowej inteligencji" jest po stronie strajkujących robotników (widocznie uznano, że miejsce inteligencji niepostępowej jest gdzie indziej), to jego sygnatariusze zadbali by zaprezentować się jako czynnik mediujący, stojący ponad konfliktem, przemawiający w imię narodowej racji stanu, o którą czynniki inne przestały troskać się w stopniu wystarczającym.
 
Apel 64, jak każdy zresztą apel polityczny, został sformułowany i był forsowany przez grupę inicjatywną. W "Próbie kompromisu" użyto sformułowania "autorzy i organizatorzy apelu", lecz nie wymieniono ich. Jednakże z tekstów Kuczyńskiego i Kowalika wynika, że do grona "autorów i organizatorów" należeli: Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Tadeusz Kowalik oraz Andrzej Kijowski, przy czym postacią wiodącą był Mazowiecki.
 
Pierwotna koncepcja "autorów i organizatorów" była taka, by jego najbardziej znani sygnatariusze, posługując się nim jako swego rodzaju legitymacją, podjęli działania, które doprowadziłyby do rozmów między MKS-em a władzami. Praktyka tego rodzaju zabiegów sprowadza się do starań o audiencję u jednej z wysoko postawionych osobistości. Z tego względu nie było obojętne, kto i z kim podpisze apel. Ten wzgląd kierował "autorami i organizatorami", którzy "myśląc o potencjalnych sygnatariuszach, zakreślili pewne granice". Z jednej strony, z grona potencjalnych sygnatariuszy wyeliminowano "ludzi bezpośrednio związanych z establishmentem, nie spodziewaliśmy się bowiem, by w tej fazie byli gotowi uznać za stronę kompromisu Międzyzakładowe Komitety Strajkowe.2/ Zrezygnowano zatem z Niderlandów, bo z takiej oceny wynika, że ludzie związani z establishmentem i tak by Apelu nie podpisali. Z drugiej strony "nie chcieliśmy mieć wśród sygnatariuszy członków ROPCiO i KPN z przyczyn pryncypialnych".3/ Natomiast "czerwoną kanapę, jak żartobliwie określaliśmy grupę dawnych działaczy partyjnych i państwowych, myślących o reformach podpowiadanych górze",4/ pominięto ze względów taktycznych.
 
Można tu zauważyć niejakie materii pomieszanie, gdy chodzi o rozkład względów pryncypialnych i taktycznych, ich odnoszenie do różnych środowisk politycznych. "Z KOR-em - pisze Kowalik - sprawa była znacznie bardziej skomplikowana". Po wymienieniu różnych przyczyn tego skomplikowania, autor zwraca uwagę na to, że grupie inicjatywnej Apelu "chodziło z pewnością również o to, by nie dawać łatwego argumentu przeciwnikom kompromisu wśród rządzących. Panował tam stereotyp KOR-u jako niemal mafijnej grupy politycznej. Gdyby wśród sygnatariuszy były nazwiska członków KOR-u, starano by się pokazać, że cała impreza jest przez KOR sterowana”.5/
 
Głównym adresatem Apelu były władze, a raczej jedna z grup w PRL-owskiej elicie władzy, a pożądanym jego skutkiem politycznym - pozytywna reakcja z tej właśnie strony. Kalkulacje związane z politykowaniem tego typu bywały, zwłaszcza w PRL, wielokrotnie ośmieszane, ale czasami są one całkiem racjonalne. Wskazują na to również historyczne antencendencje.
 
Ostatecznie margrabia Wielopolski został tym, kim został, między innymi dlatego, że jeden z urzędników rosyjskiego namiestnika zauważył, że był to jedyny arystokrata, nie związany dotąd bezpośrednio z rządem, który nie wziął udziału w manifestacyjnym pogrzebie pięciu poległych i nie podpisał adresu do cara, w którym zawarto żądania społeczeństwa. Tak więc czasami ma polityczne znaczenie, co i z kim podpisuje się, a zwłaszcza - nie podpisuje.
 
Sprzeciwy wobec podpisów członków lub sympatyków KOR-u miały jednak charakter nie taktyczny, lecz - jak wspomina Kowalik - pryncypialny, choć nie bardzo wiadomo, na czym on polegał. Kowalik sądził, że KOR skupiał ludzi, którzy nie byli nastawieni na kompromis z władzą i zreformowanie systemu, w związku z czym nie nadawali się do działania na rzecz porozumienia. Takie rozumowanie - przyznaje autor "Próby kompromisu" - mogło prowadzić do krzywdzących uprzedzeń. Na przykład miałem wyraźnie uproszczony stereotyp mecenasa Jana Olszewskiego, dlatego podjąłem próbę przekonania go, by jako "korowiec" nie pogarszał konta strajkujących i nie dołączał do grona "osób wspomagających".6/
 
W tym miejscu autor dotknął sprawy istotnej, a przy okazji ujawnił fasadowy charakter kryteriów wykluczających potencjalnych sygnatariuszy Apelu, ekspertów i "osób wspomagających".
 
Jeżeli brać pod uwagę kryteria czysto formalne, to Tadeusz Kowalik, Bronisław Geremek oraz Tadeusz Mazowiecki byli w owym czasie nie mniej "korowscy" niż Jan Olszewski lub Władysław Siła-Nowicki. Wprawdzie Olszewski podpisał - w przeciwieństwie do Geremka, Kowalika i Mazowieckiego - „Deklarację Ruchu Demokratycznego” z października 1977 roku, która skupić miała grupy formującej się opozycji demokratycznej, ale w praktyce większość sygnatariuszy wywodziła się z różnych środowisk zbliżonych do Komitetu Obrony Robotników. Związki Geremka, Kowalika i Mazowieckiego z KOR-em i ogólniej - z opozycją demokratyczną były podobnego rzędu. Tadeusz Mazowiecki był mężem zaufania uczestników głodówki protestacyjnej w kościele św. Marcina, wiosną 1977 roku. Ponadto Geremek, Kowalik i Mazowiecki byli członkami Towarzystwa Kursów Naukowych, związanych jeśli nie politycznie, to środowiskowo z KOR-em (w każdym razie dla władzy związek taki istniał z pewnością).
 
Wywodom autora „Próby kompromisu” zawdzięczamy cenną informację o procedurze selekcji najpierw sygnatariuszy Apelu, później ekspertów. Filtr ten działał także na etapie, gdy komisję ekspertów formowano w Warszawie. Kuczyński wspomina o swojej rozmowie z Karolem Modzelewskim, który miał uznać podobno zasadność wykluczenia go ze składu ekspertów.7/ W owym czasie Modzelewski nie był w żaden sposób związany z KOR-em i miał za sobą ponad dziesięcioletnią przerwę w działalności publicznej, jeśli nie liczyć listu do Edwarda Gierka z 1976 roku, bodaj najbardziej umiarkowanego i ugodowego tekstu, jaki powstał w drugiej połowie lat siedemdziesiątych.
 
Kuczyński pisze wprost o tym, że jedynymi selekcjonerami byli Geremek i Mazowiecki, a "brali pod uwagę kryteria merytorycznej przydatności i politycznej bliskości".8/ Jednakże nie zawsze kryteria te dawały się ze sobą pogodzić, a w przypadku niezgodności wybierano bez żadnych wahań kryterium drugie, czyli "polityczną bliskość".
 
23 sierpnia, po południu, do Kowalika zadzwonił z Gdańska Bronisław Geremek, który wraz z Mazowieckim przebywał w stoczni gdańskiej od wieczora dnia poprzedniego. Geremek podał, że "na zamówienie Wałęsy i MKS tworzy się Komisja Ekspertów". "W imieniu swoim i Mazowieckiego zaproponował do udziału w niej Cywińskiego, Kuczyńskiego, Staniszkis, Wielowieyskiego, Kowalika oraz jakiegoś dobrego prawnika. Natychmiast zgodził się na moją propozycję docenta Leszka Kubickiego z Instytutu Prawa PAN,”.9/
 
Selekcja polityczna nie zakończyła się na tym etapie. „Chyba następnego dnia po powołaniu Komisji Ekspertów - pisze Kowalik - dołączyli do niej socjolog, autor znanych esejów o humanizmie socjalistycznym, Jan Strzelecki, oraz profesor prawa Uniwersytetu Warszawskiego, Jerzy Stembrowicz (obaj, podobnie jak Wielowieyski, członkowie konwersatorium DiP). Ponieważ Mazowiecki nie chciał robić precedensu kooptacji, obaj funkcjonowali jako konsultanci komisji”.10/
 
Warto zastanowić się, dlaczego Mazowiecki nie chciał robić precedensu kooptacji (nb. pisząc to Kowalik ujawnił, kto odgrywał główną rolę w procedurze selekcji). Odpowiedź jest prosta: jeśli uczyniono by precedens i dokooptowano Strzeleckiego i Stembrowicza, na których lojalność czy "bliskość polityczną" mógł Mazowiecki liczyć, to trudno byłoby się uchylić od takiej praktyki, gdyby pojawiły się w stoczni osoby pretendujące do pozycji eksperta, które mogłyby nie zechcieć podporządkować się politycznie Mazowieckiemu i - ewentualnie - Geremkowi.
 
Z punktu widzenia Mazowieckiego taktyka ta okazała się słuszna. "Pod koniec tygodnia - pisze Kowalik - przybyli do stoczni dwaj prawnicy warszawscy: znany obrońca Jan Olszewski i profesor Uniwersytetu Warszawskiego Andrzej Stelmachowski". Nie zostali oni jednak nawet "konsultantami Komisji", a jak wiadomo z relacji Kowalika, Olszewskiego próbowano wyekspediować z powrotem do Warszawy.11/ Ktoś musiał o tym decydować, a był to zapewne Mazowiecki sam lub Mazowiecki wraz z Geremkiem.
 
W efekcie w Komisji Ekspertów nie było żadnego kompetentnego prawnika, choć w komunikacie MKS z 24 sierpnia powołującym Komisję "wymieniając specjalności reprezentowane przez nasz siedmioosobowy zespół pominięto historię i filozofię (Geremek i Cywiński), wyeksponowano natomiast prawo. Było to o tyle prawdziwe, że co najmniej dwu (Mazowiecki i ja), a może trzech (Wielowieyski?) ukończyło studia prawnicze. Żaden z nas jednak od długiego czasu nie był prawnikiem praktykującym".12/
 
Podczas opisanej już rozmowy telefonicznej między Gdańskiem a Warszawą, Geremek zaproponował sześć konkretnych osób i „jakiegoś dobrego prawnika”. Jak widać Mazowiecki i Geremek nie mieli własnej propozycji personalnej. Trudno jednak przypuszczać, by nie wiedzieli, że w Polsce żyją tak wybitni prawnicy jak Wiesław Chrzanowski, Jan Olszewski, Władysław Siła-Nowicki, Andrzej Stelmachowski. Trudno też przypuścić, by Geremek i Mazowiecki nie wiedzieli, że kwalifikacje zawodowe, postawa ideowa i polityczna, autorytet moralny w sposób szczególny predestynowały wyżej wymienionych do funkcji prawnego eksperta MKS-u. Wydaje się, że Geremek i Mazowiecki wiedzieli o tym; wiedział też Kowalik, który zaproponował docenta Kubickiego.
 
Leszek Kubicki nie wszedł do Komisji Ekspertów. Kowalik wyjaśnia dlaczego tak się stało: "Po paru godzinach rozmów w Komisji o naszych zadaniach Leszek Kubicki, który już wcześniej wyrażał zasadnicze wątpliwości na temat naszego statusu, oświadczył, że przyjechał w przekonaniu, iż będzie rzeczoznawcą obu stron - zarówno strajkujących, jak i strony rządowej, a ponieważ jest inaczej, nie przyjmuje udziału w Komisji i wyjeźdża".13/ Rozmowy w Komisji toczono już w Gdańsku, 24 sierpnia, gdy wiadomo było, że zostanie ona powołana. Z „Próby kompromisu” wynika, że postawa docenta Kubickiego w Gdańsku nie była, przynajmniej dla Kowalika, zaskoczeniem, ponieważ ten „już wcześniej wyrażał zasadnicze wątpliwości”. Już wcześniej, to znaczy kiedy?
 
Kowalik wspomina, że niektórzy eksperci wahali się, czy pojechać do Gdańska, gdy zwrócono się do nich w Warszawie. Był wśród nich zapewne i docent Kubicki. Jego postawa i dążenie do tego, by być także ekspertem Jagieiskiego, znana była zatem od początku Kowalikowi, a następnie Mazowieckiemu i Geremkowi, a mimo to do końca proponowano uczestnictwo w Komisji Ekspertów człowiekowi, który nie chciał się tam znaleźć z racji wyraźnie sformułowanych zastrzeżeń natury politycznej.
 
Wydaje się, że przy kandydaturze docenta Kubickiego obstawano wbrew żywionym przez niego wątpliwościom (co, nawiasem mówiąc, powinno go z punktu zdyskwalifikować jako osobę mającą wspomagać strajk), ponieważ wypadało mieć w składzie Komisji „jakiegoś dobrego prawnika”, a nie chciano do niej dopuścić takich "dobrych prawników", których kandydatury same się narzucały.
 
Jednakże "dobrzy prawnicy" w końcu znaleźli się w stoczni i wpłynęli w jakiś sposób na wydarzenia, choć nie weszli w skład Komisji Ekspertów. Stało się tak dzięki Lechowi Wałęsie. W czasie tworzenia Komisji Ekspertów jego wysłannicy prowadzili - bez wiedzy Mazowieckiego i Geremka - rozmowy z szeregiem osób, między innymi we Wrocławiu i w Gdańsku. Należał do nich także Jan Olszewski, który został do stoczni zaproszony, co wprowadziło członków Komisji Ekspertów w konsternację. Ostał się wobec prób usunięcia go przez Mazowieckiego ze stoczni, bowiem miał poparcie w prezydium MKS-u.14/
 
Wałęsa ujawnił już wtedy istotną dla dobrego polityka cechę: dążenie do tworzenia wielości grup polityczno-doradczych, na których można się oprzeć. Wiadomo było później, że Wałęsa z jednymi ekspertami jest związany bardziej, z innymi mniej, ale nigdy nie oparł się w pełni i całkowicie na jakiejś jednej grupie, zawsze starał się o zabezpieczenie personalno-politycznych alternatyw. W okresie "Solidarności" miało to swoje dobre strony: nie dopuszczało do sytuacji "monopolu na Wałęsę", ale miało też złe: nigdy nie powstała w "Solidarności" w miarę spójna i odpowiedzialna "koalicja do rządzenia" "Solidarnością".
 
Już w fazie rozmyślań nad potencjalnymi sygnatariuszami Apelu 64 sformułowano kryteria wykluczające oraz kryteria pozytywne, wskazujące na te środowiska polityczne, których akces do Apelu byłby szczególnie użyteczny. Kowalik formułuje to w ten sposób, że w sprawie kompromisu i porozumienia "znacznie bardziej wiarygodne jest wezwanie byłych posłów i działaczy katolickiego "Znaku", uczestników konwersatorium "Doświadczenie i Przyszłość"...
 
Można także zastosować do Apelu 64 inne kryterium. Wskazuje na nieobecność wśród sygnatariuszy pisarza Romana Bratnego, postaci jednoznacznie związanej z władzą na wszystkich możliwych zakrętach historii politycznej PRL. Wśród wielu sygnatariuszy Apelu jego podpis wzbudzi - jak pisze Kowalik - uczucia co najmniej mieszane. Nie można go jednak traktować jako nieporozumienie.
 
Otóż wśród sygnatariuszy Apelu 64 przeważały osoby związane w jakimś okresie z władzą. Nic w tym dziwnego: takie są biografie większości intelektualistów PRL-owskich. Natomiast duża ich część nie zaliczała się do intelektualistów całkowicie wyemancypowanych z tych związków i zdysydenciałych. Byli tam ludzie, którzy wciąż jeszcze, z racji więzi biograficznych i utrzymywanych stosunków polityczno-towarzyskich, mieli kontakty z władzami, i to - co istotne - z różnymi grupami we władzach. Pewien dyskomfort psychiczny, jaki budziło nazwisko Bratnego, polegał jedynie na tym, że wiązał się on w przeszłości z tymi kręgami we władzach, które w opinii elit inteligenckich miały gorszą opinię niż konkurencja. Ale takie towarzyskie dąsy były bez politycznego znaczenia.
 
Otóż studiowana pod tym kątem lista sygnatariuszy objawia istotną polityczną zaletę: pozwalała "autorom i organizatorom" Apelu na kontakt z różnymi grupami we władzach, była sygnałem, że podpisane środowisko otwarte jest na propozycje, które mogą ewentualnie spłynąć z różnych stron. A dzięki temu inicjatywa związana z Apelem stawała się w jakimś stopniu niezależna od bieżącej przepychanki i grupowych konfliktów w elitach władzy.
 
„Następny etap pomysłu - czytamy w „Próbie kompromisu” - dyskutowany był w gronie trzech osób: Geremka, Mazowieckiego i mnie. Szybko da1iśmy się przekonać, że mediatorami powinni być ludzie, którzy już kiedyś ze sobą współpracowali, a więc grupa bardziej jednorodna środowiskowo, przede wszystkim z punktu widzenia postaw i poglądów”.15/
 
W języku polityki praktycznej oznacza to tyle, że Mazowiecki i Geremek chcieli mieć pewność, że członkowie Komisji podporządkują się im pod względem politycznym. Z jednym wyjątkiem, o którym później, skład osobowy Komisji spełniał to kryterium.
 
Między Mazowieckim i Geremkiem istniała, jak wynika z „Próby kompromisu” i innych świadectw, zgodna współpraca i obopólna harmonia. Jeśli chodzi o Kowalika, to z jego relacji wynika, że pełnił wobec wyżej wymienionej dwójki funkcje usługowe. Obecność Bohdana Cywińskiego była w Komisji pożądana; inaczej w środowiskach katolików świeckich, a także wśród hierarchii kościelnej powstałoby przeświadczenie o monopolu ze strony grupy „Więzi”. Dzięki Cywińskiemu katolickość połowy Komisji ekspertów zyskiwała rangę ponadśrodowiskową, przynajmniej w obrębie starego "Znaku". Z drugiej strony, choć redaktor naczelny "Więzi" nie mógł liczyć na subordynację byłego naczelnego redaktora "Znaku", to mógł być pewien jego desinteressement, jeśli chodzi o praktykę gry politycznej.
 
Andrzeja Wielowieyskiego łączyła z Mazowieckim długoletnia współpraca i związana z nią lojalność. Jeśli chodzi o Waldemara Kuczyńskiego, to o jego podziwie dla Mazowieckiego zaświadczają wyznania własne z broszurki „Obóz” i cytowanego już artykułu.16/
 
Mazowiecki mógł więc liczyć na polityczną subordynację Komisji Ekspertów. Odpowiedź na pytanie, dlaczego o członkostwo w Komisji zwrócono się do docenta Kubickiego, a nie do Chrzanowskiego, Olszewskiego czy Siły-Nowickiego, staje się łatwiejsza. Są to wybitni prawnicy, a oprócz tego prawie wszyscy posiadają duże kwalifikacje polityczne, własną polityczną i ideową tożsamość oraz szeroko rozgałęzione kontakty. Ich udział w Komisji Ekspertów zmieniałby zasadniczo wewnętrzny układ sił. Poza Mazowieckim i Geremkiem znaleźliby się w Komisji politycy, na których partnerską współpracę, na ustalonych warunkach, wymieniona dwójka mogłaby z pewnością liczyć, ale którzy z pewnością nie zgodziliby się na pełnienie funkcji usługowych wobec politycznego lidera Komisji. Innymi słowy: wejście któregoś z wymienionych prawników do Komisji zlikwidowałoby polityczny monopol duetu Mazowiecki-Geremek. Do tego naczelny „Więzi” nie chciał dopuścić i tu, jak sądzę, kryje się przyczyna zadziwiających i kompromitujących powikłań związanych z osobą docenta Kubickiego.
 
Ostatecznie w Komisji nie było żadnego prawnika, co wedle niektórych relacji, w sposób zdecydowanie negatywny wpłynęło na jej pracę.
 
Siódmym członkiem Komisji była docent Jadwiga Staniszkis, socjolog, jedyna osoba, która nie zachowała wymogu politycznej lojalności wobec Mazowieckiego: na znak protestu przeciwko wprowadzeniu do tekstu Porozumienia Gdańskiego formuły o kierowniczej roli PZPR wystąpiła z Komisji Ekspertów. Nie chodzi przy tym o to, czy miała rację, czy też nie miała, ale o to, jak znalazła się w gronie ekspertów.
 
Jadwiga Staniszkis była politycznym outsiderem Komisji. W jej skład wchodzili katolicy świeccy, ex- czy też post-rewizjoniści, członkowie DiP-u, członkowie TKN. Staniszkis nie należała do żadnego z tych środowisk, jest postacią znaną w środowisku socjologicznym ze swych naukowych zasług, ale nikt nigdy nie przypisywał jej jakichkolwiek kwalifikacji politycznych.
 
Ciekawa i znacząca była natomiast jej droga do Komisji Ekspertów. Wszystkie kandydatury do Komisji zaproponował telefonicznie Geremek Kowalikowi. Po telefonie Geremka Kowalik przeprowadził rozmowy z przyszłymi ekspertami. "Nie rozumiałem - pisze - tylko, że Staniszkis, która, jak się okazało, już wcześniej pojechała do Gdańska, namówiona przez kogoś ze stoczni”.17/
 
Rzecz w tym, że w chwili, gdy Geremek rozmawiał przez telefon z Kowalikiem, Staniszkis znajdowała się już w stoczni ściągnięta wcześniej przez jedną z osób, powiązaną z Prezydium MKS-u.I8/ Wyjaśnia to, dlaczego Mazowiecki i Geremek wysunęli jej kandydaturę. Staniszkis znalazła dojścia do Prezydium MKS-u lub osób istotnych w Prezydium i jego aparacie. Jej zakorzenienie w tym środowisku mogło zaowocować nominacją na "eksperta" MKS-u, a zatem niewłączenie jej do składu powstającej Komisji Ekspertów mogło doprowadzić do sytuacji, w której poza Komisją istnieliby inni, niezależni eksperci. Byłby to istotny precedens. Aby zapobiec temu, lepiej było włączyć docent Staniszkis do Komisji Ekspertów, zwłaszcza że była tam izolowana i nie mogła stworzyć, także z braku własnych kwalifikacji politycznych, poważniejszej groźby dla Mazowieckiego i Geremka.
 
Przypadek z docent Staniszkis przypomina nieco taktykę Mazowieckiego wobec dra Strzeleckiego i prof. Stembrowicza: tam nie dokooptowano "swoich", aby nie stwarzać precedensu, tu włączono "obcą" - także, aby nie stwarzać precedensu.
 
Jedną ze stron, która w dość szczególnym sensie zainteresowana była w wyniku rozgrywek i próbowała w sposób pośredni nań wpłynąć, były czynniki partyjno-policyjno-rządowe.
 
Pierwsze, podane przez Kowalika, wyraźne oznaki zainteresowania policji politycznej działalnością przyszłych ekspertów miały miejsce między przedpołudniem a wczesnym popołudniem 21 sierpnia, kiedy przeprowadzano rewizje w mieszkaniach Geremka i Kowalika. Jest to czas, gdy "autorzy i organizatorzy" Apelu 64 dyskutują nad tym, co dalej z nim robić.
 
Oczywiście, rewizje te mogłyby być związane z akcją nękania środowisk opozycyjnych, rozpoczętą około 17 sierpnia (rewizje, zatrzymania, aresztowania). Jednakże środowisko, które reprezentowali Geremek i Kowalik (TKN, ex-rewizjoniści, politykujący naukowcy) nie było w tym czasie poddane represjom. Bardziej zasadne wydaje się raczej przypuszczenie, że czynniki policyjne odnotowały akcję zbierania podpisów pod Apelem, uznały ją za ważną na tyle, by ją "monitorować", ale żadnego spójnego planu postępowania wobec grupy "autorów i organizatorów" do 22 sierpnia nie miały. Rewizje zrobiono, bo to nigdy nie zaszkodzi, a może się przydać.
 
Okazji do ingerowania w proces formowania się Komisji Ekspertów dostarczały czynnikom policyjnym problemy związane z łącznością telefoniczną i komunikacyjną między Gdańskiem a Warszawą. "W sobotę po południu (23 sierpnia) - wspomina Kowalik - dzwonił do mnie parokrotnie, z gabinetu dyrektora Gniecha (inne telefony były wyłączone), Bronisław Geremek..."19/
 
"Inne telefony były wyłączone..." Rzeczywiście, Gdańsk objęty był w dniach sierpniowych blokadą telekomunikacyjną. Telefony funkcjonowały w obrębie Trójmiasta, ale połączeń z resztą kraju nie było. Własną siecią łączności musiało dysponować wojsko, policja, aparat partyjny. Jednakże środki łączności tych instytucji nie służyły strajkującym.
 
Od Kowalika wiemy, że blokada "cywilnych" telefonów była nieszczelna; co najmniej jeden telefon, i to na terenie stoczni, był z niej wyłączony. Nie mogła to być przypadkowa przerwa wynikająca z usterek technicznych w blokadzie, bo z Gdańska telefonowano parokrotnie, i to z tego samego aparatu.
 
Blokada telefoniczna była nieszczelna już wcześniej. Przed przybyciem Geremka i Mazowieckiego do stoczni ściągnięto tam, także telefonicznie, Jadwigę Staniszkis.20/ Z Warszawą kontaktowali się korespondenci zagraniczni, istniały także możliwości łączności z Zachodem - między innymi przez przebywającego w Gdańsku dyrektora powiązanego z WłPK Instytutu Gramsciego. Istniały więc luki w blokadzie, było ich nawet wiele, ale nie sądzę, by były one niekontrolowane. Znaczy to, że czynniki nadzorujące techniczne wykonanie blokady co najmniej wiedziały o nich, jeśli nie tworzyły ich w swoim zakresie.
 
Waldemar Kuczyński zatytułował swój wspomnieniowy artykuł: „Droga do stoczni gdańskiej”. Z jego i Tadeusza Kowalika wspomnień wynika, że droga ta moszczona była ekspertom przez czynniki, po których trudno było spodziewać się tego rodzaju ułatwień.
 
Mowa o sprawie zarezerwowanego dla ekspertów samolotu do Gdańska. 23 sierpnia, podczas wstępnych rozmów prezydium MKS z Kołodziejskim, w punkcie porządku obrad omówiono "możliwość dojechania do Gdańska ekspertów".21/
 
"Geremek powiedział mi - wspomina Kowalik - że wojewoda Kołodziejski przyrzekł MKS-owi sześć miejsc w samolocie, zarezerwowanych na moje nazwisko. Gdy udaliśmy się na lotnisko Okęcie, okazało się, że ani kasa, ani kierownictwo nic o tym nie wie. Od razu też zauważyliśmy zwiększoną liczbę funkcjonariuszy MO oraz służby bezpieczeństwa. (...) Gdy jednak po wykupieniu biletów zaczęliśmy przechodzić przez kontrolę, każdego z nas zrewidowano i pojedynczo przeprowadzono do jednego z pokojów, gdzie przesiedzieliśmy pod nadzorem dobrodusznego sierżanta MO około dwóch godzin. Sytuacja się zmieniła, gdy przyszedł pułkownik MSW (tak się przedstawił). Przeprosił nas za przetrzymanie, które miało być jakoby wynikiem nieporozumienia i życząc nam pożytecznej pracy dla dobra 'socjalistycznego państwa' powiedział, że jesteśmy wolni."22/
 
W relacji Kuczyńskiego incydent ten przedstawiony jest następująco: "Po przeszło godzinie wszedł cywil, który przedstawił się jako pułkownik MSW (...). Zapamiętałem dobrze jego słowa. Powiedział: Proszę panów, Służba Bezpieczeństwa otrzymała informację, że siły antypaństwowe zdecydowały wykorzystać wasz lot do swoich celów. Dlatego zostaliście zatrzymani. Ale teraz sytuacja się wyjaśniła i jeśli sobie życzycie, możecie kontynuować lot najbliższym samolotem. Zadałem mu złośliwe pytanie: Czy pan pułkownik może nam zagwarantować, że siły antypaństwowe nie wykorzystają dla swoich celów naszego lądowania w Gdańsku? Popatrzył, uśmiechnął się rozumiejąco, pomilczał, i ociągając się odpowiedział: Tak... tak, to mogę panom zagwarantować. Oby lot państwa był w interesie kraju. A po chwili dodał jeszcze: Ten konflikt trzeba rozładować, koniecznie rozładować”.23/ Kuczyński chciał być złośliwy, pułkownik MSW także chciał być złośliwy. Sądzę, że bardziej złośliwy był pułkownik.
 
Z powyższych relacji wynika, że władzom, a co najmniej jakiejś grupie we władzach, zależało na szybkim pojawieniu się ekspertów na Wybrzeżu, skoro gotowe były do daleko idących ułatwień komunikacyjnych. Kołodziejski, lub ktokolwiek bądź, mógł przecież zamiast obietnic załatwieni~ przez stronę rządową rezerwacji powiedzieć, by eksperci docierali do Gdańska własnym przemysłem. Z drugiej strony, obietnica rezerwacji miejsc w samolocie mogła być aluzyjną formą udzielenia MKS-owi gwarancji, że eksperci do Gdańska w ogóle dojadą.
 
Kuczyński analizuje możliwe motywy władz i dochodzi do wniosku, że ośrodek rządzący mógł być poinformowany o tym, iż idea ekspertów lub doradców w stoczni gdańskiej "wisi w powietrzu". Skoro zatem jacyś doradcy przy MKS-ie i tak by działali, to - z punktu widzenia władzy - lepiej byłoby, aby byli to doradcy, co do których można żywić przypuszczenia, że są bardziej umiarkowani niż inni.24/
 
W wywodzie Kuczyńskiego jest wiele racji, lecz sprawa może być bardziej skomplikowana.
 
Eksperci zostali zatrzymani przez policję na Okęciu, a po niecałych dwóch godzinach - zwolnieni. Zwalniający ich funkcjonariusz przedstawił się jako pułkownik MSW. Nie wiadomo, czy ta samoprezentacja była prawdziwa. Jeśli tak - to wskazuje na wysoki stopień zaangażowania aparatu policyjnego w prowadzenie sprawy ekspertów. Pułkownik w MSW to niekiedy więcej niż generał w armii, to jądro polityczno-operacyjne resortu, szczebel przesądzający o jego zachowaniach na dłuższą metę i w sytuacjach kryzysowych.
 
Rzeczywisty lub fałszywy pułkownik przepraszał ekspertów za nieporozumienie (wedle Kowalika), jakim było zatrzymanie. Trudno w takie nieporozumienie uwierzyć, zwłaszcza że działania przyszłych ekspertów były śledzone przez policję co najmniej od czasu rewizji w mieszkaniach Geremka i Kowalika. Zatrzymanie na Okęciu było zatem działaniem celowym, bo trudno także uwierzyć w wyraźnie stworzone ad hoc wytłumaczenie, które podaje w swojej relacji Kuczyński.
 
Po co jednak było najpierw ekspertów zatrzymywać, a później puszczać? Byłaby to operacja bezsensowna: ich przymusowy pobyt na lotnisku trwał mniej niż dwie godziny, opóźnienie w podróży do Gdańska - trzy godziny. Nie o czas zatem chodziło.
 
Cała kotłowanina na Okęciu staje się nieco bardziej zrozumiała wtedy, gdy przyjmiemy roboczą hipotezę, że ekspertów chciała zatrzymać, i to na o wiele dłużej niż dwie godziny, jedna z grup policji, podwieszona pod jakiś ośrodek dyspozycji politycznej, a zwolniła ich inna grupa, podwieszona pod inny ośrodek - najprawdopodobniej ten, który już wcześniej godził się na ich przybycie do stoczni i za pośrednictwem wojewody Kołodziejskiego udzielał im pośrednich gwarancji bezpieczeństwa.
 
Warto zadać pytania: jakie to były ośrodki? O co mogło im chodzić? Choćby można było udzielić na nie jedynie wysoce hipotetycznych odpowiedzi.

Układ: strony i meritum
 
Aby można było odpowiedzieć na te pytania, trzeba najpierw zestawić w porządku chronologicznym ogólnie znane wydarzenia, związane ze strajkiem na Wybrzeżu, oraz etapy aktywności "autorów i organizatorów" Apelu, a następnie ekspertów in statu nascendi.
 
Jest oczywiste, że tekst Apelu sformułowano już po powstaniu MKS-u, a więc po 17 sierpnia (Apel datowany jest 20 sierpnia, ale musiano napisać go wcześniej, trochę czasu zajęło też zebranie podpisów). Wedle Kowalika początkowo myślano o tym, by "najwybitniejsi sygnatariusze" podjęli próbę doprowadzenia do rozmów między stroną partyjno-rządową a MKS-em. Z „Próby kompromisu” wynika, że myślano tak, a w każdym razie, że Kowalik tak myślał do 20 sierpnia. Już jednak 21 sierpnia rano Geremek, Kowalik i Mazowiecki dyskutowali nad inną koncepcją. Po dyskusjach, 22 sierpnia po południu postanowiono, że do stoczni pojadą Geremek i Mazowiecki, "by dostarczyć strajkującym nasz Apel i wyrazić sympatię. Niektórzy z nas podkreślali jednak, że należy być przygotowanym na ofertę współdziałania".25/
 
Kuczyński zauważa natomiast: "...po tych pragmatycznych głowach mogły się snuć nadzieje dalej idące".26/
 
Są to sformułowania wyjątkowo ostrożne. Także główna bodaj postać w Komisji Ekspertów, Tadeusz Mazowiecki, w wywiadzie udzielonym Ewie Berberyusz przedstawia formowanie się grona doradczego MKS-u jako proces żywiołowy:
 
E.B.: W którym momencie postanowił pan jechać?

T.M.: Dokonało się to prosto, podpisaliśmy Apel, ktoś musiał go zawieźć...27/
 
Jednakże z relacji Kowalika wynika, że już 21 sierpnia dyskutowano w Warszawie nie nad tym, czy pojechać do stoczni, ale nad tym czy przyjąć ofertę współdziałania ze strony MKS-u, a może też nad tym, jak doprowadzić do tego, by oferta taka została sformułowana. Kowalik przypomina słowa Andrzeja Kijowskiego, który 21 sierpnia powiedział, że "wtrącając się do tego wielkiego konfliktu podobni bylibyśmy do żaby, która podstawia nogę, gdzie konia kują".28/
 
Gdyby 21 sierpnia dyskutowano nad tym, czy pojechać do stoczni i wyrazić sympatię strajkującym, Kijowski nie miałby żadnego powodu wspominać o żabie i kuciu konia. Wydaje się zatem, że w czwartek zastanawiano się nad mocniejszą formą zaangażowania przyszłych ekspertów w konflikt niż prawienie ciepłych słówek MKS-owi.
 
Cała dyskusja w Warszawie miała wyraźnie trzy fazy: 21 sierpnia rano w wąskim gronie, tego samego dnia wieczorem już w szerszym zespole i 22 sierpnia od południa w gronie podobnym co poprzedniego dnia.
 
Kowalik pisze, że 21 sierpnia Geremek miał wątpliwości, czy i po co jechać do Gdańska, a 22 sierpnia "powiedział, że wyzbył się wczorajszych wątpliwości".29/
 
Co sprawiło, że w ciągu 24 godzin zmieniono koncepcję polityczną związaną z Apelem 64, a 22 sierpnia Bronisław Geremek wyzbył się żywionych wcześniej wątpliwości? Przyczyną mogły być zmiany sytuacji politycznej. Do 20 sierpnia w Gdańsku działała tak zwana Komisja Pyki, który usiłował ominąć w negocjacjach MKS, a zatem aktualny był pomysł mediacji, która miała doprowadzić do rozmów między władzą a uznanym przez strajkujących przedstawicielstwem.
 
21 sierpnia Pykę odwołano i w Gdańsku pojawił się Jagielski. Zaczął wprawdzie od kontynuowania taktyki poprzednika, ale można było dojść do wniosku, że Jagielskiego wysłano do Gdańska nie po to, by robił to samo co Pyka. Bystremu i dobrze poinformowanemu obserwatorowi mógł narzucić się wniosek, że rozpoczęcie rozmów z MKS-em jest kwestią dni lub nawet godzin. Ponadto 21 sierpnia w Szczecinie komisja partyjno-rządowa, kierowana przez Barcikowskiego, rozpoczęła negocjacje z tamtejszym MKS-em.
 
Niewątpliwie dwutorowość negocjacji - w Szczecinie i Gdańsku - połączona z wcześniejszym podpisaniem porozumienia szczecińskiego oraz pewnym "psychicznym ciepłem", jakie pojawiło się w kontaktach między delegacją rządową a szczecińskim MKS-em, służyć miała doprowadzeniu do rywalizacji między dwoma najważniejszymi wtedy ośrodkami strajkowymi, a także wygrywaniu Szczecina przeciwko Gdańskowi. Z drugiej jednak strony, wcześniejsze rozmowy komisji Barcikowskiego ze Szczecinem miały charakter specyficznego politycznego gambitu: wprowadziły negocjacyjny precedens, otwierały drogę do rozwiązania kryzysu sierpniowego poprzez bezpośrednie rokowania ze zrzeszonymi w MKS-ach strajkującymi.
 
Jeżeli grupa przyszłych ekspertów tak właśnie oceniała sytuację, to musiała rozważyć inną koncepcję odegrania przez siebie politycznej roli niż starania o doprowadzenie do rozmów, do których mogło dojść - i doszło - bez ich udziału.
 
Można postawić dalej idącą hipotezę o związku decyzji o podjęciu przez władze rokowań z MKS-em z kolejnymi etapami formowania Komisji Ekspertów. W wywiadzie dla tygodnika "Polityka" były wojewoda gdański i członek komisji Jagielskiego, Jerzy Kołodziejski, stwierdza, że po odwołaniu Pyki "kanałami nieoficjalnymi dowiedzieliśmy się, że MKS chce rozmawiać z nami, z Komisją Rządową".30/
 
Jest to nieprawda: MKS od chwili powstania nastawiony był na negocjacje, chciał ich, i żądał. Podjęcie rokowań z MKS-em było głównym wstępnym żądaniem strajkujących na Wybrzeżu, którzy uważali zabiegi Pyki - rokowania poza MKS-em - za typowo dywersyjny manewr. Jedynie istotną politycznie zmianą po stronie strajkujących, jaka zaszła między 21 a 23 sierpnia, był przyjazd Mazowieckiego i Geremka oraz ich kontakt z Warszawą, gdzie formowała się już przyszła komisja ekspertów, która wkrótce pojawiła się w Gdańsku.
 
Rzecz powstaje w sferze mglistych hipotez, ale można sformułować przypuszczenie, że - z punktu widzenia władzy lub też jednej z grup we władzach - tworzenie się komisji ekspertów było jednym z takich sygnałów, które skłaniały do próby rozwiązania kryzysu drogą negocjacji.
 
Jakkolwiek było, do rozmów komisji rządowej z MKS-em doszło bez udziału mediatorów; eksperci okazali się jednak potrzebni MKS-owi i stronie partyjno-rządowej. Pierwszy zaprosił ich do współpracy, druga ~ ułatwiła im wzajemne porozumienie się i zagwarantowała przyjazd do Gdańska. Z przebiegu przygód na Okęciu można wnosić, że nie była to strona partyjno-policyjno-rządowa jako całość, lecz jakaś dobrze tam umiejscowiona grupa.
 
PRL-owska elita władzy wkroczyła w kryzys lipcowo-sierpniowy dogłębnie podzielona i skłócona. Było to widoczne gołym okiem już na VIII zjeździe PZPR, na którym Gierek utrzymał swoją pozycję za cenę rosnącej izolacji wobec średniego aparatu partyjnego sfrustrowanego nieskuteczną polityką gospodarczą, zbyt, jego zdaniem, liberalną polityką represyjną i wyznaniową oraz decyzjami personalnymi: zesłaniem Stefana Olszowskiego i Tadeusza Grabskiego, którzy uznawani byli za ludzi wyrażających w największym stopniu dążenia i aspiracje średniego szczebla.
 
Miarą politycznej izolacji i zawężającego się kręgu poparcia dla Gierka była nominacja - po dymisji Jaroszewicza - Edwarda Babiucha na stanowisko premiera. Był to jeden z najbliższych Gierkowi ludzi, zajmujących się sprawami kadrowo-administracyjnymi w KC PZPR. Ekipa Gierka straciła na zjeździe polityczną możliwość tworzenia grupowych koalicji rządzących i musiała sięgać po najwierniejszych z wiernych dla obsadzenia szeregu stanowisk.
 
Sam przebieg kryzysu w roku 1980 doprowadził do natężenia walki klik w aparacie. Wiadomo było, że ta grupa, która przeforsuje własne rozwiązanie kryzysu, wygra go zarazem na swoją korzyść w walce o władzę i wpływy.
 
Zastanawiając się nad tym, jakie mogły to być grupy i rozwiązania polityczne, można skorzystać z dedukcji. Jak wiadomo, dzida składa się z przeddzidzia, śróddzidzia i zadzidzia. Stosownie do tego, w elicie władzy mogły występować następujące koncepcje rozwiązania bieżącego kryzysu:
l) a la 1970 rok, czyli użycie przeciw strajkującym siły;
2) „jak gdyby nigdy nic’, czyli próba kontynuacji taktyki z lipca: rozdzielenie branżowych podwyżek i udawanie, że problem związków zawodowych nie stanął na porządku dziennym;
3) rozwiązanie "polityczne" dopuszczające "reformę" (nowe wybory w radach zakładowych) CRZZ-u;
4) rozwiązanie "polityczne" uznające MKS za stronę konfliktu i dopuszczające w perspektywie możliwość utworzenia w jakiejś formie niezależnych związków zawodowych.
 
O użyciu siły przeciwko strajkującym i rzecznikach tej koncepcji wiadomo mało; po Wybrzeżu krążyły na ten temat różne plotki, ale pewnego nie można powiedzieć nic, poza tym, że zapewne pomysł taki we władzach rozważano.
 
Na ogół wskazywano na towarzyszy radzieckich jako na stronę, która dąży do tego, by w Polsce użyto siły, a nawet gotowa jest rozwiązanie takie sama zrealizować. Informacje o gotowości ZSRR do interwencji zbrojnej dwukrotnie przekazywano Prymasowi Polski (robiły to polskie czynniki partyjne); po raz pierwszy w lipcu podczas strajku w lubelskiej lokomotywowni, przy czym powodem miało być zagrożenie istotnych militarnie linii komunikacyjnych, i po raz drugi - w sierpniu w ostatnim tygodniu strajku.31/
 
Trudno ocenić wiarygodność tych ostrzeżeń. Mogły one być narzędziem presji na Prymasa, by podjął się zadania pacyfikacji nastrojów.
 
Z drugiej jednak strony, o możliwości interwencji radzieckiej wspomina aluzyjnie, lecz niedwuznacznie partyjny publicysta Ryszard Wojna w wystąpieniu telewizyjnym i artykule w "Trybunie Ludu".32/
 
Sugestie Ryszarda Wojny odniosły skutek odwrotny od zamierzonego. Ci, którzy je odnotowali, uznali, że jest to bezpodstawny szantaż, użycie przez przegraną ekipę radzieckiego straszaka.
 
O polskich zwolennikach użycia siły przeciw strajkującym wspomina Ascherson. Według tego autora podczas posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR 29 sierpnia świeżo powołany w skład tego gremium Stefan Olszowski nawoływał do wprowadzenia stanu wojennego i zdobycia stoczni gdańskiej. Przeciwstawić się mu mieli Kania, Gierek i Jaruzelski.33/  
 
Wszystko wskazuje na to, że rewelacje Aschersona pochodzą z redakcji "Polityki", a więc źródła mało wiarygodnego, a także zdecydowanie niechętnego Olszowskiemu. W stosunkach wewnątrzpartyjnych wszystko jest możliwe, zwłaszcza że Gierek, o obalenie którego chodziło Olszowskiemu, przegrywał zarówno przy rozwiązaniu siłowym, jak i negocjacyjnym; jednakże 29 sierpnia Olszowski musiał wykonać skomplikowaną woltę polityczną, skoro pięć dni wcześniej na IV plenum KC PZPR, które przywróciło go do władzy, on właśnie, pierwszy w Polsce, sformułował pomysł o podpisaniu przez pracodawców i pracobiorców nowej "umowy społecznej".34/
 
Wydaje się, że Edward Gierek i jego poplecznicy związani byli najpierw z rozwiązaniem drugim („jak gdyby nigdy nic”), a później trzecim („reforma” CRZZ). Było oczywiste, że rozwiązania skrajne (użycie siły lub negocjacje z MKS-em i zgoda na nowe związki zawodowe) muszą spowodować jego przegraną, bowiem dowodziłyby całkowitej nieskuteczności polityki, którą on prowadził i za którą odpowiadał.
 
Chronologia wydarzeń pozwala przy tym sformułować przypuszczenie, że w sierpniu wewnątrz aparatu i elity władzy uaktywniły się grupy, którym zależało przede wszystkim na obaleniu ekipy Gierka i które przeciwdziałały odpowiednio wczesnemu rozwiązaniu kryzysu poprzez "reformę" CRZZ i nowe wybory w tych związkach, co stwarzało szanse przetrwania rządzącej wtedy grupie.
 
18 sierpnia wieczorem, po posiedzeniu Biura Politycznego, Gierek wygłosił telewizyjne przemówienie, w którym zapowiadał lepsze zaopatrzenie w żywność, spełnienie niektórych ekonomicznych postulatów strajkujących; przestrzegał przed wykorzystywaniem ruchu strajkowego przez "wrogów socjalizmu" i zapowiedział powołanie komisji, która zajmie się rozpatrzeniem postulatów strajkujących. Wydaje się, że w tym czasie zdecydowano o wysłaniu do Gdańska komisji Pyki.
 
Jednocześnie Gierek odrzucił postulat powołania wolnych związków zawodowych i zaoferował mało skonkretyzowany projekt reformy CRZZ (o wyborach do rad zakładowych nie było jeszcze mowy). Była to całkowicie nieskuteczna odpowiedź na powstanie MKS-u i sformułowanie przezeń 21 postulatów. Władza zarzuciła stosowaną w lipcu taktykę "jak gdyby nigdy nic", przestała udawać, że nie ma strajków, a są jedynie "przestoje" i "przerwy w pracy". Uznano, że ruch strajkowy istnieje i jest nawet, w warstwie ekonomicznych postulatów, częściowo zasadny. Z drugiej strony, odrzucono MKS jako przedstawicielstwo strajkujących i ewentualną stronę w negocjacjach oraz podstawowe polityczne żądanie - utworzenia wolnych związków zawodowych, oferując mało znaczące rozszerzenie kompetencji CRZZ-u. Nie można jednak odrzucić hipotezy, że niektóre wątki w przemówieniu Gierka mogłyby wywrzeć jakiś wpływ na postawę strajkujących, gdyby wygłoszono je wcześniej: przed 17 sierpnia (dzień utworzenia MKS-u i sformułowania 21 punktów) lub przed 16 sierpnia (dzień kryzysu strajku w stoczni gdańskiej).
 
Także decyzje IV plenum KC PZPR z 24 sierpnia były spóźnione co najmniej o tydzień. Doszło do daleko idących zmian personalnych, które rozbiły ekipę Gierka, a w Gdańsku zostały trafnie skomentowane ("nas te sprawy nie interesują"); skonkretyzowano nieco projekt reformy CRZZ i zapowiedziano nowe wybory do rad zakładowych. Było to zdecydowanie za mało, skoro wcześniej podjęto rozmowy z MKS-em, a plenum KC PZPR nie opowiedziało się za użyciem siły. Taka polityczna odpowiedź na rozwój wydarzeń wskazywała także na niespójność działań centralnego ośrodka władzy w okresie największego w dziejach PRL kryzysu. Niespójność ta, świadcząca o wewnętrznym rozbiciu, dała o sobie znać już wcześniej: 18 sierpnia sekretariat KC PZPR wystosował do podstawowych komórek partii ostry w tonie i sprzeczny z przemówieniem Gierka list, w którym stwierdzono, że żądania robotników są wynikiem antysocjalistycznej konspiracji, której celem jest obalenie robotniczego państwa.35/
 
Ośrodek władzy reagował niespójnie i z opóźnionym zapłonem. Można zadowolić się ogólną i słuszną refleksją, że tak właśnie reaguje większość ośrodków władzy podczas większości rewolucji. Wewnętrzne rozbicie centrum władzy, skłócenie personalne i polityczne, niezdolność do szybkiego i konsekwentnego działania podczas kryzysu, to czynniki, które przyspieszają nadejście rewolucji i ułatwiają jej przebieg.
 
Trudno też wskazać taką rewolucję, która odniosła znaczące sukcesy, a miała przeciw sobie władzę silną, wewnętrznie jednolitą i sprawną, choćby jej polityczne zaplecze było niezbyt szerokie.
 
Warto czasami przejść od ogólnych rozważań do konkretnego procesu politycznego. Wiele wskazuje na to, że w Polsce podczas lipcowo-sierpniowego kryzysu szereg czynników politycznych umiejscowionych na różnych szczeblach władzy i w różnych jego pionach stworzyło luźną i działającą ad hoc koalicję, nastawioną między innymi na zmiany personalne we władzach i obalenie ekipy Gierka. Dlatego też wszystkie projekty wysuwane przez Gierka były przez tę koalicję torpedowane.
 
Wspomina o tym aluzyjnie Jerzy Kołodziejski, wskazując na to, że rokujące pewne nadzieje dla władz porozumienie komisji Pyki z niezrzeszonymi w MKS zakładami zostało nie uznane przez Warszawę, co wzmocniło pozycję MKS-u. Na pytanie: "Jak doszło do odwołania Pyki?" Kołodziejski odpowiada następująco:
 
"Szczegóły są bardzo spektakularne, ale nie sądzę, by można dziś o nich mówić. Pyka, który bardzo pragnął sprostać powierzonemu zadaniu, poniósł porażkę nie tylko na skutek własnych błędów. Odlatywał z Gdańska przekonany, że to koniec jego kariery politycznej”.36/
 
Koniec kariery politycznej to wypadnięcie z kręgu elity władzy. Wypowiedź Kołodziejskiego potwierdzałaby przypuszczenie, że z różnymi wariantami rozwiązania kryzysu związane były przegrane i wygrane osób i grup z wąskiej elity władzy; jednocześnie Kołodziejski wskazuje na tych, którzy jednoznacznie i najwcześniej na kryzysie sierpniowym i niepowodzeniu Pyki przegrali: Pyka należał do osób blisko związanych z Edwardem Gierkiem.
 
Jeśli odwołanie Pyki i wysłanie Jagielskiego połączone było, a tak sądzę, z dojściem do władzy i decyzji grupy optującej za rozwiązaniem "politycznym", to był to moment kluczowy dla dalszych losów Gierka i jego ekipy. Ich przegrana była przez jakiś czas płynna i niesformalizowana: porozumienia sierpniowe zatwierdzało plenum KC PZPR z Gierkiem jako I sekretarzem. Zarazem przebieg IV plenum KC PZPR z 24 sierpnia pokazuje, że chodziło bardziej o obalenie ekipy Gierka (czego w tym dniu dokonano) niż Gierka, który - jak się daje - miał pozostać na stanowisku firmując jedynie politykę formułowaną i realizowaną bez własnego udziału. Znamienne, że werbalnego poparcia Gierkowi udzielił Mieczysław F. Rakowski i Tadeusz Fiszbach, a przede wszystkim Stefan Olszowski. Wystąpienie Olszowskiego zawierało bodaj najwięcej akcentów "reformatorskich" i nawiązywało do koncepcji przedstawionych w kolejnych raportach konwersatorium "Doświadczenie i Przyszłość", z którym utrzymywał on - przynajmniej w pierwszej fazie prac - kontakt przeradzający się w protekcję. Olszowski nie zaatakował partii i jej kierownictwa, lecz - rząd. Najbardziej prawdopodobne jest, że ta niekonsekwencja wynikała z tego, że nie zdołano ustalić w odpowiednich gremiach krajowych i radzieckich wspólnej kandydatury na stanowisko kolejnego I sekretarza.
 
Jeśli nawet Gierek przegrał w dniach 21 i 22 sierpnia, to jeszcze przez jakiś czas mógł mieć możliwość nie tyle forsowania decyzji własnych, co blokowania decyzji podejmowanych przez inne ośrodki wewnątrz elity władzy. Być może taką nieudaną próbą blokady było zatrzymanie ekspertów na Okęciu. Oczywiście to nie Gierek osobistą decyzją zatrzymał Kowalika i resztę na lotnisku, ale jakieś związane z nim czynniki, które miały wpływ na działania części aparatu policji politycznej; ponadto nie o dwugodzinne zatrzymanie zapewne chodziło, ale o trwałe wyeliminowanie przyszłych ekspertów z gry. To, jak wiemy, się nie udało.
 
Nie udało się zapewne dlatego, że za rozwiązaniem "politycznym", w którym było miejsce na działalność ekspertów, opowiadała się inna grupa we władzach, która od chwili wysłania Jagielskiego do Gdańska zaczynała uzyskiwać przewagę. Identyfikując ją i ludzi najpełniej z nią związanych trzeba rozejrzeć się wśród tych, którzy na porozumieniach sierpniowych wygrali. Taką postacią był w owym czasie Stanisław Kania.
 
Jeszcze przed formalnym upadkiem Gierka można było wnioskować, że akcje polityczne Kani gwałtownie idą w górę. Na kolejnych sierpniowych plenach wygłaszał referaty w imieniu Biura Politycznego, co wskazywało, że właśnie on typowany jest na nowego pierwszego sekretarza. Ponadto Kania odpowiedzialny był w sekretariacie KC PZPR za ważne, kluczowe w momencie kryzysu, dziedziny: wojsko, policję polityczną i stosunki z Kościołem. Jeśli prawdziwa jest hipoteza, że eksperci na Okęciu byli obiektem, na który oddziaływały we właściwy sobie sposób dwie grupy w Służbie Bezpieczeństwa, to można przypuszczać, że do uwolnienia ich i wysłania do Gdańska dążyła grupa związana ze Stanisławem Kanią.
 
Apel 64 niewątpliwie został przez władze dostrzeżony i przemyślany. Przypuszczenie, że ośrodkowi związanemu z Kanią zależało na tym, by eksperci znaleźli się w Gdańsku, można uznać za wysoce prawdopodobne. Czy jedynym tego powodem był umiarkowany ton Apelu i nawoływanie do porozumienia? Sądzę, że istniały inne jeszcze powody.
 
Mogły one być natury psychologiczno-politycznej. Ośrodek we władzach dopuszczający jakąś formę porozumienia zdecydował się na uznanie MKS-u, ale przywódcy strajkujących, a zarazem niedalecy przeciwnicy przy stole rokowań, byli dla niego białą plamą w tym sensie, że byli całkowicie nierozpoznani przez władze pod względem politycznym, personalnym, ideowym i psychologicznym. Ludzie tworzący Prezydium MKS byli dla władzy jednym wielkim nieznanym, tak jak nieznane było dla niej oblicze polskiego społeczeństwa, jakie ukazało się w dniach sierpniowych. Z nieznanym źle się rozmawia - także i przede wszystkim w negocjacjach politycznych. Oczywiście Jagielski mógł przejrzeć i zapewne przejrzał policyjne dossiers Wałęsy, Gwiazdy i innych, ale, jak można się domyślać, było to źródło zbyt ubogie i jednostronne do politycznego rozpracowania tych postaci.
 
Inaczej było z ekspertami, a zwłaszcza z ich politycznym trzonem: Geremkiem, Mazowieckim i - w mniejszym stopniu - Kowalikiem. Byli to ludzie z dawna komunistom znani: Geremek i Kowalik - byli działacze partyjni średniego szczebla,37/ a Mazowiecki - jako były działacz PAX-u, były poseł na sejm i długoletni pozaparlamentarny, koncesjonowany katolicki opozycjonista.
 
Rozpracowanie politycznego trzonu ekspertów przez komunistów oznacza tylko tyle, że byli to ludzie znani; wiadomo mniej więcej, czego można się po nich spodziewać, do czego są zdolni, a do czego nie: nie byli białą plamą na politycznej mapie. Z ludźmi tego typu rozmawia się łatwiej, nie tylko ze względów psychologicznych. Powód tego typu wystarczał już, by władzom zależało na obecności ekspertów w stoczni od chwili, gdy zdecydowały się na rozmowy z MKS-em. Sądzę jednak, że nie był to jedyny powód. Można w tej sprawie rozumować następująco:
 
Grupa we władzach (prawdopodobnie ośrodek związany ze Stanisławem Kanią), która przeforsowała rozwiązanie "polityczne" i doprowadziła do wysłania Jagielskiego do Gdańska, a następnie do rozmów z MKS-em, musiała przedstawić swoim przeciwnikom i poplecznikom, a więc elicie władzy tout court, jakąś końcową wizję porozumienia ze strajkującymi, o której można było sądzić, że przyniesie dodatnie saldo kosztów i zysków. Innymi słowy, grupa ta musiała uzasadnić, że podjęcie rozmów doprowadzi do takiego rezultatu, który będzie korzystniejszy niż rozwiązania inne. Takim rezultatem, do którego dążył Jagielski w pierwszej fazie rokowań z MKS-em, była zgoda strajkujących na reformę CRZZ i rezygnacja z postulatu wolnych związków zawodowych. Dzięki uważnej lekturze "Próby kompromisu" można dojść do wniosku, że w tym samym czasie eksperci dążyli dyskretnie do tego samego.
 
Komisja ekspertów ukonstytuowała się 24 sierpnia. "W chwili podjęcia pracy wiedzieliśmy - pisze Kowalik - że żądanie wolnych związków zawodowych jest postulatem kluczowym. Nie sądziliśmy jednak, że aż tak bardzo usunie ono w cień pozostałe, nie mówiąc już o tym, że w chwili przyjazdu ja z całą pewnością, a prawie wszyscy członkowie Komisji wysoce prawdopodobnie, nie wierzyli w realność tego żądania. Gdy podniosłem tę sprawę wobec Geremka i Mazowieckiego, pierwszy poradził, byśmy porozmawiali ze strajkującymi robotnikami i na tej podstawie wyrobili sobie pogląd, a drugi podkreślił, że rola ekspertów nie może polegać na dążeniu do zmiany treści żądań strajkujących.
 
Istotnie, rozmowy z robotnikami, a także uczestnictwo w obradach Prezydium MKS w niedzielę wieczorem uprzytomniło nam, że determinacja robotników w tej sprawie jest tak wielka, że wyklucza zasadnicze ustępstwa. Należałem jednak do tych, którzy uważali, iż eksperci muszą być przygotowani na mniej przychylny rozwój sytuacji i mieć w zanadrzu łagodniejsze warianty tego postulatu. Zorganizowane dyskretnie w środę, w jednym z odleglejszych budynków stoczni (w starej, opuszczonej stołówce), zebranie większości członków Prezydium i ekspertów poświęcone było właśnie tej kwestii - czy MKS dopuszcza myśl poprzestania na radykalnej przebudowie starych związków zawodowych. Dyskutowano przygotowany przez nas krótki tekst. Został on kategorycznie odrzucony przez większość zabierających głos delegatów”.38/
 
Łatwo zauważyć, nie zawinioną zresztą przez autora, sprzeczność. Geremek był przekonany, że robotnicy nie odstąpią od punktu pierwszego swoich postulatów, a Mazowiecki twierdził, że eksperci nie mogą zmieniać treści żądań strajkujących. Ale mimo to, w środę 27 sierpnia eksperci podjęli taką próbę. Argumentację, że chodziło o „wariant zapasowy” należy uznać za pozorną. Gdyby bowiem Prezydium MKS po dyskusji z ekspertami zgodziło się na to, że w przypadku "mniej przychylnego rozwoju sytuacji" akceptuje reformę CRZZ, to już tylko od odpowiedniej polityki władz zależałoby, by wariant zapasowy stał się wariantem głównym.
 
Przyjęcie przez MKS reformy CRZZ jako wariantu zapasowego oznaczałoby po prostu, że postulat numer jeden może zostać zarzucony. Do tego dążyli eksperci, bo Kowalik nie wypiera się, że inicjatywa wyszła od nich. Co więcej, parli do tego z pełną świadomością, że postępują wbrew najgłębszym odczuciom i dążeniom strajkujących.
 
Środowe zebranie nieprzypadkowo otoczono mgłą tajemnicy: zorganizowane "dyskretnie", "stara, opuszczona stołówka", a obecna na nim była tylko część członków Prezydium, ta najpewniej, która chętniej niż część niedopuszczona do obrad współpracowała z Komisją Ekspertów. Pomimo tego przygotowany przez ekspertów projekt odrzucono. Występując z nim eksperci świadomie ryzykowali swoją pozycję i był to z ich strony akt dużej odwagi politycznej. Wiedzieli, że idą pod prąd robotniczej opinii, a Prezydium widząc, że jego eksperci występują z projektem postulatu de facto rządowego, mogło znacznie ograniczyć im kredyt politycznego zaufania. Wiedząc o tym, eksperci głęboko zaangażowali się w przedsięwzięcie, wystąpili nawet z wspólnie uzgodnionym tekstem.
 
Znajduję dwa możliwe wytłumaczenia takiego postępowania. Pierwszym byłoby istnienie nieformalnego, milczącego, raczej dorozumianego niż zawartego układu z częścią grupy rządzącej, która dążyła do pokojowego i "politycznego" zakończenia strajku. To oczywiście hipoteza, przypuszczenie bez żadnego materiału dowodowego. Możliwa jest także hipoteza druga, chyba bardziej prawdopodobna. Akcja ekspertów mogła być reakcją na kontrowersyjne kazanie Prymasa Wyszyńskiego z 26 sierpnia i na okoliczności, które do wygłoszenia tego kazania doprowadziły, a zatem na ostrzeżenia strony partyjno-rządowej, że Moskwa grozi interwencją zbrojną.  Jakkolwiek było, 27 sierpnia był dniem, który nie nadawał się zupełnie do pokojowych perswazji.
 
Jeszcze we wtorek, podczas pierwszego posiedzenia grupy roboczej złożonej z członków komisji rządowej i Prezydium MKS oraz ekspertów obu stron, Jagielski podtrzymywał rządowy postulat, by strajk zakończył się publicznym zobowiązaniem obu stron do demokratyzacji wyboru delegatów na kongres CRZZ. "Po wtorkowym odprężeniu - wspomina Kowalik - środa 27 VIII była dniem kryzysowym. Nie doszło do spodziewanej kolejnej rundy negocjacji. (...) Po paru godzinach dochodzi więc - jak gdyby w zastępstwie - do kolejnego spotkania grupy roboczej w stoczni. Dyskusja z miejsca przybrała charakter polityczny i toczyła się w znacznie mniej pogodnej, chwilami wręcz nieprzyjemnej atmosferze.
 
Pierwszym i głównym mówcą był wojewoda Kołodziejski. Powiedział na wstępie, że przed południem nie doszło do spotkania, gdyż delegacja rządowa chciała wyjaśnić pewne kwestie w wąskim gronie. Następnie przedstawił dezyderaty strony rządowej. Przypominając o rozbiciu ruchu związkowego w świecie (...) domagał się jednolitej reprezentacji polskich związków za granicą. Innym dezyderatem było wyraźne ograniczenie terenu nowych związków zawodowych do Wybrzeża. Przede wszystkim skupił jednak uwagę na konieczności jasnej i jednoznacznej deklaracji politycznej MKS o "nienaruszalności ustroju i kierowniczej roli partii" (...) Kołodziejski twierdził, że deklaracja tego typu jest warunkiem uzyskania centralnej akceptacji, i że musimy wylegitymować się jakąś formułą wobec układu zewnętrznego”.39/
 
Dość trudno zrozumieć, o co chodziło Tadeuszowi Kowalikowi, gdy stwierdzał, że środa była dniem kryzysowym. Przecież we wtorek strona rządowa stała twardo przy reformie CRZZ, a w środę zgodziła się, co prawda nie na zebraniu plenarnym, lecz w grupie roboczej; na nowe związki zawodowe. Przedmiotem dyskusji było nie to, czy mają one powstać, ale „jaką” deklarację polityczną mają złożyć. 27 sierpnia był pierwszym dniem wyraźnego zwycięstwa strajkujących. A że Kołodziejski stworzył nieprzyjemną atmosferę....
 
Zebranie w opuszczonej stołówce nie mogło odbywać się w środę wieczorem, ponieważ „jeszcze tego wieczoru odbyło się zebranie Prezydium MKS z ekspertami, na którym zreferowano przebieg spotkania grupy roboczej, a zwłaszcza dezyderaty komisji rządowej”. Po tym zebraniu przekonywanie części Prezydium, by zgodzić się na reformę CRZZ, byłoby całkowicie pozbawione sensu.
 
Z przebiegu wydarzeń wynika, że jedynym możliwym czasem zebrania w stołówce było rano i przedpołudnie, a więc godziny, gdy strona rządowa wyjaśniała pewne kwestie w "wąskim gronie", Można przypuszczać, że właśnie wtedy Jagielski uzyskał z Warszawy wstępną zgodę na uznanie postulatu pierwszego w zamian za polityczną deklarację MKS, trudno bowiem sądzić, że to osobista i podjęta na własną odpowiedzialność decyzja wicepremiera spowodowała radykalny przełom podczas rozmów popołudniowych.
Jeżeli właśnie tak było, to w środę przed południem duszek historii. uśmiechał się z rzadko spotykaną złośliwością: a więc gdy Jagielski otrzymywał zgodę na postulat wolnych związków zawodowych, eksperci MKS przekonywali swoich zleceniodawców, że należy od żądania tego odstąpić.
 
W Porozumieniu Gdańskim znalazł się jednak zapis o utworzeniu niezależnych samorządnych związków zawodowych. Jest w tym podwójna niejako zasługa strajkujących pracowników Wybrzeża: walczyli o wolne związki nie tylko z władzami, ale i z własnymi ekspertami.
 
W trakcie pracy Komisji Ekspertów doszło jeszcze raz do kolizji między koncepcją ekspertów a dążeniami strajkujących. W Porozumieniu Gdańskim nie została jasno określona kwestia terytorialnego zasięgu nowych związków, Punkt czwarty Porozumienia ("Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, jako Komitet Założycielski tych związków ma swobodę wyboru formy jednego związku lub zrzeszenia w skali Wybrzeża") sugerował interpretację, wedle której niezależne, samorządne związki zawodowe mogą się tworzyć jedynie na mało precyzyjnie określonym terytorium geograficznym Wybrzeża (mogło to oznaczać, że prawo tworzenia nowych związków mają zakłady zrzeszone w MKS). W każdym razie kwestia terytorialnego zasięgu nowych związków zawodowych znalazła się w "szarej strefie" umów społecznych i mogła być interpretowana przez każdą ze stron na swoją korzyść. Stało się to przyczyną licznych konfliktów we wrześniu i w październiku 1980 roku; były to strajki o prawo nowych związków do istnienia i działania, liczne zwłaszcza na terenach nie objętych protestem w sierpniu. Władze lokalne przeciwstawiały się realizacji porozumień sierpniowych i często dopiero dzięki strajkowi możliwe było utworzenie komitetu założycielskiego niezależnych związków.
 
Było to zjawisko w pełni zrozumiałe. Z jednej strony, lokalni działacze partyjni, administracyjni, komendanci MO i SB wykazywali naturalne u komunistów dążenie do zwalczania niezależnych instytucji nawet wbrew zaleceniom władz centralnych; z drugiej strony, sytuacja we władzach centralnych była nie wyjaśniona i nie wydano tam dyrektyw, że nie należy przeciwstawiać się terenowej odnowie w sposób zbyt jaskrawy. W ogóle, na pierwszej, wrześniowej części VI plenum KC PZPR nie wydano żadnej dyrektywy.
 
Zapewne wydarzenia w wielu prowincjonalnych ośrodkach miałyby nieco inny przebieg, gdyby w Porozumieniu Gdańskim zawarto klauzulę o tym, że obowiązują na terenie całej Polski, choć i to nie zniweczyłoby oporu aparatu partyjno-policyjno-administracyjnego. Do wprowadzenia takiej klauzuli dążyła część MKSu, a przeciwstawiali się im eksperci. Kowalik opisuje nawet swoją kłótnię z jednym z członków Prezydium.
 
Jednakże interpretacja, że eksperci dążyli pospołu z delegacją rządową do omotania i oszukania strajkujących, byłaby nie tylko zbyt daleko idąca, ale i niesprawiedliwa. Sprzeciw wobec wprowadzenia klauzuli o ogólnopolskiej mocy obowiązywania Porozumienia można tłumaczyć całkiem sensownym rozumowaniem politycznym. Można sądzić, że Jagieiskiemu i - ogólniej - grupie, która w końcowych dniach sierpnia zdobywała w PRL władzę, szczególnie trudno byłoby w tym momencie udzielić zgody na wprowadzenie do Porozumień klauzuli o ich ogólnokrajowej mocy. Stawiałoby to ją wobec innych grup w centralnym kierownictwie, średniego aparatu, towarzyszy w ZSRR i KDL-ach w roli czynnika, który nie tylko w niesprzyjającej sytuacji politycznej zgadza się na istnienie niezależnych związków zawodowych tam, gdzie już faktycznie działają (Wybrzeże, Górny Śląsk), ale także inspiruje ich powstanie tam, gdzie jeszcze ich nie ma.
 
Eksperci natomiast (ci z nich, którzy myśleli kategoriami politycznymi) mogli sobie zdawać sprawę, że w danej sytuacji, przy bardzo dużym zasięgu ruchu strajkowego i olbrzymim poparciu dla 21 postulatów, a zwłaszcza pierwszego z nich, jeśli związki zawodowe powstaną na Wybrzeżu, to siłą rzeczy, z mniejszymi lub większymi bólami, obejmą wkrótce cały lub prawie cały kraj i tak, nawet bez stosownej klauzuli w Porozumieniach.
 
Innymi słowy: nie warto było w Gdańsku kruszyć kopii o punkt, który niejako sam z siebie, dzięki spontanicznemu procesowi społecznemu, zostanie zrealizowany, a który był niezwykle bolesny ze względów prestiżowych i politycznych dla dążącej do podpisania Porozumienia grupy we władzach.
 
Pewne przesłanki wskazują na to, że eksperci, którzy wyjechali ze stoczni, a w każdym razie ci z nich, którzy wykazali się wyobraźnią i inicjatywą polityczną, nie byli nastawieni wyłącznie na realizację hipotetycznego układu z władzą bądź miarkowanie zbyt radykalnych robotników, czyli namawianie ich do zgody na reformę CRZZ. Wydaje się, że rozważano jako "wariant zapasowy" także udział w doprowadzeniu do uznania przez władze nowych związków.
 
Piszący te słowa został aresztowany w Warszawie 23 sierpnia 1980 roku. 21 lub 22 sierpnia redagowałem wydanie specjalne niezależnego miesięcznika "Głos". W pracy redakcyjnej brał wraz ze mną udział publicysta używający pseudonimu Wojciech Zbrucz, osoba z kręgów zbliżonych do Tadeusza Mazowieckiego, która, wedle mego mniemania, miała zabezpieczać polityczny wpływ naczelnego "Więzi" na środowisko "Głosu". W dyskusji nad numerem Zbrucz nalegał na zmianę tytułu jednego z artykułów z "Wolne Związki Zawodowe" na "Niezależne Związki Zawodowe", argumentując, że pierwsza nazwa jest z różnych względów nie do przyjęcia dla władz. Opierałem się temu, gdyż sądziłem, że nie jest to argument wystarczający.
 
Argumentacja ta i spór nie ma z paroletniej perspektywy żadnego znaczenia. Wobec skali wypadków nie miał znaczenia i wtedy. Jednakże jest ciekawe, że za podobną zmianą nazwy - nie w odniesieniu do tytułu artykułu, lecz do tworzących się związków zawodowych - opowiedzieli się w parę dni później w Gdańsku zarówno eksperci MKS-u, jak i członkowie komisji rządowej. W cytowanym już wywiadzie ekswojewoda Kołodziejski podaje, że formułę "niezależne samorządne związki zawodowe" wymyślono podczas obrad wspólnej grupy roboczej, i nie wiadomo, która strona pierwsza wpadła na ten pomysł.
 
Sądzę, że Zbrucz działał w myśl instruktażu udzielonego mu wcześniej przez Mazowieckiego, który już około 20 sierpnia postanowił zabezpieczyć się na wszystkich dostępnych mu odcinkach, nawet tak marginalnym w ówczesnej sytuacji masowego ruchu, jak wychodzące w nakładzie kilkunastu tysięcy egzemplarzy pismo. Dowodziłoby to ponadto, że już bardzo wcześnie Mazowieckiemu nieobca była myśl o możliwości powołania nowych związków zawodowych, niezależnie od późniejszych taktycznych meandrów.
 
Próba oceny - perspektywa na przyszłość
 
Działalność ekspertów w stoczni gdańskiej spotkała się ze zróżnicowanymi ocenami. Bezpośrednio po zakończeniu strajku sierpniowego, a także po innych kryzysach w stosunkach władza - "Solidarność" pod adresem ekspertów wysuwano zarówno zarzuty, jak i pochwały; jedne i drugie miały tyle ze sobą wspólnego, że formułowano je w kategoriach "radykalizmu" bądź "umiarkowania". Jedni twierdzili, że pozostawiona sama sobie "Solidarność", czy też robotnicy, wywalczyłaby więcej i lepiej, a ugodowi eksperci namącili, oplątali Wałęsę i konflikt zakończył się zgniłym, niewartym kompromisem; inni odpowiadali na to, że zasługą ekspertów było niedopuszczenie do "narodowej katastrofy" przez to, że mądrze utemperowali żywiołowy radykalizm związkowych dołów i robotniczych przywódców, osiągając dzięki zręcznej i wyważonej taktyce maksimum tego, co było możliwe. Tego rodzaju spór zaistniał już w pierwszych dniach po podpisaniu Porozumienia Gdańskiego i dotyczył formuły o "kierowniczej roli PZPR" (potocznie zwanej "kierownicą"). Konflikt o to sformułowanie (i o role ekspertów) pojawił się już wcześniej w MKS, jeszcze przed podpisaniem Porozumienia. Sądzę, że kryterium radykalizmu i umiarkowania nie wychwytuje istotnych problemów związanych z funkcjonowaniem ekspertów, zaciemnia problem i wywołuje pozorne spory.
 
Bezpośrednio po podpisaniu Porozumienia wysuwano pod adresem ekspertów zarzuty innej nieco natury, a mianowicie: polityczno-moralne. Chodziło o to, że skłonili Wałęsę i MKS do przyjęcia ustnego oświadczenia Jagielskiego, że aresztowani w sierpniu działacze opozycyjni zostaną wypuszczeni na wolność, zamiast naciskać na wprowadzenie odpowiedniego punktu do Porozumień. W części niezależnych środowisk politycznych, przynajmniej w Warszawie, która była terenem moich obserwacji, w szeptanej propagandzie oskarżano ekspertów o zdradę szczytnych ideałów i towarzyszy walki o liberalizację i demokratyzację. Eksperci neutralizowali tę kampanię przez liczne spotkania, na których, przy okazji opowieści o tym, jak to było w Gdańsku i jak to jest w tworzących się związkach zawodowych, wyjaśniali swoje stanowisko także i w tej sprawie.
 
Merytorycznie spór był bezsensowny, bo władze aresztowanych, zgodnie z oświadczeniem Jagielskiego, wypuściły i nie było o co ekspertów się czepiać. Miał on jednak wyraźny podtekst polityczno-personalny: był próbą podważenia i osłabienia pozycji ekspertów, a zwłaszcza Mazowieckiego w tworzących się związkach zawodowych poprzez skonfliktowanie go z częścią przynajmniej jego naturalnej bazy politycznej i społecznej: inteligencją warszawską. Taka kampania dyskredytacyjna mogłaby być skuteczna w innej, bardziej kameralnej sytuacji politycznej. Wobec masowej skali wydarzeń i rzeczywistych zasług Mazowieckiego była bez znaczenia i zapadła w niepamięć jako nic nie znaczący towarzyski epizod.
 
W polityce liczą się nie intencje, zamiary, pomysły, lecz fakty i rzeczywiste wyniki. Porozumienie Gdańskie było wielkim zwycięstwem strajkujących i wielkim osiągnięciem całego społeczeństwa. Ktoś może argumentować, że w tych okolicznościach i w tym czasie można było osiągnąć więcej i lepiej. Lepsze jest jednak najgorszym wrogiem dobrego. Jakiekolwiek zarzuty wysunąć pod adresem ekspertów (ich politycznego kierownictwa), nie sposób zaprzeczyć, że przyczynili się do nawiązania negocjacji i zawarcia porozumienia. To przesądza o wszystkim, także o ocenie ich postępowania. Ocena może być tylko jedna: dobrze, że znaleźli się w stoczni.
 
Użyteczność ekspertów w stoczni nie polegała na ich "umiarkowaniu", w owym czasie stanowczo za daleko posuniętym. Byli oliwą wylaną nie na wzburzone fale społecznego protestu, lecz między dwa ścierające się młyńskie kamienie. Ich rola polegała nie na miarkowaniu strajkujących, lecz na ułatwieniu nawiązania negocjacyjnego kontaktu z władzą. Mogli funkcję tę spełniać między innymi dzięki temu, że poprzez swoje biografie, związane w ten czy inny sposób z działalnością peerelowskiego establishmentu oswajali stronę rządową z robotniczym protestem, nadawali wielkiemu nieznanemu dobrze znane oblicze, a strona strajkowa zyskiwała ponadto dzięki nim pewien szlif polityczny konieczny dla działań negocjacyjnych. Porozumienie Gdańskie mógł wymusić i zawrzeć tylko MKS, ale różnego rodzaju ciche układy, przydatne dla wyniku końcowego, zawierali - nieraz wbrew intencjom strajkujących - na własną odpowiedzialność wywodzący się ze środowiska inteligenckiego doradcy. Rola ekspertów nie ograniczała się jednakże do zawierania cichych umów i nawiązywania kontaktu z władzą. Byli oni aktywnym podmiotem politycznym toczących się wydarzeń. W Gdańsku było tak, że to właśnie oni nadali polityczny, nadający się do negocjacji kształt podstawowemu żądaniu strajkujących, i dokonali tego bez żadnego formalnego upoważnienia ze strony MKS-u lub jego Prezydium.
 
"Niezależnie od przebiegu dyskusji (podczas posiedzenia Prezydium MKS - L.D.) - wspomina Kowalik - wyszliśmy z niej w przekonaniu, iż Prezydium zleciło nam opracowanie tekstu deklaracji politycznej możliwej do zaakceptowania przez obie strony".40/ Eksperci mieli subiektywne przekonanie, ale żadnego formalnego zalecenia w dyskusji, o której mowa, nie sformułowano! Rola ekspertów nie była zatem bierna. Mogli oni, i z tej możliwości korzystali, stwarzać podczas strajku sierpniowego, a później w "Solidarności" fakty polityczne o podstawowym znaczeniu.
 
W przedstawionym wyżej opisie i analizie mechanizmów gry politycznej, jaka toczyła się w sierpniu 1980 r. w stoczni i poza nią, nie chodzi jedynie o ocenę działań niewielkiej grupy osób, choćby ich wpływ na wydarzenia był nieproporcjonalnie duży w stosunku do ich liczebności i politycznego zaplecza. "Solidarność" narodziła się w stoczni gdańskiej. Tam narodził się jako narodowy przywódca Lech Wałęsa, tam eksperci uzyskali pozycję ośrodka inicjatywy i koncepcji politycznej, który przez następnych 16 miesięcy miał pewien wpływ na losy kraju.
 
To, w jaki sposób rodziła się "Solidarność", określało także to, jaka ona była. Mechanizmy polityczne, które uaktywniły się podczas strajków sierpniowych, stworzyły coś w rodzaju "matrycy", która w przyszłości odcisnęła się na powstającej "Solidarności". Już w stoczni gdańskiej przyszła "Solidarność" zetknęła się z szeregiem wewnętrznych pro- blemów, które usiłowano określić i rozwiązać (a częściej: określenie i rozwiązanie odsunąć w czasie) podczas 16 miesięcy. Do takich problemów zaliczyć można milczący i niesformalizowany polityczny "podział pracy" między "dołami" związkowymi, formalnymi przywódcami i politykami doradcami; sposób funkcjonowania w Związku inteligenckich polityków pod etykietą "ekspertów"; metody i cele walki o decyzję i wpływy wewnątrz Związku, niezależności między możliwymi rozwiązaniami politycznymi a walką o władzę w PRL-owskiej elicie i stosunek "Solidarności" do uwarunkowań tego typu; stosunek hierarchii kościelnej do ruchu strajkowego, a następnie "Solidarności".
 
"Solidarność" kształtowała się i organizowała nie tylko wokół wysuniętych przez siebie celów, postulatów, haseł, lecz także wokół własnych wewnętrznych problemów. 16 miesięcy wolności ujawniło dążenia i aspiracje całego narodu; dało też czas na ukształtowanie zalążków własnej, rodzimej, nie narzuconej struktury politycznej. Można było zobaczyć, do czego Polacy dążą i - jak dążą, jakich środków i narzędzi politycznych używają dla osiągnięcia własnych celów. Doświadczenie 16 miesięcy miało charakter moralny. Miało też charakter polityczny nie do końca ograniczony szczególnymi warunkami miejsca i czasu. Zapewne następna "przerwa na wolność" wyglądać będzie zupełnie inaczej, ale podstawowe cechy stylu politycznego działania i narodowej struktury politycznej, jaka zaczęła się kształtować w okresie "Solidarności" - powrócą. Chodzi o odpowiedź na pytanie: jaki to był styl? jakie cechy? jak mogłaby wyglądać polityczna struktura, gdyby dane było jej przetrwać i się rozwinąć?
 
ANEKS

 
Sierpień 1980 roku nie przestaje być tematem publikacji. W 1986 r. ukazała się książka „Kto tu wpuścił dziennikarzy” (NOWA, b.m., b.d.w.). Z zebranych przez Pracownię Reportażu - Łódź 41 relacji kilka mówi o sprawach poruszanych w artykule "Sierpień 80: mechanizm gry politycznej". Wojciech Adamiecki, Kazimierz Dziewanowski, Artur Hajnicz i Tadeusz Mazowiecki uzupełniają wykorzystane przez autora artykułu źródła nowymi faktami, interpretacjami, rozbudowują argumentację. Warto dodać, że z czterech cytowanych dziennikarzy trzej weszli w skład ścisłej ekipy redakcyjnej "Tygodnika Solidarność": T. Mazowiecki jako redaktor naczelny (przez cały czas wydawania pisma), A. Hajnicz zaś przez pierwsze kilka miesięcy był sekretarzem redakcji, a K. Dziewanowski zastępcą redaktora naczelnego. Publikujemy ich wypowiedzi (op. cit., ss. 73-77) jako cenne uzupełnienie artykułu.
 
W. ADAMIECKI. Opuściłem stocznię (19 lub 20 sierpnia - przyp. red. "Głosu") i powróciłem do Warszawy. Zdawałem sobie sprawę, że krążą tam fałszywe plotki. Uważałem, że powinienem przekazać to, co na Wybrzeżu dzieje się naprawdę. Akurat następnego dnia po przyjeździe spotkał się Zespół Usługowy Konwersatorium "Doświadczenie i Przyszłość", w którym uczestniczę. Jako, że byłem wśród nich jedynym człowiekiem stamtąd, poprosili abym opowiedział. Co też zrobiłem. I wówczas Jan Strzelecki zapytał, czy byłbym skłonny jeszcze to komuś opowiedzieć. "Byłbym skłonny, tylko dlaczego jesteś taki tajemniczy?" "Bo muszę zadzwonić, czy on by się z nami spotkał". Myślę, cholera, czyżby do Gierka mnie zamierzał zaprowadzić? Janek poszedł do telefonu, zadzwonił gdzieś, a potem poprosił, żebym natychmiast jechał. Tym kimś okazał się profesor Sylwester Zawadzki, któremu również opowiedziałem to, co przed chwilą kolegom z DiP-u. Słuchał tego z najwyższym zainteresowaniem. A trzeba wiedzieć, że profesor Zawadzki należał do ekipy doradców kierownictwa partyjnego. Ku mojemu zdumieniu zauważyłem, że on nie jest najlepiej poinformowany o tym, co się dzieje w stoczni. Dopiero ode mnie dostał 21 postulatów MKS-u. Przeczytał je i od razu powiedział: "Nie widzę problemów. Moim zdaniem wszystko jest do załatwienia ". Ja: "No, przepraszam, a wolne związki? To też da się załatwić?" Był absolutnie pewny, że sprawa jest do wynegocjowania. Miał tylko jedno pytanie - czy moim zdaniem ten super radykalny MKS byłby skłonny (no, niekoniecznie wprost, tak już kawa na ławę, ale jednak) stwierdzić, że stoi na gruncie socjalistycznej własności środków produkcji. Przyznam się, że oniemiałem, bo trzeba było być kompletnie oderwanym od życia, żeby widzieć w tym problem. Chodziło o zabieg taktyczno-propagandowy, powiedzenie tego wprost przez strajkujące załogi umożliwiłoby władzy centralnej rozważenie możliwości negocjowania, bo jak wiadomo, z wrogami nie prowadzi się negocjacji w obozie socjalistycznym. Natomiast, jeśli klasa robotnicza powie, że stoi na gruncie socjalizmu, no to będzie wszystko w porządku.
 
Przesłanki takiego myślenia zrodziła prowokacyjna propaganda, bo trzeba wziąć pod uwagę, że do "białego domu" w Warszawie doszła cała fala tendencyjnie sterowanych informacji, że tam się rzeczywiście wzywa do obalenia partii, przygotowuje się zamach stanu, ryczy się - precz z Gierkiem itd. To była nieprawda, ale wtedy nikt tego nie wiedział. Zwłaszcza tu, w Warszawie.
 
A. HAJNICZ. W poniedziałek, 18 sierpnia, mieliśmy pamiętne przemówienie telewizyjne Gierka. Przez bardzo wielu ludzi było ono przyjęte z głębokim przerażeniem, bo oznaczało klops... - pół Polski stoi, a to co mówi szef państwa jest nie do przyjęcia. Trzeba było coś zrobić!
 
Kilka osób, kilku kolegów... narodziła się idea - już 18 sierpnia. Groza sytuacji dla wszystkich w Warszawie była oczywista. Powstał pierwszy tekst apelu, niezbyt dobry. Poszliśmy z nim do Mazowieckiego, on go znacznie poprawił. Zdawaliśmy sobie sprawę, że musi to być apel reprezentujący opinię wielu grup społecznych. Jego treść. jego rola polegała przede wszystkim na próbie przełamania impasu, na znalezieniu pomostu do porozumienia.
 
Punktem wyjścia, przyczyną, było przemówienie Gierka, a apel pod którym podpisało się 64 intelektualistów ukazał się już 20 sierpnia, a więc praktycznie w ciągu jednej doby. Oczywiście nie byłoby możliwe znalezienie wszystkich, gdyby wcześniej nie łączyły ich bliskie więzy, a wiadomo, że jak zadzwoni Geremek do Mazowieckiego, to w ciągu półgodziny jest to możliwe. To są ludzie mający do siebie wzajemne zaufanie. Na szczęście w Polsce w ostatnich latach powstały nieformalne związki i grupy... To było naszym szczęściem, że społeczeństwo nie zostało do końca zatomizowane.
 
Lista podpisów odzwierciedlała to, co kiedyś Mazowiecki nazwał trójporozumieniem. Trzy środowiska, utrzymujące ze sobą kontakty: Towarzystwo Kursów Naukowych, DiP i Warszawski Klub Inteligencji Katolickiej. Jest jeszcze czwarta grupa, która została częściowo włączona, a dziś nazywana Czerwoną Kanapą. To była grupa działaczy partyjnych, którzy najpierw podpisali List 14, a potem utworzyli seminarium, które trwało ponad rok. Seminarium poszukujące rozwiązań w ramach socjalizmu, seminarium ludzi opowiadających się za reformowalnością socjalizmu. I to seminarium pracowało dość regularnie, a współpracowali z nimi przedstawiciele wszystkich trzech wymienionych już środowisk.
 
Na liście znalazło się wielu dziennikarzy, bądź ludzi, którzy byli dziennikarzami, a potem przeszli do innych zawodów: Bohdan Cywiński, Kazimierz Dziewanowski, Artur Hajnicz, Szymon Jakubowicz - jeden z inicjatorów tego apelu, Andrzej Krasiński, Waldemar Kuczyński, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Wejroch, Wojciech Wieczorek, Jerzy Zieleński, Wojciech Adamiecki... Bardzo szeroki wachlarz nazwisk, od Bratnego i Bieńkowskiego po Stefana Żółkiewskiego. I 20 sierpnia do wieczora do mieszkania doc. Geremka znosiliśmy podpisy. Powstał tam wielki ruch, wiedzieliśmy, że za chwilę przyjdzie tu Służba Bezpieczeństwa. Władze bezpieczeństwa rzeczywiście wkroczyły do mieszkania i urządziły "kocioł", ale już mało osób wpadło. Wcześniej zabezpieczyliśmy zarówno tekst, jak i podpisy w kilku egzemplarzach.
 
W tym samym dniu wieczorem, wydelegowani przez nas - Mazowiecki i Geremek pojechali z apelem do Gdańska. W dwa dni później pojechał Dziewanowski z drugim egzemplarzem. W pewnym sensie SB przyspieszyło dostarczenie tego tekstu władzy. Został on również szybko doręczony wszystkim redakcjom, korespondentom zagranicznym i oficjalnie przekazany do KC.
 
T. MAZOWIECKI. Jechaliśmy do Gdańska z założeniem dania osobistego świadectwa, przy czym zastanawiałem się, czy nie będzie to tylko jakimś gestem, czy my się tam w ogóle na coś możemy przydać. To nie było takie oczywiste, no bo w końcu ludzie przyjeżdżają z zewnątrz i nie wiadomo, jak zostaną przyjęci. Pytanie wyszło od Wałęsy: w czym nam możecie konkretnie pomóc? I wtedy mój kolega, profesor Geremek powiedział, że możemy pomóc w jakiejś ekspertyzie. I na tym stanęło w pierwszej rozmowie, a... było to gdzieś około l2-tej, l-ej w nocy. Następnego dnia zostało to sformułowane w ten sposób, że należy utworzyć komisję ekspertów. Wtedy moja decyzja była już natychmiastowa, że tak.
 
Istotny moment nastąpił, kiedy zapytano mnie już po utworzeniu tej komisji: "No, a jak długo tutaj z nami będziecie?" I kiedy ja odpowiedziałem, że do końca (a ten koniec był przecież niejasny, niewiadomy), to wtedy już zawiązało się między nami wzajemne zaufanie, ponieważ oni wiedzieli, że będziemy dzielić wspólny los na dobre i na złe.
 
Cel nie był dla mnie rzeczą nową, natomiast rzeczą nową było znalezienie się w takiej sytuacji jak strajk w ogromnym zakładzie pracy, w tak ogromnym środowisku robotniczym, a więc - problem znalezienia wspólnego języka.
 
K. DZIEWANOWSKI. Tadeusz Mazowiecki pojechał wcześniej, a drugi egzemplarz apelu zawieźliśmy do Gdańska jadąc dwoma samochodami. Jeden ja prowadziłem, a jechał tam również Jan Strzelecki i moja żona. Drugi prowadził Wojciech Adamiecki, a jechał z nim Jerzy Stembrowicz.
 
W. ADAMIECKI. (...) trzeba było realizować sugestię profesora Zawadzkiego. Ponieważ w atmosferze przejęcia bardzo źle szło mi sformułowanie myśli na papierze, zwłaszcza poważnie brzmiących, to powiedziałem Kazikowi, o co chodzi. Tuż przed naradą ekspertów w prezydium MKS-u usiedliśmy z boku i Kazik napisał parę słów. Była to kartka do Wałęsy z sugestią, żeby znalazł sposób na oświadczenie dotyczące uznania społecznej własności środków produkcji. Wziąłem kartkę i podszedłem do Wałęsy. On był bardzo zmęczony, tak pół leżał, pół siedział w fotelu. "Co pan mi tu daje?" - zapytał. A trzeba pamiętać, że sala MKS-u była szalenie uwrażliwiona na wszystkie słowa, sformułowania zatrącające oficjalną propagandą. Otóż oświadczenie tego typu: uznajemy społeczną własność środków produkcji, musiało być uznane jako szalenie sloganowe, ale tym niemniej wyższa konieczność jest wyższą koniecznością. Wałęsa kartkę przeczytał i powiedział: "Dobrze, to my się zastanowimy". "No to dobrze, to dziękuję" - usiadłem z boku, niech się zastanawiają, to już jest ich sprawa. I dopiero w dwa dni później MKS, przy okazji jakiegoś oświadczenia, w innych "resztą sprawach, umieścił to stwierdzenie o uznaniu społecznej własności środków produkcji. Tak to zostało mądrze zredagowane, że nie robiło wrażenia niczego nachalnego.
 
K. DZIEWANOWSKI. Z naszej załogi dwóch ludzi: Strzelecki i Stembrowicz natychmiast dołączyli do grupy ekspertów. Adamiecki zajął się pracą dziennikarską, ja natomiast wręczyłem tekst naszego apelu Lechowi Wałęsie i potem uczestniczyłem w pracach prezydium... Były to gorące chwile. Musiałem nawet pewne rzeczy napisać, które później posłużyły przy rokowaniach. Poza tym chłonąłem atmosferę stoczni.
 
Po 24 godzinach musiałem wracać do Warszawy. Swoje już zrobiłem, a nie chciałem tylko siedzieć i jeść ich strajkowy chleb, niewiele wnosząc. Miałem natomiast masę zajęć w Warszawie. Dalej trwały prace DiP-u, dalej walczyliśmy o to, żeby uruchomić działalność w Zarządzie Głównym Związku Literatów. Sytuacja była bardzo niejasna.
 
A. HAJNICZ. Efektem apelu intelektualistów były dwie rzeczy. Dostaliśmy wiadomość z Gdańska, że komitet strajkowy przyjął go jako wyraz poparcia..., a z drugiej strony dowiedzieliśmy się, że dwa fragmenty naszego apelu znalazły się w przemówieniu Gierka na plenum KC. Równocześnie nastąpił przełom w stosunku władzy do strajkujących. Wydaje mi się, że to był moment, kiedy władze brnęły w ślepy zaułek i trzeba było jakiegoś pretekstu, żeby się zatrzymać, żeby się zastanowić. I być może apel temu posłużył. W każdym razie wtedy odwołano wicepremiera Pykę i do Gdańska pojechał Jagielski. I Jagielski dzwoni wieczorem do dwóch naszych kolegów, prosi o wyznaczenie kilku ekspertów w porozumieniu z Komitetem Strajkowym. Mieliśmy bardzo mało czasu na ich wyłonienie. Pamiętam, że w którymś mieszkaniu zebrała się grupa osób, która miała wyjechać do Gdańska. Listę ustalił już wstępnie Mazowiecki w porozumieniu z Komitetem Strajkowym, ale myśmy mieli możność jeszcze ją dopracować... Na tym zebraniu byli nie tylko ci, którzy mieli jechać, ale także i inni koledzy biorący udział w opracowaniu apelu. Był Waldek Kuczyński, był też Tadeusz Kowalik, który stanął później na czele wyjeżdżającej grupy. Jagielski powiedział, że wszystko na miejscu będzie już załatwione... nawet miejsca w hotelach... Na lotnisku zaczęły się dziać jednak dziwne rzeczy. Okazało się, że cała grupa, która miała na prośbę wicepremiera pojechać do Gdańska, została przez milicję zgarnięta na komisariat. Oczywiście jako osoby towarzyszące zaczęliśmy od razu dzwonić tu i ówdzie i po jakiejś godzinie przyjechał pułkownik milicji, strasznie ich przepraszając. W tym czasie samolot już odleciał. Zaczęły się starania o jakiś specjalny... To już była przesada, bo z jednej strony dzwoni wicepremier, że wszystko jest OK, a potem przyjeżdża pułkownik milicji, który prosi o wybaczenie i stara się o specjalny samolot.
 
K. DZIEWANOWSKI. Tadeusz Mazowiecki razem z Bronisławem Geremkiem przyjechali do Gdańska w piątek, 22 sierpnia. W niedzielę rano, tego dnia, kiedy myśmy się tam pojawili, przyleciała z Warszawy dalsza grupa ekspertów. Był tam Wielowieyski, Kowalik, Jadwiga Staniszkis, Bohdan Cywiński... .
 
T. MAZOWIECKI. Naszym zadaniem stało się przetłumaczenie 21 postulatów na język negocjacji, na język konkretów, które z tych ogólnych sformułowań wynikają, na pokazanie różnych wariantów. To znaczy: jeżeli się powie "tak" w jakiejś sprawie, to co z tego wynika i możliwie szerokie naświetlenie tego prezydium MKS. Weszliśmy w rolę ludzi, którzy starają się pokazać różne alternatywne rozwiązania: pułapki, niebezpieczeństwa, jak należy pewne sprawy stawiać itd. W tym sensie była to praca, jaką powinno się wykonać przy ekspertyzie. Przy czym była to pewnego rodzaju ekspertyza polityczna, a nie tylko ściśle fachowa. Już w toku negocjacji nasz udział w rozmowach z Komisją Rządową nie różnił się od udziału członków prezydium MKS-u. Był też walką o realizację przyjętych postulatów. Zaufanie do nas było absolutnie pełne. Przynajmniej tak je odczuwałem. Spotkaliśmy się z ogromną serdecznością. Odbywały się przecież różne narady, posiedzenia, które wymagały tego zaufania, posiedzenia rozważające różne możliwości, ewentualności, których to posiedzeń jeszcze żaden zapis nie zna i nikt o nich jeszcze nie pisał. Myślę, że to zaufanie zdało swój egzamin.
 
A. HAJNICZ. Przez cały czas staraliśmy się utrzymywać kontakt z ekspertami. Im były przecież potrzebne różne dokumenty, materiały, które trzeba było podsyłać. Były więc ciągłe jazdy tam i z powrotem, techniką kurierów...

Przypisy:

1/ Tadeusz Kowalik, Próba kompromisu (O Komisji Ekspertów MKS w Gdańsku). "Zeszyty Literackie", Paryż 1983. Wyd. Krajowe: Biblioteka "Tygodnika Wojennego" bmw., bdw.
Wa1demar Kuczyński, Droga do stoczni gdańskiej (Wspomnienia eksperta MKS - część I), Aneks nr 31, 1983.
W Gdańsku zaczęło się 14 sierpnia. Z Jerzym Kołodziejskim rozmawia K. Grabowski, Polityka nr 34,1983.
Neal Ascherson, The Polish August, Penguin Books 1982.
2/ Kowalik., op. cit.
3/ Tamże.
4/ Kowalik. op. cit. 
5/ Tamże.
6/ Tamże.
7/ Kuczyński, op., cit.
8/ Tamże.
9/ Kowalik, op., cit.
10/ Tamże.
11/ Tamże.
12/ Tamże.
13/ Kowalik, op., cit.
14/ Relacja autora.
15/ Kowalik, op., cit.
16/ Waldemar Kuczyński, Obóz, Wydawnictwo „Krąg” 1982.
17/ Kowalik, op., cit.
18/ Relacja ustna J. Staniszkis.
19/ Kowalik, op., cit.
20/ Relacja ustna J. Staniszkis.
21/ Lech Bądkowski, Przypiski do historii, Zapis nr 17.
22/ Kowalik, op., cit.
23/ Kuczyński, op., cit.
24/ Tamże.
25/ Kowalik, op., cit.
26/ Kuczyński, op., cit.
27/ Wywiad zdjęty przez cenzurę z „Tygodnika Powszechnego”, Kultura nr 5 z 1983 r.
28/ Kowalik, op., cit.
29/ Tamże.
30/ Kołodziejski, op. cit.
31/ Andrzej Micewski, Kardynał Wyszyński: Prymas i mąż stanu. Editions du dialogue, Paris 1982.
32/ Trybuna Ludu z dnia 27.08.1980.
33/ Ascherson, op., cit.
34/ Nowe Drogi, wrzesień 1980.
35/ Ascherson, op., cit.
36/ Kołodziejski, op. cit.
37/ W latach sześćdziesiątych Bronisław Geremek był dyrektorem polskiego Instytutu Kulturalnego w Paryżu, członkiem ezgekutywy KU PZPR Uniwersytetu Warszawskiego oraz redaktorem tygodnika "Argumenty". Tadeusz Kowalik był w swoim czasie redaktorem naczelnym "Życia Gospodarczego" oraz dziekanem w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR.
38/ Kowalik op., cit.
39/ Kowalik op., cit.
40/ Kowalik op., cit.

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Ludwik Dom, SIERPIEŃ'80. MECHANIZMY GRY PO LITYCZNEJ, Głos nr 47, Warszawa 1986 r.