You are here

BŁONA PRZEPUSZCZALNA - O SPRAWIE FOZZ MÓWI JERZY PRZYSTAWA

  • Minęło właśnie osiem miesięcy od czasu, jak razem z Mirosławem Dakowskim złożył Pan na biurku ówczesnego prokuratora generalnego prof. Wiesława Chrzanowskiego oficjalne powiadomienie o przestępstwie. Pisaliście w nim, że na podstawie przedstawionych dokumentów można wnioskować, iż mamy do czynienia z niekontrolowanym wypływem pieniądza z naszego kraju, grabieżą, osiągającą kwoty wielu miliardów dolarów. Jednym z mechanizmów umożliwiających ów niekontrolowany wypływ był system Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. W konkluzji Waszego pisma do prokuratora generalnego czytamy: "Czujemy się w obowiązku uczynienia wszystkiego, aby było niemożliwym dalsze tuszowanie i przemilczanie tych spraw, aby fakt grabieży został ujawniony, a sprawcy i współwinni pociągnięci do odpowiedzialności". Wydaje się, że przynajmniej częściowo postulat ten został spełniony, sprawa FOZZ stała się głośna.
  •  
  • Owszem, stała się głośna, ale na tej zasadzie, że jest skandal, że jest jakaś afera. Obawiam się, że opinia publiczna nadal nie wie, o co naprawdę chodzi. Ani nie zostały podliczone straty, jakie Polska poniosła, ani nie ustalono, kto za to odpowiada, ani nie ma pewności, że ten grabieżczy proceder został przerwany. Można jedynie powiedzieć, że sprawa FOZZ została uznana, mniej więcej powszechnie, za aferę. W prasie warszawskiej różnych odłamów o FOZZ- ie się mówi, dzięki wysiłkowi Mirka Dakowskiego, który uparcie kołacze do wszystkich redakcji, do wszystkich dziennikarzy i ludzi pióra, pojawił się cały szereg różnych prasowych wywiadów, komentarzy, opinii. Było kilka audycji telewizyjnych, w których obok Dakowskiego wypowiadali się prawnicy, ekonomiści, dziennikarze; wypowiadała się również wdowa po Michale Falzmannie - Izabella Falzmannowa. Poza Warszawą sprawie FOZZ nie poświęca się właściwie większej uwagi. Ciekawostką jest tutaj Dolny Śląsk, gdzie jedynie "Gazeta Robotnicza" dwukrotnie usiłowała na ten temat ze mną rozmawiać. Można powiedzieć, że nie zostaliśmy uznani za wariatów, którzy poruszają problem zupełnie nie wart wzmianki, natomiast daleko jeszcze do wyjaśnienia całej sprawy. Mamy bowiem do czynienia z akcją dezinfomacyjną - świadomą lub nieświadomą. W publikatorach usiłuje się stworzyć wrażenie, że owszem, jest coś takiego jak afera FOZZ, jakieś pieniądze są nierozliczone, jacyś ludzie są za to odpowiedzialni, ale właściwie polska rzeczywistość jest nabrzmiała aferami, jest to koszt przechodzenia od socjalizmu do kapitalizmu itd., itp. W końcu roku różne gazety urządzają nawet ranking afer. Gdzieś między aferą wódczaną a tytoniową plącze się w tych "przeglądach" również afera FOZZ; jedne pisma o niej wspominają, inne pomijają milczeniem. To, oczywiście, jest niesłychanie groźne. Oznacza bowiem, że mamy do czynienia z sytuacją, w której ta część elit politycznych, która wzięła odpowiedzialność za losy tego kraju, świadomie lub nieświadomie, bierze udział w dezinformowaniu społeczeństwa odnośnie tego, o co naprawdę przy przejęciu władzy w Polsce chodziło, nie mówi się, jaki jest stan finansów na dzień dzisiejszy i jaki będzie na dzień jutrzejszy. Sam premier Olszewski w swoim expose stwierdził, że potrzeba mu dwóch miesięcy na to, by zorientować się, jaki jest stan finansów Polski. To wszystko razem składa się na to, że sprawa FOZZ nadal jest zagmatwana, niejasna, rzecz ulega całkowitemu rozmyciu.

 Mówił Pan, że mamy tutaj do czynienia z celowymi działaniami dezinformacyjnymi. Dlaczego tak się dzieje? Jaki byłby rzeczywisty cel takiej akcji?
 
- No właśnie, pytanie bardzo zasadne. Tu trzeba, oczywiście, posługiwać się różnymi domysłami, dlaczego to dziennikarze, których obowiązkiem jest pisanie prawdy i służenie krajowi, nagle zmieniają liczby o trzy rzędy wielkości, zamiast o miliardach piszą o milionach itd. (vide artykuł Piotra Pacewicza w "Gazecie Wyborczej", gdzie liczbę 175 milionów dolarów, przepisuje się bez trzech zer). Może warto w tym miejscu przytoczyć pewien fakt. Mianowicie pan Dariusz Przywieczerski, były szef "Universalu" - jednej z głównych firm w systemie FOZZ, służącej jako operator wyprowadzania pieniędzy z Polski, uważany przez tygodnik "Wprost" za jednego z najbogatszych ludzi w kraju, okazał się dobroczyńcą nie tylko Lecha Wałęsy, przekazując na jego kampanię prezydencką 120 milionów złotych, ale również Unii Demokratycznej, której na kampanię wyborczą dał 200 milionów złotych i Kongresu Liberalno-Demokratycznego - ten otrzymał 100 milionów. W przekazywaniu pieniędzy dla Unii pośredniczył dziennikarz "Gazety Wyborczej". To właśnie "Gazeta Wyborcza", która wcześniej o całej sprawie jakoś dziwnie nie usiłowała rzetelnie informować, przed samymi świętami Bożego Narodzenia objawiła nagle, że znalazły się pieniądze FOZZ! Cudownym zdarzeniem losu i dzięki śledczemu węchowi pana Jacka Kalabińskiego w Nowym Jorku odkryto, gdzie znajduje się 1 milion 232 tysiące dolarów, o których zagarnięcie jest ponoć oskarżony były dyrektor generalny FOZZ Grzegorz Żemek i jego zastępca Janina Chim. A więc po pierwsze: tworzy się wrażenie, że w sprawie FOZZ chodzi o jakiś "bagatelny" milion dolarów, po wtóre: tworzy się alibi dla osadzonych w areszcie Żemka i Chim - no bo skoro pieniądze się odnajdują, to w zasadzie sprawy nie ma...
 
- Ciekawe w tym wszystkim, że raport NIK w sprawie FOZZ nie został przedstawiony opinii publicznej. W zasadzie jedynie "Gazeta Robotnicza" poświęciła mu więcej miejsca.
 
- "Gazeta Robotnicza'" zrobiła wielką sensację wokół tego, że publikuje raport NIK, a przecież tego raportu nie opublikowała! Zrobiła z tego wyimki, z których zupełnie nic nie wynikało. Tymczasem raport NIK jest dokumentem, w którym znajduje się całkiem przyzwoita porcja wiedzy o tym, jak funkcjonował i co robił FOZZ. To, że nie jest on popularyzowany, co więcej, nikomu nie chce się w sposób dokładny go odczytać - dla mnie jest jasne. Wymienieni są tam bowiem, z imienia i nazwiska, ludzie odpowiedzialni za sprawę FOZZ, a więc wymieniony jest były minister finansów Leszek Balcerowicz i jego poprzednik Andrzej Wróblewski, wymienieni są wiceministrowie finansów p.p. Dąbrowski, Sawicki i Misiąg, wymieniony jest były prezes Narodowego Banku Polskiego pan Wójtowicz. Jest cały szereg nazwisk ludzi, których raport NIK wskazuje jako odpowiedzialnych za to, co się stało z finansami państwa, za bałagan w księgowości, za chaos w dokumentacji umożliwiający nie kontrolowany wypływ dewiz z kraju. Raport nie ustala, jakie pieniądze zostały w ten sposób zagrabione, ponieważ stwierdza, że dokumenty przedstawione NIK-owi są nieweryfikowalne! A więc NIK badając przez kilka miesięcy tę sprawę nie był w stanie zweryfikować dokumentów w tak ważnej sprawie! Już samo to jest przestępstwem, wszystkie wymienione wyżej osoby musiałyby odpowiadać przed sądem za doprowadzenie do sytuacji, w której zostało narażone bezpieczeństwo finansowe państwa. Co istotne, raport NIK ogranicza się właściwie do tropienia jednej sprawy, jednego wątku, a mianowicie, jakie pieniądze wypłynęły z Polski poprzez FOZZ jako instytucję. Natomiast nie mówi o tym, a tu chodzi o dużo większe kwoty, jakie pieniądze zostały wyprowadzone z Polski poprzez s y s t e m FOZZ, system, któremu sprzyjał i sterował FOZZ.
 
- No właśnie, dlaczego sprawa FOZZ jest tak ważna? W czym leży istota problemu?
 
- Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego był najważniejszą instytucją finansową PRL-u. PRL-u no i III Rzeczypospolitej. Po pierwsze, zajmował się on najpoważniejszą ze spraw finansowych kraju, czyli zadłużeniem zagranicznym, które wynosi prawie tyle, ile wynosi dochód narodowy. Po drugie, o jej wadze świadczą nazwiska ludzi, którzy FOZZ-em kierowali i byli za niego odpowiedzialni. Tego nie można porównywać z aferą wódczaną czy jakąkolwiek inną aferą. To było samo jądro systemu finansowego Polski. Z jednej strony FOZZ wyprowadził około miliarda dolarów pod szyldem obsługi zadłużenia zagranicznego (w tym wykupując m.in. na wtórnym rynku polskie długi), z drugiej zaś dużo ważniejszą rzeczą jest to, co FOZZ umożliwiał, jak funkcjonował, że właściwie można powiedzieć - był pompą ssąco-tłoczącą, która działała tylko w jedną stronę, wysysając dolary z kraju i transferując je za granicę. Nie chodzi nawet o to, ile sam FOZZ transferował, ale przede wszystkim o tę niesamowitą nić pajęczą, która go oplatała, o te wszystkie powiązane z nim instytucje - "Universal", „Impex-metal”, "Polimex-cekop", cała masa firm i spółek, które były powiązane z FOZZ-em nićmi personalnymi; one pod przykryciem i przy aprobacie FOZZ wyprowadziły jeszcze większe kwoty. Przykład: FOZZ, który miał nieograniczone możliwości w zakresie transferu i skupywania dewiz, pożyczał od jakiejś firmy, powiedzmy, milion dolarów i transferował go za granicę jakoby w ramach obsługi zadłużenia. FOZZ płaci z budżetu państwa tej firmie równowartość w złotówkach. Ta lokowała pieniądze w banku polskim na wysokooprocentowanym koncie. Po np. dwukrotnym zwiększeniu tej kwoty firma ponownie kupowała dolary - zaznaczmy, po nie zmienionej cenie - i transferowała je za granicę. W efekcie z kraju wypłynęły 3 miliony dolarów. To jest efekt netto, to jest cała istota funkcjonowania FOZZ. Ile takich operacji przeprowadzono? Dlaczego nie ma w tej sprawie żadnej dokumentacji? To są pytania, które powinien postawić prokurator.
 
- Wiem, że wspólnie z Mirosławem Dakowskim i Izabelą Falzmannową pisze Pan książkę o aferze FOZZ.
 
- Tak, usiłujemy napisać i przygotować do druku książkę w sprawie FOZZ. Doszliśmy bowiem do wniosku, że trzeba to wszystko jakoś usystematyzować i przedstawić opinii publicznej w formie druku zwartego. Dzieją się w związku z tym jakieś dziwne rzeczy. Jeszcze przed świętami Mirek Dakowski zwrócił się oficjalnie do prokuratora generalnego z żądaniem ochrony rodziny ś.p. Michała Falzmanna, gdyż było już kilka włamań do mieszkania Izabelii Falzmannowej. Dziwnym trafem ginęły wówczas manuskrypty, zapiski i maszynopis wspomnień, które wdowa pisała o swoim mężu. Znamienna jest również historia Marcina Dybowskiego, niezależnego dziennikarza, który "karierę" rozpoczynał jeszcze w podziemiu, a który zaproponował wydanie naszej książki. Otóż, kiedy umówił się on telefonicznie z Dakowskim po odbiór przygotowanego maszynopisu, po wyjściu z biura Dakowskiego zauważył, że jest śledzony. Przez kilka godzin za jego tarpanem jeździł biały polonez. W pewnym momencie polonez zatrzymał się, a zaraz potem Dybowski został zatrzymany przez „drogówkę". Razem ze swoim kolegą, pobity i skuty kajdankami, został zawieziony na komisariat i zatrzymany na 48 godzin. Tam zaś sporządzono raport, że to on napadł na policjantów (sprawę skierowano do sądu). Dziwnym trafem z depozytu aresztu zginęły kluczyki do samochodu Dybowskiego. Potem okazało się, że zginął także sam samochód - odnaleziono go na drugi dzień poza Warszawą. Przepadły pieniądze, przepadł maszynopis książki. Oczywiście, nie był to jedyny egzemplarz, istnieje wiele kopii maszynopisu naszej książki i nie da się nas powstrzymać przed jej publikacją.
 
- A jak sprawy się mają z Fundacją Pamięci Michała Falzmanna?
 
- Wniosek o zarejestrowanie fundacji leży już w sądzie. Jeszcze przed jego złożeniem byliśmy razem z Mirkiem Dakowskim u wiceprokuratora generalnego, którego usiłowaliśmy przekonać o potrzebie prowadzenia śledztwa również za granicą. W czasie, kiedy o tej sprawie mówimy, uzyskaliśmy cały szereg sygnałów o tym, jak pieniądze FOZZ wędrowały po świecie i gdzie wędrowały, jacy ludzie byli wspólnikami tego procederu. Okazało się jednak, że prokuratura jest za biedna, żeby mogła prowadzić śledztwo za granicą. Między innymi świadomość tego faktu, iż państwo polskie jest takie biedne i nie jest w stanie bronić się przed grabieżą finansową, spowodowała, że powołaliśmy do życia i usiłujemy zarejestrować Fundację Pamięci Michała Falzmanna. Liczymy na to, że jeżeli te fakty dotrą do świadomości Polaków, może oni złożą się i przyczynią - do wypracowania samoobronnych mechanizmów.
 
- Jak ta cała sprawa z FOZZ-em się skończy/? Jaki będzie, Pańskim zdaniem, jej epilog? Czy w ogóle ten epilog będzie?
 
- Z tego, co się tutaj dzieje wokół sprawy FOZZ, widzimy, że uderzyliśmy w rzecz niesłychanie istotną i czułą. Gdyby rzeczywiście chciano się zabrać za całą tę sprawę, gdyby rzeczywiście chciano przeszkodzić temu rabunkowi, przeciwstawić się temu, co się dzieje z finansami państwa, to przede wszystkim już dawno odsunięto by od wpływów tych ludzi, którzy są za to odpowiedzialni. Ludzi, którzy doprowadzili do takiej sytuacji, że polska granica stała się taką błoną półprzepuszczalną, która przepuszcza dolary płynące szerokim strumieniem tylko w jedną stronę. Tymczasem nic takiego się nie dzieje, ludzie ci nadal funkcjonują na prominentnych stanowiskach, nadal mają wpływ na politykę finansową państwa. Dyrektor generalny FOZZ Grzegorz Żemek, zanim poszedł do więzienia, już po zwolnieniu go z funkcji, był doradcą likwidatora FOZZ! Przecież nawet przy zmianie ekipy rządowej premier Olszewski oddał rządy panu Balcerowiczowi. A więc jednak człowiek odpowiedzialny za sytuację finansową państwa nadal sprawował swój urząd. Mało tego, pełnił po dymisji Bieleckiego obowiązki premiera! Poza tym należałoby, co od początku postulowaliśmy, powołać nadzwyczajną komisję - sejmową czy jakąś inną, z dużymi pełnomocnictwami, która zweryfikowałaby wszystkie umowy, jakie państwo polskie zawarło w ciągu ostatnich lat. Na razie nic nie wskazuje na to, żeby działania szły w tym właśnie kierunku. Oczywiście, w Katedrze Spiskowej Teorii Dziejów, w której jestem tylko skromnym asystentem, zauważono dawno, że być może sprawa FOZZ i sprawa wyprowadzenia tych pieniędzy to jest haracz, kontrybucja, jaką Polska płaci za rewolucyjne przemiany, które zostały tutaj dozwolone. Tygodnik „Wprost" informuje za "Sunday Times", że KPZR przed swoim rozwiązaniem wyprowadziła z Sojuza około 30 miliardów dolarów i ulokowała je na różnych tajnych kontach w bankach zachodnich. Można się zupełnie racjonalnie domyślać, że jednym z elementów tej operacji była również Polska, na którą jakąś kontrybucję nałożono. W ramach tej teorii ludzie tacy jak pan Bagsik czy Gąsiorowski niekoniecznie są przestępcami. Być może są oni po prostu funkcjonariuszami państwa, wykonującymi zobowiązania podjęte przez kogo innego. Ale to, jak mówię, jest teoria w kategorii spiskowej wizji dziejów. Co prawda logika pozwalałaby takie obrazy konstruować, no ale, jak wiemy od Lecha Wałęsy nie od wczoraj, "w polityce logika nie zawsze funkcjonuje, a nawet bardzo rzadko". Właściwie kiedykolwiek dochodzi się do jakiegoś wniosku logicznego na podstawie zebranych faktów, trzeba go natychmiast odrzucić, żeby nie zostać posądzonym o hołdowanie spiskowej wizji dziejów. Ja niestety jestem fizykiem, logika to jest mój oręż, do którego od dziecka mnie przyuczano i bez niego nie umiem się obejść. No ale w sytuacji, kiedy logiczne myślenie jest całkowicie nieprzydatne, a nawet zabronione, jeśli się nie chce być posądzonym o hołdowanie... itp.), to cóż pozostaje? Chyba tylko dialektyka, którą już dawno mieliśmy porzucić. Czysta rozpacz.

  • Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Stanisław Sauć

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Solidarność Walcząca nr 2 (288) Rok XI Luty 1992 roku.