You are here

Człowiek, który przeżył własną legendę

W naszych czasach, gdy przywódcy polityczni otaczają się miernotami, gdyż jedynie wśród nich czują się bezpiecznie i tylko na ich tle mogą górować nad otoczeniem, redaktor Jerzy Giedroyc błyszczał zawsze światłem swych współpracowników, co dowodzi jego dużych zdolności organizacyjnych i kierowniczych. „Kultura” skupiła wokół siebie elitę intelektualną kraju i przez wiele lat była symbolem walki z komunizmem, a Jerzy Giedroyc słynął z nieprzejednanej postawy. Po „okrągłym stole” doszło jednak do dziwnego zwrotu: redaktor udzielił poparcia politycznego prof. Ewie Łętowskiej, a następnie prof. Zielińskiemu, po czym za najbliższą sobie uznał „Unię Pracy”, partię o częściowo komunistycznym rodowodzie, by wreszcie obdarzać swym autorytetem Aleksandra Kwaśniewskiego. Dlaczego „Kultura” przeszła na drugą stronę barykady?

Technik władzy

Jerzy Giedroyc był technikiem władzy i swą strategię podporządkowania obronie niepodległości i służącej temu celowi polskiej polityce wschodniej, sprowadzał zawsze do taktyki. Takie podejście umożliwiało mu popieranie wszystkich tendencji, które osłabiały w danym momencie imperium sowieckie. Instrumentalne traktowanie polityki miało jednak swoje negatywne skutki uboczne. „Kultura” walczyła właśnie z Sowietami, a nie z komunizmem, który choć odrzucała, uważała za mniejszego wroga. Jak pisał Kot Jeleński do Jerzego Giedroycia 11 sierpnia 1955 roku: „zgadzam się zupełnie z Panem, że „Kultura” winna prowadzić walkę z ustrojem sowieckim, a nie z komunizmem jako takim” (3, s. 203).

Oto jak Redaktor naszkicował swój plan obalenia imperium sowieckiego w listach do Andrzeja Bobkowskiego. 8 marca 1949 roku pisał, iż nie chce tworzyć jeszcze jednego ruchu, ale „po prostu zacząć stawiać konkretne zagadnienia, których się wszyscy boją poruszać, jak przykładowo: federacja z Litwą, a co z Wilnem, Ukraina, ale jak to pogodzić z traktatem ryskim. (...) Stosunek do narodu rosyjskiego, a wreszcie co z Niemcami (...) chcę stać się omnibusem emigracji” (2, s. 76).

Jerzy Giedroyc nie był więc ideologiem. Politykę rozumiał jako załatwianie konkretnych problemów, przede wszystkim zaś dążył do normalizacji stosunków z naszymi sąsiadami na zasadzie powojennego status quo. 3 grudnia 1955 roku pisał: Moją ambicją było stworzyć trybunę i myśli politycznej i kulturalnej (2, s. 313).

27 stycznia 1957 roku wyjaśnił swoją taktykę rozkładania pracy na etapy: najpierw trzeba stworzyć warsztat pracy niezależny i funkcjonujący, z tym że objąłby emigrację i miał pewne chody na terenie międzynarodowym. Potem postarałem się przez 6 lat (...) zdobyć sobie pozycję w kraju. Gdy tę sytuację zdobyłem, (...) to staram się nie tracąc nic ze swojej niezależności, przylegając jak najściślej do kraju, pchać go w określonym kierunku. Określony kierunek to jest maksymalne usamodzielnienie się od Sowietów, podniesienie stopy życiowej ludności i rozbudowanie warstwy drobnomieszczańskiej oraz przez miesięcznik syndykalistyczny, który teraz myślę założyć, warstwy robotniczej o orientacji (...) labourzystowskiej. Lansując koncepcję zdemilitaryzowania i zneutralizowania Europy Środkowej i Wschodniej nie tylko przyspieszam usamodzielnienie się kraju, ale powstanie federacji europejskiej. Jak to osiągniemy, to wrócimy do starych baranów, to jest do Ukraińców, by podgryzać Rosję nadal. Nie tylko zresztą Ukraińców, ale przez istniejące możliwości polskie na Środkowym Wschodzie i Azji również i na tamtym terenie” (2, s. 407–408).

Celem ostatecznym dla Jerzego Giedroycia pozostawało więc zawsze rozbicie Sowietów, co zgodnie z dawną koncepcją Józefa Piłsudskiego stanowiłoby gwarancję trwałej niepodległości Polski. Zawsze pozostał aktualny plan, który w roku 1950 Redaktor przedstawił Burnhamowi, o czym pisał do Bobkowskiego: „starałem się wytłumaczyć, że w obecnej sytuacji nic już nie można zrobić poza rozpoczęciem totalnej dywersji w stosunku do Sowietów. Trzeba Rosję za wszelką cenę rozłożyć, nie według jakiejś koncepcji, ale po prostu wykorzystać każde słabe miejsce, każde zagadnienie, czy to będzie narodowościowe, czy socjalne, czy ekonomiczne” (2, s. 131).

ULB

Przemyślane poglądy polityczne miał Jerzy Giedroyc jedynie w sprawie roli Polski na Wschodzie. Koncepcja Polski piastowskiej była mi z gruntu obca. Uważałem ją za pomniejszanie Polski... Polska nie potrafi być ani mocarstwem, ani Czechosłowacją. Próby odgrywania każdej z tych ról prowadzą jedynie do chaosu (1, s. 42). Dlatego: Naszym głównym celem powinno być znormalizowanie stosunków polsko–rosyjskich i polsko–niemieckich przy jednoczesnym bronieniu niepodległości Ukrainy, Białorusi i państw bałtyckich, i przy ścisłej współpracy z nimi (1, s. 228). 9 czerwca 1980 roku Redaktor pisał do Jeleńskiego: W moim przekonaniu głównym celem „Kultury jest utrzymanie roli i znaczenia Polski w Europie Wschodniej. Zastąpienie zbankrutowanej idei jagiellońskiej i koncepcji federacyjnych przez promieniowanie kulturalne i polityczne. Dążenie do uczynienia w przyszłości z Polski swego rodzaju zwornika w tej części Europy. Dlatego najpierw należało „oczyścić przedpole”, czyli zaakceptować powojenne granice (3, s. 433).

Jerzy Giedroyc to polityk rozumujący w skali całej Europy Wschodniej, stając się w ten sposób prekursorem zjednoczonej Europy. Starał się o utworzenie Uniwersytetu wschodnioeuropejskiego, zorganizowanie w ramach armii europejskiej międzynarodowej brygady środkowo–wschodnioeuropejskiej (Kultura 11/1951). Wydał antologię literatury ukraińskiej pt.: „Rozstrilane widrodżennia”, która miała przyczynić się do ukraińskiego odrodzenia narodowego, planował też opublikowanie podobnej antologii białoruskiej. U Amerykanów starał się o pieniądze na założenie Domu Wydawniczego o profilu wschodnioeuropejskim (2, s. 634). Działaniom tym towarzyszyły akcje popularyzujące Polskę w Niemczech. „Kultura” stała się w ten sposób ośrodkiem nowoczesnego myślenia o polityce, daleko wykraczając poza przedwojenny nacjonalizm i zaściankowy polonocentryzm.

Najbardziej spójny program wschodni, znany jako idea ULB (Ukraina–Litwa–Białoruś), czyli współpracy z naszymi sąsiadami w walce o niepodległość i oddziaływania politycznego Polski, nie był jednak oryginalną koncepcją Jerzego Giedroycia, lecz jak przyznał sam „najważniejszym składnikiem dorobku” Juliusza Mieroszewskiego. (1, s. 207). Było to też powodem jego niespójności i wewnętrznej sprzeczności.

Idea ULB w swej konsekwencji oznaczała wypieranie z Ukrainy, Litwy, Białorusi wpływów rosyjskich, czego „Kultura” nie chciała oficjalnie przyznać, starając się utrzymać jak najlepsze stosunki z Rosjanami.

Jerzy Giedroyc podkreślał: walczymy z ustrojem sowieckim, ale dążymy do normalizacji stosunków z Rosją i nawiązania współpracy z inteligencją rosyjską. Służyć temu miało wydanie dwu numerów rosyjskich „Kultury” (3, s. 433) oraz utrzymywanie bliskich stosunków z rosyjskimi dysydentami i emigrantami.

Mieroszewski opierał swe analizy przyczyn przyszłego rozpadu Związku Sowieckiego nie na realiach, ale na z góry powziętych założeniach ideologicznych. Uważając, iż mgliście zdefiniowany socjalizm będzie przyszłością krajów imperium sowieckiego, upadek komunizmu wiązał z rewolucją społeczną, a nie z ruchami narodowymi, które z natury musiałyby być skierowane przeciw rosyjskiemu centrum. Rewolucja społeczna musiała natomiast wyjść z Rosji, a więc główną rolę musieliby odegrać w niej Rosjanie, co z kolei utrudniłoby odzyskanie niepodległości przez ULB. „Kultura” nigdy nie widziała sprzeczności między swą koncepcją ULB i polityką porozumienia z Rosją.

Nacjonalizm wyklucza prawicę

Przed wojną chorobą polskiej prawicy był nacjonalizm, który uniemożliwił porozumienie z obywatelami polskimi różnych narodowości, a tym samym skazał Rzeczpospolitą na upadek. Jerzy Giedroyc, słusznie walcząc przeciwko nacjonalizmowi, (a widział w nim zło wyłącznie dlatego, że obracał w niwecz jego plany polityki wschodniej), błędnie utożsamił nacjonalizm z całą prawicą polityczną.

Wspólnym mianownikiem środowiska „Kultury” był strach przed odrodzeniem się nacjonalizmu (3, s. 490). W ten sposób przedwojenne strachy zdominowały stosunek Redaktora do współczesnej Polski, która jednak ze swą poprzedniczką niewiele już miała wspólnego.

W 1950 roku Józef Czapski wyjaśniał w liście do Kota Jeleńskiego, na jaki kierunek polityczny należy liczyć w przyszłości: w razie zmiany sytuacji europejskiej nie można odbudować Europy Wschodniej albo rękami wyłącznie już przekształconych młodych stalinowców, albo wściekłych nacjonalistów, którzy z punktu po upadku bolszewizmu zaczną się wzajemnie wyrzynać. Jedyna forma przygotowania teraz „un esprit europeen” za kurtyną, to zgrupować pod kierownictwem nienacjonalistycznym, liberalnym, kadry młodzieży emigracyjnej (3, s. 24–25). Nacjonaliści zostali więc całkowicie wykluczeni z przyszłych planów, co jak pokazała Jugosławia, było podejściem słusznym. „Przekształconych stalinowców” uznano za możliwych sojuszników prawdopodobnie dlatego, że nie psuli planów wschodnich.

W 1957 roku Kot Jeleński sądził, iż W dzisiejszych warunkach, naturalny rozwój Polski mógłby łatwo pójść w kierunku katolickiego faszyzmu i dlatego widział konieczność podjęcia akcji przeciw obu reakcjom: biurokratycznej [tj. komunistycznej] i katolickiej [tj. nacjonalistycznej] (3, s. 273).

Jeleński trafnie przewidywał, na podstawie doświadczeń włoskich, że w niepodległej Polsce, po okresie przejściowym, powrócą do władzy komuniści: Jestem przekonany, że w razie „wyzwolenia” największe szanse polityczne w Polsce mieliby ludzie, którzy „epuracje” ograniczyliby do Bieruta i jego ministrów. Oczywiście, jeśli nie w pierwszych, to w drugich wyborach „wolnych” w Polsce spore znaczenie osiągnie partia byłych „reżimowców” (czy wystąpi jako narodowi komuniści, czy jako socjaliści, to obojętne) (...) czy nie należy ze strony polskiej na emigracji nawiązać ściślejszego kontaktu z Titem, Bevanem itd. (3, s. 149).

Jeśli przyszłość polityczną w niepodległej Polsce będą mieli wyłącznie lewicowcy („byli reżymowcy”), to kto chce uzyskać wpływ na rozwój wydarzeń i odgrywać jakąś rolę polityczną, powinien nastawiać się na popieranie lewicy, a nawet na związki z narodowymi komunistami. To rozumowanie Jeleńskiego z 1957 roku znalazło swoje zastosowanie w czasach późniejszych, w tym również po „okrągłym stole”.

Między Londynem i Warszawą

Jerzemu Giedroyciowi zawsze zależało na tym, by „Kultura” była czytana w Polsce i oddziaływała na kraj: My chcieliśmy oddziaływać na Kraj a oni [Londyn] od razu budować Polskę emigracyjną, państwo polskie na wygnaniu,... obecną granicę wschodnią Polski zaakceptowaliśmy dość szybko (1, s. 152). W konsekwencji Londyn stał się skansenem Polski przedwojennej i uważając, że wszystko co dzieje się nad Wisłą z definicji jest do niczego (1, s. 153), stracił nań wpływ. „Kultura” natomiast, akceptując przemiany, starała się na nie wpływać, ceną zaś był kompromisowy stosunek do reżymu. Redaktor popierał bezwarunkowe udzielanie kredytów PRL–owi, a nawet był gotów zaakceptować kolektywizację, co miało pomagać polskiemu dążeniu do jak najszerszej autonomii, dopóki imperium sowieckie będzie istniało (1, s. 154).

Jerzy Giedroyć, wychodząc z założenia, iż nie można wymagać od inteligencji polskiej ani świętości ani bohaterstwa, głosił: tylko będąc realistą trzymam się maksymy Piłsudskiego: jak nie ma marmuru, to z gówna trzeba lepić monumenty...(2, s. 313), tzn. oddziaływać na zsowietyzowane elity, w kierunku ich usamodzielnienia się.

Dlaczego rewizjonizm?

W 1950 roku Jerzy Giedroyc przychylił się do zdania Piotra Borkowskiego, wedle którego kompletne opanowanie społeczeństwa przez komunistów zabierze 10 lat. Z faktu, że sowietyzacja postępuje coraz bardziej i jest coraz większa warstwa związana z reżimem na śmierć, gdyż jemu zawdzięcza swój awans społeczny (2, s. 154), Redaktor wyciągnął wniosek, iż wszyscy Polacy staną się komunistami, a więc przyszły opór może wyjść tylko z tego środowiska. Aby rozłożyć władzę, należy zatem popierać nieprawomyślnych komunistów z nadzieją na ich dalszą ewolucję. Nie bez wpływu było tu stanowisko Kota Jeleńskiego, który dopiero w 1955 roku zaskoczony odkrył, iż nie wszyscy Polacy z kraju są komunistami: to co dziwne – po raz pierwszy spotkałem się z antykomunistami polskimi, którzy marzą o Andersie i twierdzą, że Kott, Iwaszkiewicz itd. to pół procent Polski (3, s. 226).

Jak przyznał później sam Giedroyc, rewizjonistów z lat 1960–tych wziął za przedstawicieli całego narodu: Dopiero później zdałem sobie sprawę, że nie jest to bynajmniej, wbrew moim pierwotnym mniemaniom, reprezentacja młodego pokolenia, ale grupa zamknięta i wyizolowana (1, s. 217).

Zerwanie Tity ze Stalinem, Jerzy Giedroyc przyjął jako okazję do osłabienia imperium sowieckiego,. Postawił na komunizm narodowy, choć jednocześnie podkreślał: mój punkt widzenia był dywersyjny (1, s. 155). Redaktor chciał wówczas oddziaływać przez Jugosławię na Polskę oraz cały blok sowiecki i założyć w Belgradzie komunistyczną Wolną Europę. W styczniu 1951 roku pisał, iż potrzebny mu jest przyzwoity młody skrajny lewicowiec, by wykręcić audycje polskie w Belgradzie (2, s.167). Gdy doszło do rozejścia się Tity i Milovana Dżilasa, Giedroyc wysłał do Jugosławii Zygmunta Hertza i Stempowskiego, by nawiązali kontakt z pierwszym rewizjonistą.

W sierpniu 1953 roku Jerzy Giedroyc pisał: Ideałem byłoby wytworzenie jakiejś grupy lewicowej polskiej. (...) To będzie można zrobić tylko z ludzi z kraju. (...) Nasza rola jest tylko rolą inspiratorów. (...) Narodowy komunizm w tej sytuacji taktycznie jest wygodny i potrzebny. Taktycznie trzeba też wykorzystać Jugosławię. (...) (3, s. 154).

W czerwcu 1956 roku Redaktor pisał do Jeleńskiego, iż sam nie może grać kartą komunistyczną, ale chętnie by taki kierunek widział w kraju (3, s. 247). Dlatego „List do Partii” Kuronia i Modzelewskiego, uznał za „dobrą dywersję w stosunku do partii” (1, s. 217). Rewizjonistami chciał się więc posłużyć do rozbicia komunizmu.

Po Październiku Jerzy Giedroyc uważał, że stworzenie ośrodka rewizjonistów na Zachodzie byłoby skutecznym pociągnięciem destabilizującym obóz sowiecki. Dlatego starał się o powierzenie Leszkowi Kołakowskiemu katedry w Paryżu. Miałby on pozostać na Zachodzie i zorganizować nową Międzynarodówkę (1, s. 189). Jeszcze w styczniu 1958 roku Redaktor starał się namówić [Amerykanów], by umożliwili wyciągnięcie z kraju kilkudziesięciu „z gazem” facetów (...) do Paryża. Trzeba by stworzyć nowy ośrodek rewolucyjny i zdynamizować emigrację. Jakby były pieniądze, to można by takich ludzi znaleźć wśród „rewizjonistów” (2, s. 498).Plan ten nie powiódł się, ponieważ Amerykanie odmówili sfinansowania go. W maju 1958 roku Michael Josselson wyjaśnił Jeleńskiemu, że „próby stworzenia poza Polską centrum rewizjonistycznego stanowią fałszywą politykę” i dlatego Kongres Kultury nie będzie dawał stypendiów, które by to umożliwiły (3, s. 289). Podobnie jak Amerykanie, również Jeleński był przeciwny wydawaniu na Zachodzie pisma rewizjonistów: rewizjonizm ... pozostawiony w polskim życiu, wewnątrz bloku – mógłby być kiedyś ważnym zaczynem. (3, s. 283)

Rewizjoniści więc, a nie antykomuniści, mieli stać się bazą dla przyszłego obozu niepodległościowego w Polsce. Takie podejście siało dywersję w obozie komunistycznym, a nawet przyniosło duże sukcesy. Popularyzowało „Kulturę” wśród młodej inteligencji partyjnej, przyczyniając się do pozytywnej ewolucji jej części, ale jednocześnie umacniało błędne mniemanie, iż wyjściem z sytuacji jest jakieś partyjne odchylenie i jego ewentualna ewolucja.

We wrześniu 1957 roku Redaktor pisał do Bobkowskiego o ustroju panującym w Polsce: są to ludzie bardzo porządni (jak Gomułka, ale półinteligenci i doktrynerzy), i zdemoralizowana demokracja partyjna i państwowa. Społeczeństwo zaś jest na dnie. ... Gomułki nie trzeba kochać, ale trzeba go pchać w odpowiednim kierunku. Taka akcja daje rozkład partii i próbuje coś wykrzesać ze społeczeństwa (2, s. 482).

Na elity partyjne Jerzy Giedroyc chciał oddziaływać poprzez rewizjonistów, natomiast na lud przez lewicowy katolicyzm, dla którego wzorcem miał stać się francuski ruch księży–robotników (prźtres–ouvriers). Ambicje Redaktora były tak wielkie, iż wyobrażał sobie, iż ogarnie on całą Europę Wschodnią (3, s. 156).

W 1957 roku Jerzy Giedroyc liczył, że Prymas Wyszyński umieści w Sejmie 40 posłów katolickich. Polityka obecności symbolicznej bardzo go rozczarowała, uznał więc katolików za kompletnych minimalistów, pragnących jedynie współpracować z reżimem i w tym sensie gorszych od partyjnych rewizjonistów (1, s. 189).

Trafny okazał się postulat rozwoju ruchu robotniczego, choć możliwy stał się do zrealizowania dopiero w latach 1970–tych. W roku... Redaktor pisał, iż „należy położyć (...) nacisk na rozbudowanie ruchów socjalnych w kraju”.

Taktyka zamiast obrony imponderabiliów, dawała rezultaty praktyczne, ale na przyszłość groziła politycznym zagubieniem. Czysta taktyka polityczna, bez systemu trwałych wartości, musi bowiem prowadzić ośrodek polityczny na manowce, gdyż polityka nie może być tożsama z dywersją stosowaną przez służby specjalne, dążące do rozłożenia przeciwnika dowolnymi metodami.

Wzorem „szara eminencja”

Uprawiania polityki Jerzy Giedroyc nauczył się jeszcze przed wojną i nigdy nie zmienił nabytych wówczas przyzwyczajeń i upodobań. Ideałem stało się dla niego istnienie niewielkiej grupy ludzi, która decyzje omawia i wciela w życie za pośrednictwem osób, zajmujących oficjalne stanowiska i odpowiedzialnych przed społeczeństwem za realizowaną linię polityczną, nie zdając sobie nawet sprawy, iż kto inny jest jej prawdziwym autorem.

Jerzy Giedroyc sam podkreśla, że kiedy w połowie 1928 roku, Jan Karczewski, były oficer II Oddziału Sztabu Generalnego, wprowadził go do biura prasowego Rady Ministrów, zaopiekowali się nimi jego przyjaciele: Ja bardzo dobrze czułem się w tym towarzystwie, zwłaszcza gdy nabrało cech półmafijnych.

Wzorcem polityka stał się dla Giedroycia Stanisław Zaćwilichowski, oficer II Oddziału w Wilnie. Jak sam Redaktor przyznał, Zaćwilichowski wpłynął na niego „w sposób zasadniczy”. Zaćwilichowski miał bardzo duże ambicje polityczne... Nie chciał być ministrem czy kimś takim. Lubił znajdować się tam, gdzie podejmowano decyzje. (...). Potrafił zorganizować sobie grupy ludzi. Jedną z nich był „klub złośliwych szczeniaków... Byli to głównie sekretarze ministrów, a klub polegał na tym, że siedziało się razem na wódce i załatwiało sprawy państwowe, dublując Radę Ministrów i ustalając, co trzeba zrobić, co zasugerować. Zaćwilichowski doskonale tym manewrował (1, s. 26-29).

Widzimy więc, że idealny polityk dla Jerzego Giedroycia, to po prostu „szara eminencja”. Sekretarz, który rządzi, sprytnie „podpowiadając” ministrowi lub jeszcze lepiej, grupa sekretarzy podejmujących decyzje za plecami swych ministrów – niezbyt rozgarniętych figurantów. Na przyjęcie tego mafijnego sposobu myślenia miał niewątpliwie wpływ fakt, iż Redaktor kształtował się jako polityk wśród oficerów wywiadu.

Jerzy Giedroyc doskonale wie, czym jest prawdziwa władza i nigdy nie mylił jej ani z posiadaniem lancii, ani z oficjalnym lecz często dekoracyjnym stanowiskiem, ani z lukratywną posadą czy kupą medali, tak pożądanych przez większość politycznych emerytów.

Po 1989 roku Redaktor miał nadzieję, że wrócą czasy Zaćwilichowskiego, tym razem z nim samym w roli głównej, jako „szarej eminencji” kolejnych rządów i tu należy szukać źródła politycznych meandrów „Kultury”, które zaprowadziły ją do Kwaśniewskiego i przyczyniły się do jej upadku.

Prezydenci, premierzy i ministrowie, odbywając pielgrzymki do Maisons–Laffite, liczyli na wzmocnienie własnych autorytetów, lecz nie mieli rzecz jasna najmniejszego zamiaru realizowania jakichkolwiek wskazówek Redaktora.

Jerzy Giedroyć natomiast chciał, by wcielali oni w życie jego koncepcje, często zresztą o wiele słuszniejsze, niż tchórzliwa i prosowiecka polityka Warszawy (np. kiedy domagał się zerwania z antyniemiecką propagandą Mazowieckiego czy uznania niepodległości Litwy) lub jego kaprysy.

By oddziaływać na władzę, trzeba spotykać się z ludźmi, którzy aktualnie ją sprawują. Z tego punktu widzenia dzielenie się swoim autorytetem z politykami posiadającymi rację, lecz pozostającymi w opozycji lub skazanymi na nią, jest bezsensowne. Chcąc mieć wpływ na każdy kolejny rząd po 1989 roku, Redaktor przyjmował wszystkich sprawujących władzę i popierał tym bardziej, im chętniej proszono go o rady, a następnie zrywał, gdy przekonywał się, że pytania te miały charakter wyłącznie kurtuazyjny. W ten sposób kolejno odciął się od wszystkich ugrupowań i w konsekwencji pozostał sam. Dla „szarej eminencji” nie ma bowiem znaczenia kto rządzi, byle słuchał jej „rad”. Gdyby Jerzy Giedroyc miał poglądy polityczne, pewne ugrupowania, np. komuniści, mimo że pozostające u władzy, byłyby z owych tete-a-tete wykluczone.

Jerzy Giedroyc skrytykował porozumienia „okrągłego stołu”, ale nie opowiedział się po stronie zwalczających go antykomunistów, wychodząc widocznie z założenia, że i tak nie będą oni mieli żadnego wpływu na sprawowanie władzy. Zwolennicy „porozumień” natomiast nie mogli i nie chcieli realizować wskazówek Redaktora. W ten sposób „Kultura” sama ograniczyła się jedynie do roli symbolu. Całe życie traktując wszystkich i wszystko instrumentalnie, Jerzy Giedroyc doczekał chwili, gdy sam stał się narzędziem politycznej taktyki.

––––––––––––––
1) Jerzy Giedroyc, Autobiografia na cztery ręce, Czytelnik, Warszawa 1994, s. 326
2) Jerzy Giedroyc Andrzej Bobkowski, Listy 1946–1961, Czytelnik Warszawa 1997, s. 732.
3) Jerzy Giedroyc Konstanty A. Jeleński, Listy 1950–1987, Czytelnik, Warszawa 1995, s. 517

Autor publikacji: 
Ubekistan: 
Recenzje i art. recenzyjne: 
Źródło: 
Gazeta Polska 1998