You are here

WĄSY JUŻ MAMY NAPIŁSUDSKIEGO CZEKAMY

Myśli staroświeckiego Polaka Piotra Wierzbickiego - (Wydawnictwo Głos) są bardzo ważną książką polityczną, która 1985 uderza w szereg mitów, jakimi żyje jeszcze opozycja. Autor Traktatu o gnidach obnażając opozycyjną nierzeczywistość, jednocześnie tworzy jednak mity nowe i popada w świat nowej fikcji politycznej.

Od mniej więcej dwóch lat widoczny jest w polskiej opozycji wzrost zainteresowania prawicowymi kierunkami politycznymi, a w szczególności liberalizmem. W okresie "Solidarności" propozycje takie stanowiły co najwyżej margines rozważań o przyszłym ustroju Polski, opartym na samorządowej utopii. Drugim elementem nowej sytuacji są coraz częstsze próby nawiązywania do myśli Romana Dmowskiego i przenoszenia jego recept w czasy o sto lat późniejsze. Są to symptomy nie tyle odradzania się, co rodzenia się od nowa polskiej prawicy i szukania przez nią - moim zdaniem po omacku, stąd próby uczynienia Pana Romana swoim prorokiem - dróg prowadzących na szerokie wody polityki.

Wierzbicki otwarcie krytykując dotychczasowy monopol lewicy na opozycję antykomunistyczną faktycznie kładzie mu kres i wyznacza początek nowego etapu odradzania się polskiego systemu politycznego, tj. uzupełnienia go o drugi niezbędny człon - zróżnicowaną i pluralistyczną prawicę demokratyczną.

Wierzbicki wypowiada wreszcie otwarcie myśl powszechnie znaną, a mianowicie, iż lewica (dodajmy od siebie - ugodowa) sprawuje rząd dusz w działaniach TKK, w najbardziej reprezentatywnych publikacjach, w środowisku inteligencji, znacznego odłamu społeczeństwa, elity inteligenckiej niemal całej. Jej monopolistyczna pozycja wynika zdaniem autora z wyjątkowo dogodnych warunków rozwoju (jak w inkubatorze), bez konkurencji ze strony zlikwidowanej przez komunistów prawicy. Sztuczna pożywka, powodująca sztuczny gwałtowny wzrost kosztem otoczenia, okazała się szkodliwa dla lewicy, która stała się najpotężniej okopanym bastionem politycznej nietolerancji.

Wierzbicki odważnie dotknął sedna sprawy. Dodajmy, że nie idzie mu o likwidację lewicy, gdyż uważa ją za pożyteczną przeciwwagę dla prawicy, pod warunkiem wszakże utraty przez tę pierwszą charakteru monopolisty. Monopol rodzi nietolerancję, której liczne przykłady podaje autor; są one powszechnie znane i sprowadzają się do oskarżania o powiązania z UB wszystkich, którzy podejmowali działania niezależnie od ugrupowań lewicowych, w myśl zasady: na to żeby założyć coś bez zgody lewicy może wpaść tylko UB. Przypomnijmy jeszcze brak pomocy "Solidarności" dla uwięzionego Leszka Moczulskiego (odwołanie "marszu gwiaździstego") i jednoczesne mobilizowanie całego Związku, gdy choć cień niebezpieczeństwa wisiał nad Jackiem Kuroniem i Adamem Michnikiem (5 i 12 marca 1981 r.)

Wierzbicki opisuje jednak błędnie warunki, które umożliwiły lewicy osiągnięcie pozycji monopolisty, gdyż jego zdaniem złożyły się na to znacznie ostrzejsze niż represje wobec lewicy prześladowania prawicy przez aparat terroru oraz flirt lewicy z komunizmem w okresie stalinowskim, który ułatwił jej przetrwanie ciężkiego okresu i dogodniejszy start do działalności opozycyjnej. Nie należy także zapominać o przenikaniu do świadomości społecznej oficjalnej indoktrynacji w sferze teorii głoszącej jeszcze w epoce Gierka wartości i ideały lewicowe.

W latach stalinizmu uległy likwidacji zarówno elity prawicowe jak też lewicowe. Jeśli członkowie tych ostatnich - ochoczo i gromadnie - zgłaszali poparcie dla władzy sowieckiej w Polsce, to tracili tożsamość i stawali się po prostu komunistami. Proces erozji partii komunistycznej zapoczątkowany po śmierci Stalina nie polegał na odrywaniu się od niej dawnych lewicowców (choć i tak się zdarzało), lecz na powstaniu nowego nurtu reformistycznego wewnątrz partii, który dążył do realizacji pewnych reform w ramach przywracania "prawdziwego", "nie spaczonego" komunizmu. Spośród owych "liberałów" z czasem wyłonili się socjaldemokraci, z tych zaś z kolei zwolennicy demokratycznego kapitalizmu, czyli prawica. Odtwarzanie systemu kierunków politycznych odbywało się zatem w miarę wyswobadzania się myśli polskiej z marksistowskiego gorsetu, przez rodzaj pączkowania, u początku którego znajdowała się partia komunistyczna, a nie dawne ugrupowania przedwojenne. Prawica odgrywała dotychczas rolę marginalną, ponieważ de facto nie istniała w skali znaczącej grupy społecznej, a co najwyżej w postaci marginalnej lub epigonalnej, co dobrze tłumaczy jej zaściankowy charakter trafnie opisany przez Wierzbickiego.

Podobnie jak w 1956 roku poważnej roli nie odegrała dawna lewica (a tym bardziej stara prawica), lecz sarni komuniści-reformiści, tak później (lata 70-te, rok 1980) nie pełniła jej prawica, lecz demokratyczna lewica. Czas nowej prawicy dopiero nadchodzi w miarę przechodzenia części lewicowców na pozycje prawicowe; kiedy proces ten dokona się, przywrócony zostanie stan równowagi między obu nurtami politycznymi. Trzeba jednak pamiętać, że podobnie jak monopolistyczna pozycja ugodowej lewicy zaszkodziła jej, taki sam skutek może spowodować dążenie do zachowania monopolu przez środowiska ugodowo- kompromisowe (zarówno lewicowe jak i prawicowe) wobec ugrupowań niepodległościowych prawicowych i lewicowych. Lewica zrodziła w PRL-u prawicę, lecz z obu wyłaniają się grupy niepodległościowe, co komplikuje właściwe zrozumienie polskiej mozaiki politycznej. Wierzbicki nie potrafi dać sobie z tym rady i utożsamia prawicę z kierunkiem umiarkowanym (ugodowym), zaś lewicę z opozycyjnymi fundamentalistami, przez co zaciemnia - zresztą celowo - obraz sytuacji. Wyrażanie poparcia dla umiarkowanego Lecha Wałęsy staje się podstawową cechą myśli prawicowej, zaś opozycja wobec niego dowodem lewicowości. Cóż jednak w takim razie zrobić z prawicowym KPN-em, który był również radykalny? Sam Wierzbicki popada w sprzeczność przyznając, iż prawicowca Niesiołowskiego zagłusza!... potężny chór lewicowego radykalizmu i drugi potężny chór prawicy KPN-owskiej, jeszcze bardziej radykalnej niż lewica, starającej się przelicytować ją w żądaniach pod adresem władz i formułowanych celach walki, szachującej Wałęsę z drugiej strony. W sprzeczności z powyższym stoi więc kolejna teza: ... za to, że opozycja polityczna nie podjęła należytych wysiłków, aby zapewnić "Solidarności" sprężysty ośrodek kierowniczy oddany Lechowi Wałęsie odpowiada słabość dzisiejszej myśli prawicowej oraz niemal nieograniczona, nie zrównoważona niczym dominacja politycznej formacji lewicowej zarówno w sferze realnych działań, jak w sferze wielostronnego wpływu na świadomość Polaków. Otóż w momencie, kiedy w Związku słowny radykalizm wziął górę nad deklaracjami o porozumieniu, los "Solidarności" był już przesądzony. W istocie różnice między prawicą a lewicą w "Solidarności", jeśli nawet przyjmiemy, że różnice polityczne układały się już wówczas według tego schematu, nie dotyczyły taktyki Związku, lecz personalnego składu kierownictwa. Przypomnijmy, że architektem ugodowej wersji ustawy o samorządach był Jacek Kuroń. On też głosił ideę samoograniczającej się rewolucji i twierdził, że możliwe jest współistnienie demokratycznego społeczeństwa oraz totalitarnej władzy, podczas gdy autorem przeciwnej tezy był zwolennik prawicy prof. Stefan Kurowski. Kto był zatem prawdziwym radykałem? 

Pozostaje również wątpliwe, dlaczego to wszyscy mieliby jednoczyć się wokół Wałęsy? Czy dlatego, że ustępował w każdym konflikcie, z wyjątkiem - przypomnijmy - konfrontacji na warszawskim Rondzie, kiedy w tym klasycznym konflikcie zastępczym (symbolicznym) wzywał do kontynuacji blokady i nieustępliwości, ponieważ zbliżały się wybory w "Solidarności" i musiał szukać popularności bez względu na tak cenioną przez Wierzbickiego skuteczność proponowanych działań. Podział na tzw. radykałów (tak zwanych, gdyż jedynie w sferze werbalnej) i umiarkowanych nie miał i nie ma nic wspólnego z konfliktem ideowym na linii prawica - lewica, gdyż w rzeczywistości ani lewicowi, ani prawicowi działacze faktycznego kierownictwa Związku ani przed, ani po 13 grudnia nie wychodzili poza formułę współistnienia z komunizmem. Mówiąc złośliwie, różnica między ugodową lewicą a ugodową prawicą polega na tym, iż pierwsza okrzyk "Chcemy porozumienia!" wznosi będąc pałowana w czasie niepotrzebnej bądź nieudanej demonstracji, druga zaś w zaciszu domowym, podczas gdy adresat owych apeli pozostaje niemy na wszelkie wezwania. Przedstawianie podziałów w fałszywy sposób jest elementem nie ówczesnej (sprzed 13 grudnia) lecz obecnej gry politycznej, którą można nazwać "stawką na Wałęsę". Korzystając z jego autorytetu miałaby uformować się nowa ugodowa prawica i za tym parawanem zdobyć akceptację społeczeństwa dla ewentualnego przyszłego kompromisu z władzą oraz odziedziczyć spadek po "Solidarności". W swojej definicji demokratycznej prawicy Wierzbicki podaje dość niebezpieczne stwierdzenie, gdyż jego zdaniem prawica m.in. przyznaje walory raczej państwu rządzonemu silną ręką niż państwu rządzonemu przez lud. Otóż, jeśli mowa o prawicy demokratycznej, jest to twierdzenie nieprawdziwe, opowiada się ona bowiem za systemem parlamentarnym bądź prezydenckim, za rządami sprawnymi, kompetentnymi i efektywnymi, przeciwko połowicznemu rozwiązywaniu problemów w stylu populistycznym (np. na brak mieszkań nie reaguje konfiskatami nadmetrażu), choć nie darzy również sympatią autorytaryzmu, tj. właśnie owych "rządów silnej ręki", chociaż w określonych okolicznościach może je tolerować jako mniejsze zło np. od komunizmu.

Prawica, w odróżnieniu od lewicy, nie usiłuje organizować oddolnych, rzekomo spontanicznych i żywiołowych, a w rzeczywistości kontrolowanych ruchów społecznych, nie traktuje też poważnie idei rad robotniczych (demokracji bezpośredniej), izby samorządowej w Sejmie itp., choć wypowiada się za decentralizacją i trójpodziałem władzy. Prawica po prostu nie lubi destabilizujących eksperymentów lecz woli stary, wypróbowany i solidny system demokracji przedstawicielskiej, który chciałaby w Polsce restytuować zamiast wymyślać nowe ustroje ("Samorządną Rzeczpospolitą" lub solidaryzm "Solidarności Walczącej"). Fakt, iż przed wojną polska prawica zdominowana była przez autorytarną Narodową Demokrację nie oznacza, iż dzisiejszą prawicę trzeba utożsamiać z ówczesną. Tym bardziej, że nie mamy jednej prawicy lecz co najmniej trzy: narodowców, liberałów i konserwatystów. Jeśli zaś uwzględnimy jeszcze podział na kierunki niepodległościowy i ugodowo-kompromisowy, to okaże się, że jest ich 5 czy 6. Bywa i tak, że organizacja prawicowa nie spełnia kilku z podanych wyżej cech, np. KPN, który ma wiele elementów lewicowego ruchu populistycznego.

Jeśli któryś z kierunków prawicowych ewoluuje w stronę autorytaryzmu bądź nawet totalitaryzmu, wówczas wypada z naszej klasyfikacji, gdyż nie zajmujemy się antydemokratyczną prawicą, podobnie jak Wierzbicki nie dyskutuje z antydemokratyczną lewicą. Zresztą sam popada w sprzeczność ze swoją definicją prawicy, gdy zastrzega, że dzisiejszym przedstawicielom tego kierunku byłoby "nie do twarzy" z nietolerancyjnością (czytaj: antydemokratyzmem) Romana Dmowskiego. Uznawanie autorytarnych tendencji jako elementu prawicowej myśli politycznej jest jednak Wierzbickiemu potrzebne z powodów taktycznych, tzn. dla domagania się uznania w imię owych wartości prawicowych dyktatorskiego stanowiska Lecha Wałęsy. Autor Traktatu o gnidach bardzo pragnie, by Polacy mieli w przełomowym okresie, w którym żyjemy męża stanu na miarę Józefa Piłsudskiego. Niewątpliwie bardzo potrzebujemy polityka tej miary, ale nie wystarczy posiadać wąsy, by być Piłsudskim. Być może jest to warunek konieczny, lecz na pewno niewystarczający.

Wierzbicki słusznie pisze, iż Polska przyszła potrzebuje... wyposażonego w odpowiednie uprawnienia ośrodka kierowniczego. Dlaczego jednak miałoby być nim jednoosobowe kierownictwo, zwłaszcza po 40 czy 50 latach komunistycznej dyktatury? Czy warto za wszelką cenę szukać dyktatora i składać w ręce jego doradców i jego własne losy kraju, wiedząc, iż może on okazać się następnym Chłopickim?

Stwierdziwszy, iż polską chorobą jest oczywiście zauroczenie superdemokracją, Wierzbicki gromko pokrzykuje: Kto... będzie nadal się zastanawiał nad tym, jakby zapobiec, żeby on (tj. Wałęsa) nie stał się dyktatorem... trzeba go przepędzić precz i trzymać jak najdalej od sprawy polskiej.

Polską chorobą - podobnie jak chorobą wszystkich narodów na wschód od Łaby - jest sowietyzm, nieumiejętność życia w demokracji i korzystania z niej, niezrozumienie dla pluralizmu i zagubienie wśród wielości ścierających się poglądów i stanowisk oraz rodząca się z tego powodu złość na samo zjawisko: "żeby już było wiadomo co jest słuszne", "po co tyle gadania" itp.

Nie twierdzę, że tak właśnie myśli Wierzbicki, ale konsekwencją zaprezentowanego przez niego rozumowania będą grupy "Straży Ludowej" krążące po Gdańsku (obu tylko) i "robiące porządek" z mącicielami co to przeciwko Wałęsie. Próbki takiej działalności mieliśmy już przed Grudniem. Wierzbicki głosi zasadę programowej skuteczności walki politycznej: Postawa gry przyjmuje za swą zasadę, że nie ten, co słusznie, pięknie i szlachetnie mówi o pożądanym celu (np. o niepodległości ojczyzny), nie ten również, kto ów cel osiągnąć chce, choćby najgoręcej, lecz ten tylko, kto używa sposobów skutecznych, osiągnięcie tego celu przybliżających, siły własne pomnażających, godzien jest miana patrioty świadomego reguł pracy politycznej. Z takimi stwierdzeniami zgodzą się ochoczo wszyscy, gdyż żaden polityk nie zakłada, iż będzie działał nieskutecznie. Wierzbicki jednak ze skuteczności czyni główną cechę prawicy, a jako przykład podaje Mochnackiego, Piłsudskiego, Dmowskiego i... Wałęsę. Dziwny to wybór, ponieważ Mochnackiemu nie powiodło się żadne przedsięwzięcie polityczne, zaś o dalekowzroczności Dmowskiego - świeżo kreowanego na idola nowej ugodowej prawicy - najlepiej świadczą jego przewidywania: zwycięstwo Rosji w I wojnie, upadek parlamentaryzmu, udana polonizacja w ramach granicy ryskiej itp.

O Wałęsie dowiadujemy się, iż pozostał wielkim graczem, bo wiedział, jak się odezwać, bo następnie zachował poczucie rzeczywistości, nie organizował akcji z góry skazanych na klęskę, nie wypowiadał słów bez pokrycia, zachował pozycję przywódcy, którego warto i należy słuchać. Jeśli jednak Wałęsa ma zawsze rację, to miał ją również wtedy kiedy oświadczył, że było błędem z jego strony podpisanie listu do Jaruzelskiego jako "kapral Wałęsa", a zatem mylił się. Jeżeli zaś nie zrobił błędu politycznego podpisując się w ten sposób, to znaczy, że pomylił się uznając to za błąd. A czyż błędem politycznym - i to poważnym - nie było oświadczenie po porwaniu księdza Popiełuszki: Ktoś zrobił nam wszystkim (podkr. J.D.) wielkie świństwo, następnie zaś stwierdzenie, iż zamordowanie księdza Jerzego uderza tak samo w Premiera, jak w prostego człowieka z wieka z ulicy, a wreszcie ogłoszenie, iż zabójstwo i proces powinny przybliżyć dialog między władzą a społeczeństwem?

Jeśli TKK jest czasem gotowa akceptować radykalniejsze metody (nie cele) walki niż Wałęsa, wynika to z nacisku oddolnego, któremu Przewodniczący nie jest poddany; między tymi dwoma środkami nie ma zatem opozycji tak ostro zarysowanej jakby tego chciał Wierzbicki. Wierzbicki sugeruje, że "Solidarność" zgubił nadmiar demokracji: nieustanne sejmikowanie, głosowania, domaganie się kontroli nad kierownictwem (ściślej: nad poczynaniami Wałęsy). Rzecz jednak w tym, że ważne politycznie decyzje zapadały poza obradującymi, ponieważ podejmowali je doradcy, Wałęsa zaś miał zwyczaj mawiać, że i tak zrobi to co będzie chciał. Zacytujmy w tym miejscu opinię Bogdana Borusewicza o "Solidarności": Ruch obrastał wszystkimi negatywnymi cechami systemu: nietolerancją dla inaczej myślących i czyniących, tłumieniem krytyki, prymitywnym szowinizmem. {...} Kwitł kult wodzostwa. Najpierw wódz najwyższy - Wałęsa, którego nie było można skrytykować, potem wodzowie w każdym województwie, niemal w każdym zakładzie. I co gorsza, ludzie - tak, jak to opisał Fromm w Ucieczce od wolności - chcieli pozbyć się swej wolności, złożyć ją w ręce tych wybujałych autorytetów. Bo jak inaczej określić postawę, kiedy na zebraniu w Regionie ktoś zabiera głos i oświadcza, że wyborcy zobowiązali go, aby głosował za wszystkim, co powie Wałęsa, a przeciwko wszystkiemu, co powie Gwiazda? (Konspira, Paryż 1984, s. 14). Dyktatura Wałęsy, nad brakiem której ubolewa Wierzbicki, właśnie powstawała, a oparciem dla niej byli z jednej strony doradcy, z drugiej zaś masy, do których Przewodniczący zawsze odwoływał się, by szachować średni i wyższy szczebel aparatu związkowego dążący do emancypacji politycznej.

Powoływanie się na Mochnackiego, który żądał dyktatury podczas Powstania Listopadowego aby pchnąć je na tory walki z zaborcą zamiast wyczekiwania na ugodę i maskowania braku woli oporu działaniami symbolicznymi, jest całkowicie nie na miejscu, nawet w ramach logiki Wierzbickiego, skoro dyktatura Wałęsy miała zmusić Związek właśnie do działań ugodowych. To, że lewica nie skupiła się przy Wałęsie, nie uczyniła wszystkiego, by umocnić centrum kierownicze, lecz odwrotnie, popierała jego rywali trwoniąc czas na rozgrywki personalne, wynikało z samej jej istoty. Niestety, na rozgrywki personalne czas trwonili przede wszystkim tzw. "prawdziwi Polacy". Zauważmy, że w sytuacji sztucznie narzuconej jedności - a taką stwarzała formuła jednej organizacji dla wszystkich Polaków - sprzeczności interesów muszą przejawiać się w formie walk personalnych. Walka toczyła się o to, kto będzie kierował Związkiem w sytuacji kiedy nie chciano ani podkreślać, ani nawet ostro formułować różnic politycznych. Spór między ugodową lewicą i ugodową prawicą był i pozostaje nadal sporem nie o linię polityczną czy cel walki (ugodę), lecz o zajmowaną przez dane ugrupowanie pozycję polityczną; o to, kto będzie zawierał ugodę, a nie jaka ona będzie. Wierzbicki słusznie podkreśla, że ... formacją polityczną, która rozpętała nagonkę na Prymasa i która prowadzi ją nadal, jest lewica. (...) wykazuje (ona) jednocześnie nieograniczoną zupełnie pobłażliwość i absolutny bezkrytycyzm wobec działaczy TKK, którzy w latach 1982-84, wadliwie oceniając układ sił i nie potrafiąc wyciągnąć wniosków z kolejnych niepowodzeń, swym programem organizowania coraz bardziej nieudanych obchodów wypuścili niemal całą parę z "Solidarności".

Nie sam fakt krytykowania Prymasa jest tu najważniejszy, ale przedmiot owej krytyki, która płynęła bynajmniej nie jedynie ze środowisk lewicowych. O ile jednak środowiska nielewicowe krytykowały[1] Prymasa Glempa za pewne niezręczne wypowiedzi i podkreślały, iż zadaniem Kościoła jest troska o sprawy moralności i religii, zaś polityką musi zająć się opozycja, o tyle lewica odwrotnie; miała pretensje do Głowy Kościoła polskiego, że nie "robi" za nią jej polityki tylko zajmuje się np. kwestią przerywania ciąży. Ale cóż się dziwić, skoro główny "teolog" lewicy zajmuje się pisaniem traktatów moralnych zamiast politycznych; tym ostatnim zadaniem lewica obciąża Kościół. Najświeższym "wyczynem" tego typu była wypowiedź wybitnego i osobiście bardzo przez niżej podpisanego cenionego działacza "Solidarności" Seweryna Jaworskiego, który po zakończeniu uroczystości na Jasnej Górze związanych z pielgrzymką warszawską zarzucił Prymasowi, iż nie zajął stanowiska w najważniejszych kwestiach politycznych, gospodarczych i kulturalnych. Nie dziwota jednak, że lewicowcy przemawiając jak księża, od tych ostatnich żądają, by mówili jak politycy. Zamiast okopywać się na najbliższej plebanii i czynić z jej proboszcza oficera służby liniowej, sami powinni zająć się polityką, do której dotychczas oficjalnie głoszą wstręt. Polityka tak naprawdę... mnie nudzi, a nawet mierzi - wyznaje redaktor KOS-a A. Górski (KOS nr 56).

Ugodowa lewica świadomie szczyci się swoją niechęcią do polityki i moralną motywacją oporu, by za tym parawanem prowadzić politykę i zachować swój monopol stosując dodatkowo wobec konkurentów szantaż moralny. Skoro bowiem nasza działalność ma charakter etyczny a nie polityczny, to różnic nie powinno być; w takim razie podnoszenie ich spycha od razu konkurencyjną grupę w sferę nieetyczności. My, lewica jesteśmy nowym Kościołem! Chowanie się za formułą ruchu społecznego i oporu moralnego służy ugodowej lewicy do tego samego, do czego dąży ugodowa prawica "stawiając na Wałęsę" i utożsamiając prawicę z ugodą, tj. do przejęcia spadku po "Solidarności", co miałoby im dać legitymację do zawarcia kompromisu z komunistami.

Wierzbicki doskonale opisuje działalność symboliczną charakterystyczną dla "minionej epoki gestu"; ową rocznicomanię i przedsięwzięcia na pokaz, które w zmienionych warunkach politycznych dawno już straciły swój pierwotny sens i obecnie jedynie wyniszczają, ,Solidarność". Przypomnijmy jednak, że samo pojęcie "konfliktu zastępczego" wprowadziła Jadwiga Staniszkis jeszcze w okresie legalnego istnienia "Solidarności", począwszy zaś od roku 1982 związaną z nim działalność symboliczną (znaczkomania, strajki 6O-sekundowe, itp.) wyśmiewała Niepodległość, aż wreszcie w 1984 r. krytycznie ustosunkował się do tych metod opozycyjnej aktywności Jan Lityński w broszurze: O Solidarności.

Według Wierzbickiego w działalności symbolicznej i pozorowanej wyżywają się polscy inteligenci, ponieważ zaś stanowią oni podstawową bazę społeczną lewicy (ugodowej) - winna jest więc lewica! Działalność symboliczna była jednak charakterystyczna dla grup należących do opozycji solidarnościowej bez względu na ich lewicowe (w większości) czy prawicowe (w mniejszości) pochodzenie, a wspomnieć tu należy także o KPN-ie. Postępowanie takie wynikało częściowo z niskiej świadomości i słabego przygotowania politycznego zarówno mas jak też przywódców związkowych, częściowo natomiast z ich niechęci do jasnego sformułowania istoty konfliktu między społeczeństwem polskim i agenturą sowiecką, gdyż musiałoby to pociągnąć za sobą odrzucenie idei porozumienia na rzecz niepodległości Polski jako celu długofalowego, do czego znów solidarnościowi przywódcy nie byli zdolni ani psychicznie, ani intelektualnie. Miejmy jednak nadzieję, że mimo iż ugodowa lewica nadal uprawia działalność symboliczną starając się zatrzymać rozwój opozycji na etapie "społecznym" (wszystko, byle nie "brzydka" polityka), głośne wyśmianie takich zachowań ostatecznie położy im kres.

Czym jednak Wierzbicki proponuje zastąpić działania symboliczne? Pisze on: Nie sprawa granic, sojuszy, stronników, międzynarodowych kataklizmów i układów jest dziś problemem numer jeden polskiej myśli niepodległościowej. Sytuacja Polski i jej los przyszły zależy od tych kataklizmów i układów, tak jak zależał od nich w czasach Dmowskiego. Ale w przeciwieństwie do tamtej epoki myśl programowa polska wydaje się wobec tych spraw bezsilna, natomiast Polski problem numer jeden stojący przed dzisiejszą myślą niepodległościową polega na tym, że jeżeli pewnego dnia, w wyniku działań, których natury nie jesteśmy teraz w stanie odgadnąć, skończą się jednopartyjne rządy PZPR i Polska otrzyma wolną drogę w rozwiązywaniu swych problemów wewnętrznych, to w pół roku od tego dnia komuniści mogą tu wrócić do władzy ponownie... w wyniku wyrażonej w wolnych wyborach swobodnej decyzji społeczeństwa. Przejęcie władzy przez partię typu komunistycznego lub wysuwającą program podobny do komunistycznego może nastąpić na skutek rozczarowania ludności do działalności gospodarczej nowego państwa, gdyż odzyskanie pełnej niepodległości przez naród wyhodowany na urzędowym modelu państwowej gospodarki i opozycyjnych utopiach ludowładczo-samorządowo-związkowych[2] musi pogrążyć ów naród w gigantycznym chaosie i kryzysie gospodarczym, jakiego tu jeszcze nie widziano. Dlatego też zdaniem Wierzbickiego należy rzucić cały potencjał myślowy elity narodu na rozwiązanie tego problemu, aby Polacy jasno wiedzieli co zrobić z gospodarką, gdy już będą mogli o niej decydować. To zagadnienie przyszłości trzeba podjąć już teraz i uświadomić społeczeństwu jakie będą konsekwencje wprowadzenia wolnego rynku oraz zdobyć akceptację narodu dla takiego posunięcia i jego skutków, np. ograniczonego bezrobocia itp. I to jest właśnie najważniejsze zadanie stojące przed myślą prawicową. Dodajmy, że jest ono wspólne zarówno dla prawicy ugodowej jak i niepodległościowej i w zasadzie stanowi jedno z nielicznych łączących ją ogniow.

Wierzbicki formułuje dwa postulaty dotyczące ekonomii: znalezienie formuły, która pogodzi program przebudowy gospodarczej z programem "Solidarności" jako związku oraz gotowość do porozumienia z władzą jedynie w kwestiach gospodarczych. To ostatnie zakłada jednak chęć komunistów do rezygnacji z monopolu gospodarczego i stoi w całkowitej sprzecznoścl z tezami prawicowego przecież prof. S. Kurowskiego, którego zdaniem albo wyrwie się komunistom trzy monopole (gospodarka, władza polityczna, informacja), albo żaden, czyli że proponowany przez prawicowca Wierzbickiego stan mógłby stanowić jedynie etap przejściowy na drodze do obalenia komunizmu lub do przywrócenia komunistycznych monopoli. Jak to się ma do teorii o umiarkowanej z natury prawicy i rewolucyjnej lewicy, trudno odgadnąć.

Rzecz jasna program, który mogą sobie stawiać środowiska nastawione kompromisowo nie musi i nie powinien w żadnej mierze krępować stronnictw niepodległościowych. Jego ewentualna realizacja, tj. przekształcenie totalitaryzmu w autorytaryzm, byłoby w planach grup umiarkowanych przedmiotem rokowań z władzą komunistyczną i ceną pacyfikacji nastrojów, tzn. oderwania od aktywnego oporu pewnej części społeczeństwa. Trwałość takich zmian nie będzie jednak zależała od poziomu współpracy obozu ugody z komunistami, ani od wiarygodności tych ostatnich, lecz od stopnia zdecydowania i zagrożenia stwarzanego przez stronnictwa niepodległościowe dla istnienia reżymu. Jego ciągłe spychanie może zaowocować w szukaniu ze strony władzy ugody z kołami kompromisowymi, ale tylko na czas trwania owego zagrożenia. Rozszerzanie sektora prywatnego nie zależy od umów pomiędzy opozycją a administracją sowiecką, lecz od sytuacji polityczno-ekonomicznej: im większy nacisk na rynek i gotowość do buntu z powodu złego zaopatrzenia, tym korzystniejsze warunki dla rozwoju sektora niepaństwowego. Strajki ekonomiczne poszerzają zatem obszar dozwolony dla działania prywatnej inicjatywy, gdyż z jednej strony, jeśli są udane, zwiększając siłę nabywczą zmuszają rząd do jej zaspokojenia, z drugiej zaś manifestując gotowość do buntu uniemożliwiają komunistom posługiwanie się wyłącznie instrumentem inflacji w dążeniu do odebrania podwyżek płac.

Na gruzach "Solidarności"[3] tworzą się nowe formacje polityczne i nie chcąc lub nie potrafiąc działać samodzielnie walczą o spadek po niej; fragmentem owej walki jest książka Piotra Wierzbickiego i spór o Lecha Wałęsę.

Piotr Wierzbicki, Myśli staroświeckiego Polaka, Głos 1985
--------------------------------------------------------------------------------
[1] Pomijam tu bezkrytycznych bałwochwalców próbujących skryć się za autorytetem Kościoła z braku własnego.
[2] Niemałą zasługę ma tu sam Wałesa, który wielokrotnie zapewniał, że jest za socjalizmem. Jak to pogodzić z jego reklamowaną przez Wierzbickiego rzekomo prawicową linią polityczną.
[3] Nie można mówić już, że wszystkie grupy wyrosłe z dawnej "Solidarności" nadal tworzą jedną organizacje, czy też ruch, skoro wysuwają całkowicie sprzeczne programy, np. porozumienia w ramach ustroju (Wałesa, Geremek) i wolnych wyborów (KR Huty im. Lenina)

Autor publikacji: 
Recenzje i art. recenzyjne: 
Źródło: 
Libertas nr 4/1985, s. 116-130