You are here

KONIEC DWUDZIESTOLECIA I CO DALEJ?

Postkolonialne, toksyczne elity zagrożone wymianą przez naród, którego się obawiają i którym pogardzają; władza, bojąca się utraty prawa do czerpania z kasy państwowej i rząd, drżący ze strachu przed wymianą przez służby na „nowszy model”, upatrują gwarancji swego bezpieczeństwa w ośrodkach zagranicznych: w Moskwie, Berlinie lub Brukseli, dlatego nie chcą i nie mogą prowadzić polityki w interesie narodu i państwa polskiego. Należy więc osobno zanalizować sytuację w jakiej obecnie znaleźli się Polacy i rząd warszawski, a szerzej stojąca za nim „partia zagranicy”.

I znów pod zaborem

8 grudnia 1991 roku Polska odzyskała niepodległość bez wysiłku i wbrew rządowi Mazowieckiego, który deklarował wieczną lojalność wobec Sowietów i Paktu Warszawskiego, bez starań ze strony gabinetu Bieleckiego, a nawet nie w wyniku ewakuacji przez Moskwę imperium zewnętrznego, ponieważ na jego obszarze miała powstać strefa buforowa z zagwarantowanymi wpływami sowieckimi, ale na skutek walk wewnętrznych w Związku Sowieckim między dwoma segmentami władzy, co doprowadziło do częściowego rozpadu nawet imperium wewnętrznego.

Wiadomo było, iż okres pomyślny dla narodów regionu będzie trwał do czasu opanowania w Rosji „bezhołowia i anarchii” i przywrócenia rządów autorytarnych. Autentyczne elity wykorzystałyby ten prezent od losu do takich zmian geopolitycznych, które zagwarantowałyby Polsce w stopniu możliwie maksymalnym utrzymanie niezależności wobec przyszłych neoimperialnych zakusów rosyjskich. Przed wojną udało się to tylko na 20 lat, bowiem opanowany przez endecję Sejm zmusił Piłsudskiego i wojsko do zakończenia wojny i rezygnacji z popierania na wschodzie dążeń niepodległościowych. Wówczas jednak struktura narodowościowa państwa była inna. Obecne, toksyczne elity nie tylko nie podjęły poważnej akcji na Wschodzie, ale całkowicie się od niego odwróciły i szukały gwarancji w Unii Europejskiej w zamian za rezygnację z obrony jakichkolwiek interesów polskich wobec silniejszych członków wspólnoty.

Po 1991 istniały trzy kierunki prowadzenia polityki, które wzmocniłyby nasz status. Sojusz z USA dopóki Ameryka była zainteresowana regionem i posiadaniem w Unii przychylnych sobie państw. Demonstrowanie niezależności wobec USA należało zastąpić okazywaniem niezależności wobec Rosji, ale to jak wiemy bezpieczne nie jest, więc chętnych nie było. Wstąpienie do Unii i prowadzenie w niej samodzielnej polityki. Z jednej strony należało bronić polskich interesów gospodarczych i politycznych, a z drugiej podjąć próbę zbliżenia do Wlk. Brytanii (Bałtowie potrafili). Celem w Unii nie powinna być uległość w zamian za stanowiska (kasę) i audiencje w przedpokojach dla warszawskich polityków, ale roszczenie do kształtowania przez Polskę i Państwa Bałtyckie oraz po odejściu Iliescu przez Rumunię polityki wschodniej Brukseli. I wreszcie trzecim kierunkiem powinno było być wzmacnianie dążeń niepodległościowych na Wschodzie bez względu na koszty, połączone z dążeniem do rozszerzenia Unii i stworzenia regionalnego sojuszu w jej ramach. 

Podstawową zasadą strategii jest przeniesienie konfliktu na teren przeciwnika. Niestety, od czasów Skubiszewskiego, inni ministrowie posiadający również teczkę w IPN jak minister „pierwszego niekomunistycznego rządu” Mazowieckiego i Kiszczaka, obrali odwrotną strategię, a inni byli zajadle zwalczani przez rosyjską agenturę wpływu ku uciesze mieszkańców kraju. Sam mam doświadczenie jak tchórzostwo wszystkich rządów wywołane kontratakiem agentury rosyjskiej niszczyło lub nie dopuszczało do realizacji żadnej inicjatywy w sferze mediów, idącej we wspomnianym kierunku. Czego nie mogło robić państwo, powinny realizować organizacje obywatelskie po cichu finansowane przez budżet. O tym politycy zajęci wymianą mebli w gabinetach nie mieli czasu myśleć.

Obecnie zbieramy owoce polityki tchórzostwa i wyborczego poparcia dla „partii zagranicy”. Polska znalazła się w sytuacji, gdy Stany Zjednoczone wycofały się z Europy Środkowej i do czasu nowych wyborów nie możemy liczyć na zmianę tej polityki. Rząd „partii zagranicy” zrobił wszystko by to wycofanie się ułatwić (tarcza). Rosja uznała ten krok za zgodę Waszyngtonu na włączenie Polski i Państw Bałtyckich do swojej strefy wpływów i pozostało jej już tylko uzyskanie akceptacji międzynarodowej. Chce ją osiągnąć, ułatwiając Niemcom prowadzenie polityki historycznej kosztem Polski (na rewindykacje czas przyjdzie później) i gwarantując Berlinowi określone interesy w swojej strefie wpływów nad Wisłą.

Zwasalizowanie Polski wobec Niemiec, w nadziei obrony przed Rosją, przyniosłoby jeszcze gorsze rezultaty, gdyż wymusiłoby na nas zgodę nie tylko na ich roszczenia, na początek polityczne, ale także na uznanie interesów i żądań rosyjskich, które Niemcy w podarunku przekazałyby Rosji w ramach odnowionego sojuszu. Biurokracja brukselska jest za słaba by obronić nas, tym bardziej, że nie zrobiliśmy nic by ułatwić jej emancypację wobec żądań posłuszeństwa płynących z Berlina i Paryża.

Na Wschodzie Polska zrezygnowała z jakichkolwiek rzeczywistych prób przeciwstawiania się wpływom rosyjskim. Polska znalazła się w izolacji i bezbronna wobec Rosji. Oczywiście status wasala dziś to już nie to samo co kiedyś. Nie będzie rosyjskich wojsk czy żandarmów ale podporządkowanie, realizowanie interesów rosyjskich i płacenie trybutu oraz kosztów „rosyjskiej demokracji”, która szybko wedrze się do naszego kraju.

Z wasala namiestnikiem

„Partia zagranicy” szukała gwarancji swej władzy w Polsce u sąsiadów, ponieważ czuła się zagrożona w kraju, w którym pozycję uzyskała dzięki roli pełnionej w okresie kolonialnym i z powodu nadal żywych powiązać z byłym Centrum. Doskonałym przykładem takiego zachowania był list byłych ministrów spraw zagranicznych de facto skierowany do zagranicy, czy, jak można się domyślać, stymulująca rola Agory w medialnej nagonce na Zachodzie skierowanej przeciwko rządowi polskiemu.

Koncepcja „partii zagranicy” bardzo jasno rysuje się z wypowiedzi ministra Sikorskiego, którego stawka na poparcie WSI w uzyskaniu przyszłej prezydentury zaprowadziła, jak sądzę, do zdrady w odróżnieniu od Tuska, który nadal jest wierny swoim zasadom: „policzmy głosy”. Sikorski stwierdził: „z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć: właściwej odpowiedzi na dylematy geostrategiczne i tożsamościowe Polski nie oferują jagiellońskie ambicje mocarstwowe,” natomiast „dziś rozkwitają powiązania ... w rodzaju francusko-niemieckiego motoru UE”. Przy okazji szef warszawskiego MSZ dokonał epokowego odkrycia, iż  Rosja idzie „drogą prób demokratyzacyjnych”.

Przetłumaczmy język ministra na polski. Potępienie „idei jagiellońskiej” w dzisiejszych warunkach nie oznacza oczywiście odżegnanie się od polskiego imperializmu czy nacjonalizmu ale zadeklarowanie désinteressement dla jakiejkolwiek aktywnej polityki na Wschodzie. Odpowiedzią na „dylematy geostrategiczne” ma być uznanie obszaru za Bugiem za domenę rosyjską. W zamian za uznanie interesów rosyjskich, jak można zrozumieć, „partia zagranicy” oczekiwała spokoju. Stąd wściekłe ataki na prezydenta, który w Gruzji burzył tę strategię. Wysunięcie na pierwszy plan francusko-niemieckiego motoru oznacza, iż „partia zagranicy” oczekiwała od niego ochrony w zamian za rezygnację z obrony interesów Polski w ramach UE. Stąd te umizgi Tuska do pani Kanclerz i przełykanie wszystkiego z roszczeniami Steinbach na deser. Uznanie statusu klienta miało dać gwarancję bezpieczeństwa i trwałości władzy w Polsce, nawet gdyby Polaczkowie się burzyli. Taka koncepcja zdawała egzamin, z punktu widzenia interesów postkolonialnych elit, dopóki sojusz niemiecko-rosyjski nie uległ konsolidacji. Oznaczała ona bowiem, że Polskę czeka już nawet nie kondominium ale zależność od Rosji, a to w konsekwencji doprowadzi nawet wasala do statusu namiestnika i to nie państwa demokratycznego tylko idącego „drogą prób demokratyzacyjnych”. W ten sposób Tusk padł ofiarą własnej polityki, co innego bowiem być wasalem, który własny interes upatruje w podporządkowaniu rządzonego przez siebie kraju innemu państwu, a co innego namiestnikiem, który po prostu wykonuje polecenia płynące z obcej stolicy.

W polityce wychodzić należy z definicji interesów. Te zbliżają Niemcy i starą Unię do Rosji, tym bardziej, że cenę zbliżenia można zapłacić cudzym, tj. wschodnioeuropejskim, a nie własnym kosztem, przekształcając kraje postkomunistyczne w rosyjską strefę wpływów z zagwarantowaniem interesów własnych. W wypadku Polski interesy Niemiec i Rosji zbiegają się wyjątkowo ściśle, zrzucić bowiem można na Polskę odpowiedzialność za wybuch drugiej wojny światowej, a w konsekwencji przyjdzie przecież również odpowiedzialność za holocaust, za wysiedlenia Niemców i stalinowskie zbrodnie, ze świadomością, iż obecny rząd w Warszawie zaakceptuje każdą antypolską tezę w zamian za uznanie za europejski i bezproblemowy, tj. posłuszny.

W ostatnim ataku propagandowym Rosji oczywiście nie chodzi o inną interpretację historii tylko o międzynarodowe zaakceptowanie Polski jako kraju wasalnego wobec Moskwy i udowodnienie światu, że rząd w Warszawie potulnie ten fakt akceptując, zgadza się z nowym statusem Polski. Stąd tuskowy „diabelski dylemat” czy uznać prawdę czy polepszyć stosunki z Rosją, czyli uznać antypolskie kłamstwa, tj. zaakceptować status namiestnika. Tusk doskonale rozumie zmianę sytuacji, ale nie ma już wyjścia, stąd jego stwierdzenie: „strona polska nie powinna dać się sprowokować”, czyli – należy zaaprobować nową sytuację. Wtórują mu inni przedstawiciele „partii zagranicy”. Bronisław Komorowski nawołuje by „nie … stawiać na baczność całego państwa polskiego”. Wiceminister spraw zagranicznych Jacek Najder „będzie się jeszcze przyglądać”, drugi wiceminister Andrzej Kremer „będzie analizował fakty”. Może założą instytut naukowy; Kremer już odkrył, że Rosjanie są „nadwrażliwi”. Były sygnatariusz listu do obcych państw, Adam Rotfeld, zapewnia, że nie można „reagować na rozmaitego typu medialne wystąpienia”, a rzecznik rządu czeka „na oficjalne stanowisko Kremla”. Wiadomo bowiem, że rosyjski wywiad zagraniczny, którego szef Michaił Fradkow jest człowiekiem Putina, czy Siergiej Naryszkin, Szef Administracji Prezydenta Rosji, to zapewne osoby prywatne, nie mające nic wspólnego z państwem rosyjskim.

W interesie Rosji jest maksymalne przeczołganie Tuska i rządu w Warszawie, gdyż na Kremlu wiedzą, że „partia zagranicy” nie ma wyjścia i musi wszystko zaakceptować, każdy policzek, Rosja chce więc szybko uzyskać wszystko, póki jest dla niej dobra koniunktura. Możliwe, że na koniec Putin uzna, iż Tusk został już wystarczająco przeczołgany i na Westerplatte odegra rolę gołąbka. Osiągnąłby w ten sposób dwa cele: zrobiłby tego złego z Miedwiediewa, a Tuskowi dałby alibi do „skorzystania z okazji do milczenia”. W ten sposób rosyjskie roszczenia będą mogły uzyskać uznanie międzynarodowe jako nie zanegowane publicznie nawet przez rząd w Polsce.

Co pozostaje Polakom?

Ośrodek prezydencki nie ma narzędzi, ani możliwości prowadzenia polityki zagranicznej wbrew rządowi lub zamiast niego. Może tylko starać się torpedować służalcze i szkodliwe dla Polski wystąpienia i decyzje rządu warszawskiego, ściągając na siebie wściekłe ataki agentury. W tej sytuacji można jedynie teoretycznie rozważać jak Polacy powinni bronić swych interesów narodowych, gdyby w wyniku załamania się obecnego status quo uzyskali taką możliwość. W tej chwili od naszej woli zależy już niewiele, a decydujące znacznie ma sytuacja geopolityczna. Podstawowym naszym zadaniem jest przetrwanie przy najmniejszych stratach do jej zmiany. W tym celu należy podjąć działania na dwu płaszczyznach.

Starać się torpedować służalczą politykę rządu w Warszawie. Tylko nacisk społeczny może mu uniemożliwi ogłoszenie polityki zwasalizowania Polski jako wielkiego triumfu „rozsądku”. Zdradę trzeba nazywać zdradą. Naszą główną troską nie powinno być udowadnianie Unii, że zniesiemy wszystko i będziemy posłusznym wasalem Rosji by w Berlinie i Brukseli się na nas nie gniewano. Wprost przeciwnie, należy jasno stwierdzić, iż uznanie Polski za rosyjską strefę wpływów będzie początkiem nieustannych problemów dla Europy, a zwłaszcza masowej emigracji, niepokojów społecznych i politycznych, konfliktów z Rosją. Odstąpienie nas Rosji nie uspokoi Polski ale wprost przeciwnie, zdestabilizuje region. Należy przypomnieć, że Polacy potrafią walczyć nawet w beznadziejnej sytuacji. Europa nie musi wiedzieć, że większość obecnych mieszkańców Polski głosująca na „partię zagranicy” reprezentowaną przez PO nie ma nic wspólnego z dawnymi Polakami. Historia i symbole są potężnym orężem, mającym niewiele wspólnego z prawdą. Służyć temu powinna polityka historyczna; przypominanie historii walk z Rosją, sowieckiego ludobójstwa wobec nas i naszych sąsiadów. Początkiem powinno być masowe wyświetlanie filmu Edvinsa Snore „The Sowiet Story”, następnie filmu o głodzie na Ukrainie i przede wszystkim własna twórczość artystyczna i naukowa udostępniane na forum publicznym. Jednocześnie należy nazywać po imieniu i napiętnować działania rosyjskiej agentury wpływu i „partii białej flagi”. Wszyscy mszą wiedzieć kto należy do rosyjskiego lobby i prowadzi prorosyjską politykę.

Drugą płaszczyzną jest zaangażowanie w sprawy wschodnie. Nie można zostawić Ukrainy, Bałtów, Białorusi i Kaukazu. Jest to szerokie pole działalności dla organizacji społecznych,  mimo że będą za to niszczone przez rząd i opluwane przez agenturę. Chodzi o wywarcie takiego wpływu na naszą opinię publiczną by poparła te kraje w walce z Rosją. Szczegółowe działania niestety nie mogą być podane publicznie do wiadomości przed ich podjęciem z przyczyn oczywistych. Należy też udzielać poparcia politycznego i angażować się w krajach wschodnich.

Obecnie szanse Polski są nikłe, ale pogodzenie się z losem i rezygnacja z działania na pewno ich nie zwiększy. Sytuacja geopolityczna nie jest stała i trzeba zawsze być gotowym na wykorzystanie jej zmiany.

Autor publikacji: 
Ubekistan: 
Źródło: 
Gazeta Polska Nr września 2009