You are here

PRZY TOBIE, NAJJAŚNIEJSZY PUTINIE, STOIMY I STAĆ CHCEMY!

Lista sukcesów rządu w Warszawie w dbaniu o interesy rosyjskie jest długa. Podporządkowanie Polski rosyjskiej polityce energetycznej, czyli głównemu instrumentowi poszerzania neoimperialnych wpływów Moskwy, lobbowanie na rzecz jej interesów w Unii, odcięcie się od dawnych sojuszników na Wschodzie i rezygnacja z polityki zagranicznej w ogóle to zasady działania administracji warszawskiej. Kłamstwo smoleńskie jedynie spaja konsekwentną politykę Platformy Obywatelskiej.

Zaczęło się w lutym 2008 r., kiedy premier Tusk podczas wizyty w Moskwie ogłosił rezygnację z polskiego weta w sprawie mandatu na negocjacje UE z Rosją nowego globalnego porozumienia o współpracy. W zamian Putin wspaniałomyślnie podarował Tuskowi Festiwal Piosenki Rosyjskiej. To był dopiero pierwszy sukces premiera w zadowalaniu cudzych interesów.

Wprawdzie premier Finlandii Matti Vanhanen przestrzegł, że jeśli Unia nie wynegocjuje z Rosją nowego porozumienia, „każdy kraj będzie musiał się układać z Rosją bilateralnie w sprawach energii i innych kluczowych kwestiach”, ale po decyzji Tuska i tak Polska pozostała bez żadnej pomocy i już bez żadnych atutów.

Radykalny zwrot przyszedł w czasie agresji rosyjskiej na Gruzję w sierpniu 2008 r., kiedy rząd i PO otwarcie stanęły po stronie rosyjskiej i rozpętały nagonkę na śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a wyczyszczone służby specjalne przedstawiły prasowe argumenty rosyjskiej propagandy imperialnej jako tajny raport o sytuacji na Kaukazie i przyczynach wojny. Trudno dociec, dlaczego po prostu od razu nie zwrócono się do FSB, choć trzeba przyznać, że kierownictwo Platformy dzielnie broniło rosyjskich służb (sprawa ostrzału na granicy z Osetią).

Konsekwencją było całkowite désintéressement dla sytuacji na Ukrainie i uznanie jej przynależności do strefy wpływów rosyjskich, czego dowody dał Tusk we wrześniu 2009 r. na Westerplatte. Wiernopoddańczemu hołdowi wobec Putina towarzyszyło manifestowanie całkowitej obojętności wobec Ukrainy, reprezentowanej przez ówczesną premier Julię Tymoszenko.

Oczywiście projekt rurociągu Brody–Płock–Gdańsk, który miał przez Odessę otworzyć kaukaską drogę dla ropy, całkowicie pogrzebano. Minister Grad, jak zwykle gdy chodzi o interesy rosyjskie, stanął na wysokości zadania i ministerstwo zablokowało realizację inwestycji, na co zwrócił uwagę śp. Aleksander Szczygło (już nie przeszkadza).

Decyzje te uzasadniał minister Sikorski, potępiając „politykę jagiellońską”, pod którym to terminem kryje się obecnie polska niezależna polityka wschodnia. Miała ją zastąpić „idea piastowska”, czyli podporządkowanie Polski interesom państw unijnych, a konkretnie Niemcom, co w sytuacji partnerstwa niemiecko-rosyjskiego i służalczej wobec Rosji postawy Unii sprowadzało się do uznania rosyjskiego zwierzchnictwa. Miało je ukryć „partnerstwo wschodnie”, które szybko z namiastki zbliżenia z Unią przekształciło się w instrument unijny podporządkowania państw WNP Rosji. W praktyce bowiem Rosja uzyskała prawo weta wobec projektów „partnerstwa wschodniego”. Tak więc stało się ono kolejnym instrumentem umacniania wpływów Kremla na Wschodzie, ale za pieniądze unijne i przy pośrednictwie Warszawy.

Polityka energetyczna

Rząd PO podporządkował całkowicie polskie interesy rosyjskiej polityce energetycznej. Widocznie widział dla siebie gwarancje w całkowitej zależności Polski.

Nasze zapotrzebowanie roczne wynosi 14 mld m3 gazu, z czego wydobywamy obecnie niecałe 3 mld m3. Rząd Tuska przygotował nową umowę gazową, która czyni z Polski wasala Rosji. Mamy od przyszłego roku importować zamiast 8 mld m3 gazu 10,3 mld m3 i to do 2037 r., co czyni zwiększenie własnego wydobycia (np. łupki) i import gazu skroplonego niepotrzebnym. W sumie mamy zwiększyć importu rosyjskiego gazu o 196 mld m3 i to na zasadzie take or pay, czyli i tak musimy zapłacić, nawet jeśli gazu nie weźmiemy, a co gorsza – zgodziliśmy się na zakaz reeksportu. Rząd Tuska zagwarantował Gazpromowi zakupy gazu o wartości minimum 60 mld dol. w cenach przyszłorocznych. Jednocześnie Rosja zrezygnowała z budowy drugiej nitki gazociągu jamalskiego.

Ludzie Rosji w Polsce zawsze wmawiali nam, że gaz rosyjski jest najtańszy i dlatego nie stać nas na żaden inny. Tymczasem w Unii ceny za gaz spadły od 16 proc. do 25 proc., tylko u nas wzrosły o 6 proc. Zwolennicy wasalnego statusu Polski będą więc za swój serwilizm płacili w cenach gazu.

Oczywiście gaz łupkowy nie tylko uniezależniłby Polskę od dostaw rosyjskich, ale uczynił z nas eksportera. Dlatego partia rosyjska w Polsce już przyjęła propagandowe tezy rosyjskie o zniszczeniu środowiska przez wydobycie gazu łupkowego i jego rzekomo wyższej cenie. Tu też tkwi przyczyna wypowiedzi Bronisława Komorowskiego przeciwko wydobyciu gazu łupkowego. Jeśli nawet uda się uruchomić eksploatację łupków, należy się spodziewać, że PO zaangażuje Gazprom, abyśmy kupowali od Rosji własny gaz.

Rosja kontroluje tranzyt

Rurociąg jamalski na terenie Polski należy do spółki EuRoPol Gaz, której właścicielami dotąd byli Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo oraz Gazprom po 48 proc. i Gas-Trading – 4 proc.

Gas-Trading należał z kolei w 43,41 proc. do PGNiG, w 36,17 proc. do Bartimpexu Aleksandra Gudzowatego, w 2,27 proc. do Węglokoksu, w 2,27 proc. do Wintershall Erdgas Handelshaus i tylko w 15,88 proc. do Gazpromu-Eksport. Dzięki swojej pozycji w Gas-Trading PGNiG, czyli strona polska, miała więcej udziałów w EuRoPol Gazie niż Gazprom, co oczywiście było niekorzystne dla Rosji. Należało z tym zrobić porządek.

Pod koniec marca Rosja i Polska uzgodniły tekst protokołu z poprawkami do porozumienia międzyrządowego z 1993 r. o tranzycie gazu. Protokół przewidywał, że PGNiG i Gazprom wykupią po 2 proc. akcji od pozostałych udziałowców i staną się właścicielami EuRoPol Gazu po połowie, podczas gdy dotychczas rzeczywiste udziały PGNiG wynosiły 49,7 proc., a Gazpromu 48,6 proc. 13 kwietnia Putin wydał odpowiednie rozporządzenie zatwierdzające ten protokół. Negocjacje w sprawie wykupu akcji zaczęły się przed 10 kwietnia.

Jednocześnie przyjęto nowy statut EuRoPol Gazu przewidujący jednogłośność zarządu w kluczowych decyzjach, np. wysokości stawek za tranzyt gazu. Oznacza to, iż w praktyce o cenach za tranzyt będzie decydowała strona rosyjska.

Aby ochronić interesy rosyjskie i anulować Gazpromowi długi, zawieszono dwu polskich członków zarządu EuRoPol Gazu i na ich miejsce oddelegowano takich, którzy rozumieją uwarunkowania. Nowy zarząd w ciągu następnych dni zrzekł się faktycznie wszelkich roszczeń wobec Gazprom Eksportu za lata 2006–2009 w wysokości 180 mln dolarów oraz 25 mln już zasądzonych przez rosyjski (!) sąd arbitrażowy w Moskwie. Uzyskane w zamian upusty są fikcją. Władze warszawskie są więc bardziej spolegliwe wobec Rosji niż słynące z niezależności sądy w Moskwie!

Kancelaria Prezydenta groziła komisją śledczą, jeśli dług zostałby umorzony, a umowa gazowa podpisana, ale 10 kwietnia przestała przeszkadzać.

Zadusić Gazoport

Decyzję o budowie terminalu do odbioru gazu skroplonego w Świnoujściu podjął jeszcze rząd PiS i Gazoport pierwotnie miał być gotowy do 2011 r., ale gabinetowi ciemniaków udało się opóźnić budowę o trzy lata. 2,5 roku potrzebowali na rozpisanie i rozstrzygnięcie przetargu, tudzież wydanie pozwolenia na budowę, no ale mieli inne priorytety. Wreszcie zezwolenie na budowę miało być gotowe we wrześniu 2009 r., ale ministrowi Gradowi udało się opóźnić jego wydanie do maja br. Budowa miała ruszyć w kwietniu 2010 r., ale przetarg rozstrzygnięto dopiero w czerwcu, więc może prace zaczną się we wrześniu. Powinien być gotowy na przełomie 2013 i 2014 r., ponieważ w połowie tego roku przypłyną pierwsze gazowce z Kataru. Mają one dostarczać milion ton gazu skroplonego (LNG) rocznie, czyli 4 mld m3 normalnego.

Oczywiście działanie gazoportu nie jest w interesie rosyjskim. Skoro nie można było zniweczyć jego budowy, pozostaje plan „B” – uczynienie jego istnienia bezsensownym.

Przeciętne gazowce mają obecnie zanurzenie: LNG 11,4 m, a LPG – 12,5 m., podczas gdy tor wodny do Świnoujścia ma 13,5 m. i miał być pogłębiany. Jeśli rura Gazociągu Bałtyckiego ułożona zostałaby na dnie Bałtyku w poprzek drogi wodnej do Świnoujścia, to gazowce nie mogłyby wpływać, gdyż ocierałyby się o rurę, a więc budowa stałaby się bezsensowna. Pomijamy tu fakt, iż największe gazowce zbudowane dla Grecji mają 22 m zanurzenia.

2 marca br. minister Sikorski oszukał opinię publiczną, twierdząc, iż Niemcy zgodziły się wkopać rurę Gazociągu Bałtyckiego na odcinku 20 km, by umożliwić wpływanie do portu statkom o dużym zanurzeniu. Sprawa ta nie została załatwiona, a pozycja na klęczkach nie dość, że jest niewygodna – bolą kolana – to jeszcze mało skuteczna. Niemcy dyskutują, ale 9 kwietnia już rozpoczęły kładzenie rury przez swój akwen i mają zakończyć prace na swoich wodach terytorialnych do listopada. A eksperci radzą, oczywiście bez rezultatu.

W tej sytuacji jest bardzo prawdopodobne, że rząd, przeciągając budowę, będzie mógł ogłosić rezygnację z niej, gdy odcinek gazociągu w newralgicznym punkcie zostanie ukończony. Gdyby budowę rozpoczęto wcześniej, zachodnie firmy zaangażowane w nią byłyby zainteresowane w wywieraniu nacisku na rząd niemiecki, co leżałoby także w naszym interesie.

Kaliningrad ważniejszy od Litwy

8 grudnia 2006 r. rząd PiS podpisał wstępne porozumienie w sprawie udziału razem z państwami bałtyckimi w budowie elektrowni atomowej w Ignalinie. Pierwsze spotkanie w sprawie budowy bloków energetycznych odbyło się w Warszawie w styczniu 2007 r. i Zarząd Polskich Sieci Energetycznych SA przewidywał, że umowa zostanie podpisana do końca 2007 r., ale w tym czasie Putin wygrał wybory parlamentarne w Polsce i nastąpiły trzy lata zwlekania. W tym roku Litwa ma wybrać inwestora i prace z pewnością nie ruszą wcześniej niż w przyszłym roku.

Elektrownia w Ignalinie uderza w imperialne interesy Rosji. Dlatego przeciwstawiła jej projekt wzniesienia elektrowni w Okręgu Królewieckim. W maju tego roku zaczęto mówić o zainteresowaniu rządu Tuska udziałem w inwestycji rosyjskiej. Zobaczymy, za ile czasu dowiemy się, że Polska Tuska już zmieniła zamiary i przyłącza się do budowy elektrowni rosyjskiej, z powodu „kłopotów obiektywnych” na Litwie.

8 grudnia 2006 r., po wielu latach zwlekania, podpisano w Wilnie także porozumienie w sprawie połączenia transgranicznego systemów elektroenergetycznych Polski i Litwy, czyli tzw. mostu energetycznego. Ma on prowadzić z Olity do Ełku; 106 km po stronie polskiej i 48 po litewskiej. Linia o mocy 1000 MW i napięciu 400 kV ma kosztować ok. 237 mln euro, zaś wszystkie nakłady po stronie polskiej 600 mln euro. Znaczenie mostu polega na włączeniu Litwy do systemu europejskiego i uniezależnieniu się od Rosji. Na razie Rosja ma nie zostać dopuszczona do inwestycji, ale już zapowiedziano, że kwestia ta będzie otwarta po połączeniu państw bałtyckich z systemem zachodnioeuropejskim.

Po blisko trzech latach zwlekania, wreszcie w czerwcu rozpoczęto konsultacje społeczne w sprawie przebiegu linii energetycznej. Pierwsza linia byłaby gotowa w 2015 r., a całość trzy lata później.

Na służbie rosyjskiej propagandy

Moskwa zawsze dostarczała argumentu – usprawiedliwienia państwom, które z tchórzostwa lub interesu własnego handlowały losem innych narodów, żądając od nich podporządkowania się Rosji. Terminem-wytrychem jest rusofobia. Każdy, kto nie chce uznać wyższości interesów rosyjskich, broni własnej niepodległości i nie chce paść przed Kremlem na kolana, jest rusofobem. Państwa zachodnie ze strachu przed Rosją gotowe są poświęcić każdego, ale potrzebują propagandowej racjonalizacji: przecież Polacy to rusofobi i nieustannie atakują Rosję, która pragnie tylko dobrosąsiedzkiej współpracy.

Rząd Tuka i PO przyłączył się do imperialnej propagandy rosyjskiej, nieustannie oskarżając opozycję i Polaków o rusofobię i demonstrując swoją gotowość do spełnienia każdego żądania Rosji, by udowodnić, iż są jedyną przeciwwagą dla zwolenników obrony interesów polskich, czyli rusofobów.

Przykładem takiej postawy było ostatnie wystąpienie szefa MSWiA Jerzego Millera, który wskazał na polskich krytyków postępowania Rosji w badaniu katastrofy jako winnych złej współpracy ze stroną rosyjską ws. śledztwa smoleńskiego.

Adwokat Kremla

5 lutego 2010 r. minister Sikorski w artykule w „Süddeutsche Zeitung” stwierdził: „z procesu rozszerzenia NATO nie należy z góry wykluczać Rosji, ponieważ jej członkostwo mogłoby przynieść stabilność i bezpieczeństwo regionom, w których dotychczas nie było ani jednego, ani drugiego”. 6 sierpnia konsekwentnie Sikorski zapowiedział, iż razem z ministrem Millerem napiszą list do swoich odpowiedników w krajach Unii nawołujący do objęcia Obwodu Kaliningradzkiego umową o małym ruchu granicznym. Tak więc kiedyś Polska miała być adwokatem Ukrainy w Unii – dziś okazuje się adwokatem Rosji.

Jednocześnie Sikorski poinformował, że zaprosił Siergieja Ławrowa, ministra spraw zagranicznych Rosji, do udziału w naradzie polskich ambasadorów pod koniec sierpnia. Czy to oznacza, że ambasadorzy III RP będą raportowali przed swoim właściwym zwierzchnikiem?

Polityka na kierunku zachodnim jest równie służalcza. Wystarczy przypomnieć postawę wobec budowy „Ośrodka Wypędzeń” czy choćby ustępliwość w sprawie emisji CO2 na lata 2008–2012. Rząd PiS skierował sprawę wysokości przydziału emisji do sądu UE w Luksemburgu. Wprawdzie Polska wygrała, ale rząd Tuska w marcu zapowiedział ustępstwa, gdyż żądaliśmy za dużo.

Powstaje pytanie, czy kraj, którego rząd z własnej woli rezygnuje z polityki zagranicznej albo sprowadza ją dobrowolnie do służenia interesom innego państwa czy państw, jest czymś więcej niż administratorem danego obszaru? Taki właśnie swój statut podkreśliła koalicja, przyjmując ustawę kompetencyjną. Odtąd o zakresie spraw krajowych oddawanych w kompetencje Brukseli decydować będzie większość rządowa, a nie konstytucyjna, czyli z procesu decydowania wyłączono opozycję

Autor publikacji: 
Ubekistan: 
Źródło: 
Gazeta Polska Nr sierpnia 2010