You are here

Państwo w państwie

Tajne służby wymagają kontroli, gdyż mają tendencję do wykraczania poza prawo i zamiast pilnować bezpieczeństwa państwa i obywateli, dobierają się do opozycji i chcą robić własne interesy. Mają też tendencję do usamodzielniania się i brania udziału w polityce, a nawet zagrażania rządzącym. Wydaje się jednak, że Donald Tusk postanowił zawrzeć ze służbami prosty układ: róbta, co chceta, byleście mnie nie tykali.

Po aferze „Olina” w 1996 r., kiedy Józef Oleksy został oskarżony o pracę dla KGB i służb rosyjskich, Urząd Ochrony Państwa wyjęto ze struktury MSW i podporządkowano premierowi. W jego imieniu nadzór nad UOP-em miał sprawować minister koordynator służb specjalnych. W 2002 r. w miejsce UOP-u powołano Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencję Wywiadu, które miał nadal nadzorować w imieniu premiera minister koordynator. W 2006 r. rozwiązano Wojskowe Służby Informacyjne i utworzono Służbę Wywiadu Wojskowego oraz Służbę Kontrwywiadu Wojskowego, które także miał kontrolować minister koordynator, ale za pośrednictwem MON-u. Pod jego nadzorem znalazła się również nowa służba – powołane wówczas Centralne Biuro Antykorupcyjne.

Po wygraniu wyborów w 2007 r. Tusk zastąpił ministra koordynatora pełnomocnikiem rządu ds. bezpieczeństwa i koordynatorem służb specjalnych, na szczeblu podsekretarza stanu. Obniżenie rangi było ukłonem w stronę służb i pierwszym krokiem do wyjęcia ich spod jakiejkolwiek kontroli.

Benny Hill

Donald Tusk mianował na stanowisko pełnomocnika i koordynatora Pawła Grasia. W środowisku służb uchodził on za imprezowicza i gościa, który wszystko zawali. Był więc doskonałym kandydatem na nadzorcę w stylu Benny’ego Hilla. Zaraz więc naciśnięto przycisk z napisem „dziennikarze” i w mediach zaczęto robić z niego Jamesa Bonda. Fakt, Graś oglądał filmy i czytał książki o Bondzie. Zawód agenta 007 kojarzył się mu jednak raczej z częstym piciem martini. W wąskim gronie pozował więc z tym trunkiem, choć zabawowy facet wolał coś bardziej słowiańskiego. No, ale służba nie drużba. Później okazało się, że zarabiał, pilnując mieszkania. Nie był to jednak lokal kontaktowy czy konspiracyjny żadnego wywiadu państwa miłującego pokój, a zwłaszcza Polskę, tylko willa niemieckiego biznesmena, w której nasz Benny Hill mieszkał za darmo.

Zabawa w Tuskowego Bonda trwała dwa miesiące. Graś chciał się wykazać, nie rozumiał, że jego pryncypał jest, jak na człowieka chytrego przystało, ostrożniejszy. A później się przestraszył i został usunięty. Dymisję ukrywano przez prawie tydzień. W 2008 r. partia skierowała Benny’ego Hilla służb na bardziej odpowiadające mu stanowisko rzecznika rządu. Wtedy przestał ponosić konkretną odpowiedzialność i poczuł się lepiej. Jako rzecznik mógł wreszcie poratować zdrowie, które było oficjalnym powodem jego dymisji. Kuracja rzecznikowa mu posłużyła, gdyż obecnie prezentuje się całkiem zdrowo i beztrosko.

Figurant

Tusk zlikwidował stanowisko pełnomocnika i ogłosił, że sam przejmuje kontrolę nad służbami. Jednocześnie dla zabawy powołał na sekretarza kolegium ds. służb specjalnych swojego doradcę Jacka Cichockiego. Kolegium ma zaledwie głos doradczy i wydaje opinie w kwestiach dotyczących służb specjalnych oraz straży więziennej, celnej, BOR-u, kontroli skarbowej itp., czyli jest ciałem fasadowym, na które zawsze można zrzucić jakąś część odpowiedzialności: przecież tak uważało kolegium.

Jacek Cichocki był wieloletnim pracownikiem Fundacji Batorego, a następnie Ośrodka Studiów Wschodnich, czyli instytucji zajmującej się białym wywiadem. Główną jego dewizą było: nikomu się nie narażać i nie przeszkadzać, nie wydawać żadnych zdecydowanych ocen. Szybko więc awansował na dyrektora OSW (2004–2007).

Służby mogły więc zająć się tym, co lubią najbardziej, czyli robieniem interesów. Tusk był zadowolony, pozwalał na wszystko, w tym na budowę imperium ABW Krzysztofa Bondaryka, oczekując w zamian jedynie braku kłopotów: daję wam wolną rękę, a wy za to otaczajcie miłością moich przeciwników. Tak, aby nawet nie pisnęli.

Kozioł ofiarny

Rozwiązanie to miało jednak poważny minus – premier jako oficjalny „kontroler” służb ponosił odpowiedzialność za ich działania, gdyby coś poszło nie tak. Należało więc znaleźć kozła ofiarnego, który jednak nikomu by nie przeszkadzał, a jego upadku nawet nikt by nie zauważył. A chętny w swojej naiwności człowiek-nikt był pod ręką.

Cichocki jest niezwykle miły i kulturalny, a jego główną dewizą jest: nie widzieć, nie słyszeć, nie wiedzieć i siedzieć cicho, bo możni są potężni i mogą zrobić krzywdę, a wtedy bezrobocie czeka. Takie zalety rozstrzygnęły o tym, że został teraz nagrodzony stanowiskiem ministra spraw wewnętrznych, któremu ponownie podporządkowano służby specjalne, jak przed 1996 r. Tylko że tym razem ministrem jest szara myszka bojąca się własnego cienia, a jej podwładnym Krzysztof Bondaryk – najpotężniejsza osoba w państwie. Ciekawe, czy bawi go ta sytuacja, czy raczej czuje się urażony kalibrem „kontrolera”?

To Bondaryk jest kontrolerem wszystkich służb specjalnych. Pozostałe służby mają bowiem obowiązek przekazywać przez Centrum Antyterrorystyczne zdobyte informacje właśnie ABW. Pod pretekstem walki z nieistniejącym w Polsce terroryzmem można wszystko. W 2010 r. co 30. Polak był podsłuchiwany lub sprawdzano jego billingi, nie licząc dziesiątków tysięcy podsłuchów krótkich, na które nie trzeba uzyskiwać zezwolenia prokuratury lub sądu.

I oto szef ABW – specjalista od telekomunikacji i miłośnik podsłuchów, który poznał działalność w konspiracji i więzienie, a w służbach pracuje od roku 1990 z małą przerwą na biznes, gdzie zresztą też zajmował się monitorowaniem podsłuchów w spółkach telefonii komórkowej – ma podlegać miłemu chłopcu, który pracował przy biurku, czytając gazety i prowadząc miłe pogwarki z kolegami w OSW.

Nawet najbardziej zaufani współpracownicy w chwili pojawienia się problemów zaczynają myśleć wyłącznie o sobie. Tusk o tym wie, ale mianowanie Cichockiego pokazuje, że premier nie tyle nie boi się samodzielności szefa ABW, co po prostu już nic sam nie może.

Autor publikacji: 
Ubekistan: 
Źródło: 
GPC Numer 74 - 06.12.2011