You are here

Wykorzenieni ćwierćinteligenci z aspiracjami

„Młodzi, wykształceni z dużych miast” są w rzeczywistości parweniuszami przybyłymi do dużych miast, niewykształconymi i wykorzenionymi, gdyż nie znają ani kultury polskiej, ani tym bardziej europejskiej. Pozbawieni bagażu intelektualnego starają się świecić światłem odbitym, ale z racji braku wiedzy i smaku wybierają najbardziej prymitywne intelektualnie wzorce. To dla nich są TVN i prawdy z Czerskiej.

Dobre wykształcenie młodego pokolenia jest absolutnym mitem. Nieprzypadkowo nie mówi się o dobrze wykształconych inżynierach, gdyż ich wiedza i umiejętności są łatwo mierzalne. Dlatego mit dotyczy sfery humanistycznej i ekonomii.

Już w szkole nie otrzymali żadnego wykształcenia, a tylko bełkot wzmagany przez media, są więc wykorzenieni, bo odcięci od tradycji, wspólnych wartości, mitów konstytuujących wspólnotę narodową. O erudycji lepiej nie wspominać, i tak by tego pojęcia nie zrozumieli.
W trakcie studiów nie nabywali żadnych umiejętności, a także żadnej wiedzy. W szczególności charakterystyczny jest dla nich brak umiejętności rozumowania przyczynowo-skutkowego. Dlatego nie są w stanie myśleć, a jedynie potrafią powtarzać kalki zasłyszanych sloganów.

Rozmowa z inteligentem z tradycyjnym wykształceniem jest dla nich niedostępna – nie rozumieją większości słów, aluzji, obrazów i odwołań, np. do literatury czy historii. Ich nauczyciele i fabrykanci zdają sobie z tego sprawę i dlatego podpowiadają im, że uczestniczą w kulturze europejskiej.

Podróżowanie po Europie nie oznacza jeszcze uczestniczenia w kulturze europejskiej, a znajomość języków nie ma nic wspólnego z wykształceniem. Jak Murzyna przywieziono z Afryki, to też musiał się nauczyć języka swojego właściciela, ale podobnie jak nasi parweniusze nie czytał Szekspira.

Gondole w Wenecji dla tych Europejczyków to „czarne łódki”. Przecież nigdy nie czytali pamiętników Casanovy, a tym bardziej nie słyszeli o jakimś Boccacciu czy Dantem. Ten ostatni co najwyżej może im się kojarzyć z tytułem filmu „Góra Dantego”.

Przyczyny

Tworzenie fabryk ćwierćinteligentów stało się doskonałą formą recyklingu dla nomenklatury ideologicznej, związanych z nią specjalistów od imperializmu amerykańskiego i marksizmu oraz bezpieki.

Zatrudnianie towarzyszy z bezpieczeństwa stało sią też najlepszą gwarancją braku kłopotów ze strony ministerstwa. Swój swojego wspierał, a jeśli nie był z resortu, to doskonale rozumiał, że tylko spolegliwość wobec komunistycznej bezpieki zapewnia spokojny żywot w III RP.

Oczywiście wielu przedstawicieli kadry niezwiązanej z organami też otrzymywało możliwość dorobienia w fabrykach, zwłaszcza gdy byli produktami Czerskiej.

Państwo popierało tworzenie fabryk ćwierćinteligentów nie tylko dlatego, że koledzy z aparatu mieli zatrudnienie, ale ponieważ możliwość dorabiania na prywatnych uczelniach zwalniała budżet z konieczności podwyższenia głodowych pensji dla kadry naukowej. Żyła ona de facto z grantów, co jeszcze bardziej uzależniało pracowników naukowych od systemu i od dorabiania w fabrykach.

Dla mas aspirujących szkolnictwo prywatne gwarantowało uzyskanie papierka bez względu na poziom zdobytej wiedzy. Dla większości tych ludzi wykształcenie wyższe byłoby niedostępne, gdyby przyszło zdawać zwykłe egzaminy wstępne lub uczyć się na dawnym poziomie i zaliczać semestry. Po prostu nie sprostaliby nawet przeciętnym wymaganiom z czasów komunizmu. Dlatego też nie rozwinęło się prywatne szkolnictwo matematyczno-przyrodnicze i techniczne. Po prostu nie ma czegoś takiego jak uproszczona matematyka. Nie można opanować tej dziedziny, nie znając całek, ale filozofię można ukończyć, myląc Platona z Plotynem, zaś magistrem historii zostać, nie wiedząc, iż były jakieś rozbiory.

Ulubionymi kierunkami stały się dziedziny fikcyjne. Najbardziej rozkwitły szkoły biznesu, marketingu i administracji, czyli o niczym. Nie słyszałem, by tam ktoś nauczył się prowadzić firmę. Potrzebował jedynie papierka i uzyskał go.

Owo masowe zapotrzebowanie na ćwierćinteligentów nie wynikało z braku specjalistów od marketingu, tylko było formą awansu społecznego, jaką oferował system, by zapewnić sobie bezpieczeństwo. Miejsca zostały jednak już zajęte i stąd obecnie sytuacja jest inna. Awanse się skończyły.

Degeneracja rozszerza się

Prywatne szkolnictwo zakaziło państwowe uczelnie, które w sytuacji niżu demograficznego muszą konkurować, oferując gorszy produkt. Dlatego troską rektorów jest niesprawianie kłopotów studentom: żadnych obowiązków, żadnej nauki, żadnych wymagań. Ideałem stały się zaliczenia za samą obecność i najważniejsze, by przedmiotów było jak najmniej, a nauka trwała jak najkrócej, np. 3–4 dni w tygodniu po kilka godzin.

Kres normalnej nauce w humanistyce położyła likwidacja ćwiczeń na rzecz wykładów. Oznacza to, że studenci nie uczą sią wnioskowania i rozumowania przyczynowo-skutkowego. Tacy obywatele są przez elity najbardziej cenieni. Na wykładach można SMS-ować i generalnie odpocząć. Jeśli jakieś prace pisemne jeszcze istnieją, wystarczy skopiować coś z internetu, a w czasie fikcyjnego egzaminu i tak nikt nie weryfikuje poziomu wiedzy. Gdy jeszcze nie było niżu demograficznego, wykłady np. dla 100 słuchaczy nie mogły spełnić swego zadania, skoro nie następował po nich bezpośredni kontakt ze studentem w czasie ćwiczeń.

Bunt koncesjonowany

Młodzi wykształceni z dużych miast nie zbuntują się, gdyż wymagałoby to charakteru i podjęcia ryzyka, a oni ćwiczyli się w służalczości i powtarzaniu sloganów – warunku otrzymania pracy i awansu. Swoje frustracje wyładują, popierając stworzony dla nich Ruch Poparcia Palikota, i będą twierdzili, iż w ten sposób sprzeciwiają się establishmentowi. Oczywiście sami tego nie wymyślą, ale reżymowe media już im podpowiedziały, że Ruch Poparcia Palikota jest „antysystemowy”. Będą więc antysystemowi, pomagając reżymowi bezpiecznie przetrwać. Jeśli jeszcze nie zorientowali się, co mają robić, bo im TVN i TOK FM tłumaczył, używając zbyt skomplikowanych słów, pozostaną w domu i nie pójdą głosować.

Autor publikacji: 
Ubekistan: 
Źródło: 
Gazeta Polska Nr 40 z 5 października 2011