You are here

POLITYCZNE ROZHISTERYZOWANIE

Zarówno sama historia, jak i prowadzenie polityki historycznej, są wciąż przedmiotami sporów i walki o różne modele kształtowania się tożsamości narodowej. Sytuacja Polski pod tym względem wydaje się bardzo trudna, ponieważ sami mamy problemy z interpretacją naszej przeszłości, a także z powodu dynamicznego rozwoju sprzecznych z polską racją stanu wizji historii kreowanych przez naszych sąsiadów.

„Holokaustyzacja wypędzonych”

Jeszcze do niedawna wiele osób przyjmowało z kpiącym uśmieszkiem głosy rozsądku i przestrogi, ostrzegające przed niemieckim rewizjonizmem i panią Eriką Steinbach. Określano je mianem polskiej ksenofobii i postawy niezgodnej z europejskimi kanonami. Po obu stronach Odry większość światłych mediów skupiała się na relatywizowaniu znaczenia. Związku Wypędzonych i jego charyzmatycznej przewodniczącej. Przedstawiano ją jako osobę o niebezpiecznych poglądach, ale pozostającą na marginesie życia politycznego, której wpływy znikną całkowicie, gdy tylko odejdą ostatni, wiekowi członkowie Związku.
Argumentowano, że dzisiejsze Niemcy są państwem, któremu zależy na jak najlepszych relacjach ze swoim wschodnim sąsiadem, które przyznaje się do odpowiedzialności za tragedię II wojny światowej i już dawno radykalnie odrzuciło imperialistyczne wizje „podboju Wschodu” i zmiany granic. Teraz podobno kieruje swoją energię tylko i wyłącznie ku rozwojowi ekonomicznemu naszego regionu. Co więcej, kanclerz Angela Merkel była przedstawiana jako osobisty wróg demonicznej pani przewodniczącej, a nawet wtedy, gdy musiała prosić ją o poparcie w ostatnich wyborach parlamentarnych, była broniona argumentami o naturalnej pragmatyce cechującej politykę. Niewiele osób chciało przyznać, że mamy jednak do czynienia ze wzrostem znaczenia tej organizacji, której działalność zyskuje coraz większe grono zwolenników. Zabieg ten nie spotkał się do tej pory z bardziej zdecydowaną reakcją polskich dyplomatów, którzy starają się taktownie milczeć, uznając, że ich głos może zostać uznany jako próba mieszania się w wewnętrzne sprawy Niemiec. Nikt przecież nie chce być przez naszych „adwokatów w Europie” zaliczony do grona krzykaczy spod znaku braci Kaczyńskich.

I kto tu jest dyplomatołkiem?

Władysław Bartoszewski, który o politykach poprzedniej ekipy rządzącej wypowiadał się pogardliwie jako o dyplomatołkach, był także przez pewien czas na celowniku części niemieckich mediów, gdy zdarzyło mu się nieprzychylnie mówić o nowych interpretacjach niemieckiej historii II wojny światowej. Wrócił do łask, gdy zmianie uległ ton jego wypowiedzi. Dziś mamy do czynienia z sytuacją, gdy każde słowo krytyki w stosunku do „nowego spojrzenia na historię”, dokonywanego przez naszych zachodnich sąsiadów, spotyka się z ich strony z zarzutami o nacjonalizm, brak poszanowania wrażliwości niemieckiej i pozostawanie w okowach mentalności „rewanżystowskiej”. Twierdzi się, że Niemcy już wystarczająco rozliczyły się ze swojej historii, więc nadszedł czas, żeby podobną drogę przeszli Polacy czy Czesi, sugerując, że oni też mają bardzo dużo na sumieniu. Stopniowo, zawoalowanymi metodami wykorzystując placówki kulturalne i nowe produkcje filmowe, ogranicza się wypowiedzi w mediach i publikacjach o odpowiedzialności narodu niemieckiego za wywołanie II wojny światowej i przedstawia się go jako największą po Żydach ofiarę Hitlera. Słowo „Niemiec” zastępowane jest przez enigmatycznych faszystów, nazistów (na co zwrócił uwagę w Kinderszenen Jarosław Maria Rymkiewicz) czy osamotnionego Hitlera, który „uwiódł”, pokojowo, w gruncie rzeczy, nastawione społeczeństwo niemieckie. „Wypędzenie” przedstawiane jest zaś jako największa, obok Holocaustu, czystka etniczna, dokonana przez nacjonalistów dążących do budowy homogenicznego państwa narodowego. Profesor Zdzisław Krasnodębski podkreśla, że mamy w coraz większym stopniu do czynienia z procesem rehabilitowania win narodu niemieckiego, a odpowiedzialność za tragedię II wojny światowej coraz częściej przenoszona jest na niesprawiedliwy pokój wersalski, a nawet na konfrontacyjną politykę II RP, która oskarżana jest o to, że po I wojnie światowej niesprawiedliwie wzbogaciła się o terytoria niemieckie i w 1939 roku powinna zaakceptować niewygórowane żądania Hitlera. Nie można też zapominać o ciągle występujących w mediach określeniach „polskie obozy zagłady”, popularności insynuacji o polskim antysemityzmie i krytyce tych, którzy podkreślają, że w obozach koncentracyjnych nie ginęli tylko Żydzi.

Nierówne partnerstwo

Poparcie licznej grupy posłów CDU/CSU wizji historii reprezentowanej przez Erikę Steinbach, porażka rywalizującego z nią niemieckiego ministra spraw zagranicznych. Guida Westerwellego, który został przez część prasy oskarżony o realizowanie interesów Polski, przeciwnych dążeniom „szerokiej grupy” społeczeństwa niemieckiego i wyciszenie sprawy odejścia z grona doradczego fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie ostatnich historyków spoza Niemiec (m in prof Tomasza Szaroty) sprawiają, że jedyną nadzieją na zatrzymanie tego procesu są środowiska żydowskie. To właśnie ostatnia wypowiedź Centralnej Rady Żydów, która nie zgadza się z taką koncepcją Centrum przeciwko Wypędzeniom, może ostatecznie pogrzebać ten projekt. Nie zmienia to jednak faktu, że pojednanie między Niemcami a Polakami z lat dziewięćdziesiątych, zamiast służyć odrodzeniu moralnemu i duchowemu potrzebne było naszym zachodnim sąsiadom do tego, by stać się „normalnym państwem”, nieobciążonym ciągłym poczuciem winy, i sięgnąć po przywództwo nad naszym kontynentem. Nieliczenie się z głosem Polski w sprawie gazociągu północnego, lekceważenie naszych interesów narodowych i nawiązywanie ścisłej współpracy z Rosją, która grozi bezpieczeństwu państw Europy Środkowej i samemu NATO, pokazuje, w jaki sposób Berlin realizuje rzeczywiste stosunki z Warszawą.

„Korporacja kłamców”

Jeżeli nowa niemiecka interpretacja historii razi i rozmazuje odpowiedzialność za wybuch i konsekwencje II wojny światowej, to jak nazwać historyczne interpretacje władz Kremla, zanim doszło do katastrowy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem? Wyobraźmy sobie Angelę Merkel opowiadającą podczas uroczystości rocznicowych, że Holocaust to wymysł nieprzychylnych Niemcom historyków, a 1 września 1939 roku to Polska zaatakowała rozpaczliwie poszukującego pokoju Hitlera. To, że w podobnym tonie, operując niezliczoną ilością absurdalnych i nawzajem wykluczających się scenariuszy wydarzeń, wypowiada się Putin, Miedwiediew czy któryś z rosyjskich ministrów bądź nadwornych historyków, już nikogo nie dziwi. No, prawie nikogo, bo na przykładzie listu Putina opublikowanego w zeszłym roku w „Gazecie Wyborczej” przed obchodami wybuchu II wojny światowej, można było przekonać się, że wciąż są w Polsce „eksperci”, którzy wierzą, że kagiebiści z Kremla z dobrej woli doprowadzą do zliberalizowania systemu w Rosji. Podobny wybuch entuzjazmu wywołała początkowa informacja o zaproszeniu wystosowanym przez Putina na wspólne obchody rocznicy mordu katyńskiego. Schody zaczęły się po informacji, że tylko premier Tusk będzie w Katyniu mile widziany, a prezydent Kaczyński już nie. Takie dzielenie przez Rosjan polskiej sceny politycznej znamy jeszcze z czasów przedrozbiorowych. W efekcie doprowadziło ono do skutecznego osłabienia naszego kraju i utraty znaczenia na arenie międzynarodowej. Spoiwem dzisiejszej Rosji jest, obok rehabilitowanej, zależnej od władz państwowych Cerkwi Prawosławnej i hybrydy sowieckości z caratem, mit „wojny ojczyźnianej”, który utrwalany na różne sposoby przez jej dzisiejszych władców, coraz bardziej trzeszczy w szwach. Prawda o ludobójstwie w Katyniu jest zaś jednym z najniebezpieczniejszych dla niego szczegółów.

Stalin: bohaterski, głupi, zły czy przewidujący?

Proces interpretowania II wojny światowej związany jest bezpośrednio z postacią Józefa Stalina, którego ocena zmieniała się w ostatnim półwieczu przynajmniej czterokrotnie Oczywiście, w trakcie jego życia, nikt nie śmiał powiedzieć o nim nic innego niż to, że jako Geniusz poprowadził on naród sowiecki do ostatecznego zwycięstwa nad faszyzmem Koniec, kropka. Po jego śmierci Nikita Chruszczow zapoczątkował swoim referatem wielką reinterpretację tego wydarzenia, a także postaci towarzysza „Koby”. To od tego momentu zaczęto określać go jako bogu ducha winnego głupca i tchórza, który robił wszystko, by uniknąć wojny z potężnym, agresywnym Hitlerem. Słabością jego charakteru tłumaczono, że szedł on na wszelkie ustępstwa, podpisał pakt Ribbentrop- Mołotow, przekazywał. Niemcom surowce strategiczne, a będąc człowiekiem nieskorym do wojaczki, zaniedbywał armię, co umożliwiło sukcesy niemieckie na froncie wschodnim. Mimo posiadania tak nieudanego wodza naród sowiecki potrafił jednak przejąć inicjatywę i kolejny raz w historii Rosji pokazał, że gdy zawodzą przywódcy, on sam bierze sprawy w swoje ręce i ratuje nie tylko swój kraj, ale i cały świat Ta wizja „wielkiej wojny ojczyźnianej” przetrwała aż do rozpadu Związku. Sowieckiego i trwa do dzisiaj. Mimo że oblicza Stalina ulegały zmianom jeszcze dwukrotnie Za czasów Borysa Jelcyna, który odgrywał przez Zachodem rolę demokraty, dążącego do zwesternizowania Rosji, Wielki Wódz wylądował na marginesie. W tym czasie wolność badań historycznych i dostęp do archiwów osiągnęły niewidziany w Rosji do dnia dzisiejszego poziom, o czym świadczą choćby publikacje Władimira Bukowskiego. W miejsce złego Stalina umieszczono dobrego, „prawdziwego komunistę” i idealistę Lenina, co zostało dobrze przyjęte przez salonowych intelektualistów na Zachodzie. Gdy jednak procesy demokratyzacyjne, które doskonale opisał w książce Rozgrabione Imperium prof Włodzimierz Marciniak, ostatecznie zostały ośmieszone i zakończyły się klęską, do głosu doszli ludzie KGB, którzy wiedzieli, jakiej „demokracji” Rosji rzeczywiście potrzeba. Od momentu objęcia władzy przez Putina i wypowiedzenia słów: „Towarzysze oficerowie, zadanie wykonane”, także dla Stalina, jak i dla całej Rosji, nadeszły nowe czasy Od tej pory generalissimus miał się stać przewidującym strategiem pragmatykiem, który dla dobra swojego narodu był gotowy pertraktować nawet z samym diabłem.

„Ciemny lud wszystko kupi”

Analizując liczne doniesienia medialne o kolejnych rewolucyjnych interpretacjach najnowszej historii dokonywanych przez rosyjskich propagandystów, trudno nie zgodzić się z twierdzeniem, że tego typu nowinki przeznaczone są na rynek wewnętrzny, gdyż ze względu na swoją toporność nikt poza granicami Rosji ich nie zaakceptuje. Wysługujący się Kremlowi historycy pokroju Natalii Narocznickiej i Lwa Sockowa otrzymali od jego włodarzy do wykonania nie lada zadanie. Według najnowszej wersji historii Stalin nie jest już naiwniakiem, gdyż zmienił się w genialnego stratega, który zawarł pakt z Hitlerem, zajął pół Polski i do ostatniej chwili dostarczał mu surowców do prowadzenia walk po to, by zyskać czas niezbędny do przygotowania armii i społeczeństwa do „nieuchronnego starcia” z Niemcami. Protokół podpisany przez obu przywódców, dzielący Europę na strefy wpływów, jak i pozostałe niekorzystne dla takich interpretacji fakty, zostają dziś przemilczane albo są przykrywane „najnowszymi odkryciami”. Takimi, jak choćby informacje o tym, że II RP wraz z Niemcami szykowała się do ataku na Związek Sowiecki i że sprawa mordów katyńskich nie jest wcale tak jednoznaczna, gdyż Polacy także mają rosyjską krew na rękach w postaci tysięcy zmarłych jeńców – czerwonoarmistów z kampanii z 1920 roku. Niestety, opanowanie przez ludzi tajnych służb wszystkich mediów w Rosji powoduje, że zwykli Rosjanie nie mają szans na poznanie prawdy I to mimo tego, że Kreml wydał zgodę na emisję w telewizji publicznej filmu Katyń Andrzeja Wajdy i tego, że Miedwiediew przyznał, że wina za katyńską zbrodnię spada na Stalina Bez gruntownego odtajnienia wszystkich dokumentów dotyczących tego mordu, oficjalnego uznania ze strony władz rosyjskich i zaniechania dalszego fałszowania historii, nie może być mowy o prawdziwym pojednaniu polsko-rosyjskim. Reakcja zwykłych Rosjan na katastrofę pod Smoleńskiem tylko potwierdziła to, z czego zdaje sobie sprawę większość Polaków i Rosjan, a mianowicie to, że nie narody są skłócone, tylko że prawda o naturze systemu komunistycznego jest niewygodna dla Kremla. Przecież obecna rosyjska ekipa rządząca wywodzi się ze środowiska ludzi odpowiedzialnych za największe zbrodnie wyrządzone rosyjskiemu społeczeństwu. Czy polskiemu rządowi uda się dokończyć i ostatecznie zamknąć sprawę mordu katyńskiego? Niech na to pytanie odpowiedzą ci politycy, którzy w ciągu „żałoby narodowej” po katastrofie pod Smoleńskiem tyle mówili o pojednaniu, poświęceniu, patriotyzmie i pamięci.

„Polaków trzeba zeuropeizować”

Fałszowanie historii ma na celu wykorzystywanie jej jako broni w walce o współczesne, polityczne cele. Co więcej, szczególnie niebezpieczne w tym kontekście wydaje się mocno zarysowane w polityce europejskiej lekceważenie interesów mniejszych narodów, które nie są traktowane jak równoprawni i suwerenni partnerzy, tylko pionki w grze rozgrywającej się między mocarstwami. Wielopłaszczyznowy sojusz niemiecko-rosyjski, który na naszych oczach zacieśnia się z miesiąca na miesiąc, jest szczególnie niebezpieczny dla wszystkich państw znajdujących się między nimi. Należy zadać sobie pytanie o to, czy Polskę stać na obronę swoich interesów, czy też będziemy godzić się bez szemrania z decyzjami narzuconymi nam przez naszych sąsiadów?

Niestety, takie pytanie nie spędza snu z powiek ludziom, którzy po transformacji ustrojowej z 1989 roku w największym stopniu wpływają na modelowanie obrazu Polski w oczach Europy i świata, jak i samych Polaków. Chroniąc swoich rodaków przed nimi samymi, środowiska liberalno-lewicowe, z „Gazetą Wyborczą” na czele, robiły przez ostatnie dwadzieścia lat wszystko, by wychować ich na „dobrych Europejczyków”. A do tej wizji ideologów z Czerskiej nie przystawało wiele ważnych dla przeciętnych obywateli naszego kraju wartości, jak choćby religijność, szacunek do tradycji, rodziny i umiarkowany konserwatyzm. Do nowoczesnego modelu nie pasowała też duma z narodowej historii i silne odczucia patriotyczne. Na szczęście, to, co udało się „inżynierom dusz” zmienić w ciągu kilkudziesięciu lat w Hiszpanii, nie udało się do tej pory osiągnąć w Polsce.

PRL trzyma się mocno

Brak rozliczenia z systemem komunistycznym, prawdziwej, gruntownej lustracji i dekomunizacji, potępienia zbrodni tego systemu i ukarania głównych winnych powodują, że okres PRL-u w oczach wielu Polaków jawi się wciąż jako czas, który „nie był wcale taki zły” i do którego czuje się sentyment. Brak suwerenności, zależność od zbrodniczego imperium, podporządkowanie interesu narodowego sprawom rewolucji światowego proletariatu, brutalna reinterpretacja historii przeprowadzona pod dyktando komunistów, prześladowanie ludzi niegodzących się z tym stanem rzeczy i w ostateczności zniewolenie społeczeństwa nieludzkim systemem powodują, że radykalne przecięcie pępowiny ciągle łączącej nas z PRL-em powinno być w wolnej Polsce czymś naturalnym i oczywistym. Niestety, interpretacje tego okresu dokonywane przez największe media wprowadzają w błąd skołowanych rodaków, którzy mają tym samym problem z odróżnieniem dobra od zła. Taka sytuacja nie dziwi, jeśli pewnych ludzi raz się określa mianem komunistycznych zbrodniarzy, wprowadzających w kraju moskiewski dyktat, a innym razem – „ludzi honoru”. Jakie wnioski można wyciągnąć z publicystyki, w której podkreśla się, że nie można być wobec nich zbyt jednoznacznymi w ocenie, gdyż trzeba przede wszystkim zwracać uwagę na niuanse i geopolityczne uwarunkowania?

Towarzysz Konrad Wallenrod

Dyskusja po emisji dokumentu Grzegorza Brauna Towarzysz Generał pokazała, że wciąż nie potrafimy właściwie ocenić człowieka, który od czasów swojej młodości zawsze wiernie służył Kremlowi. Większość mediów, która buduje dziś pomnik generała Jaruzelskiego, jako nowego „Konrada Wallenroda” czasów Zimnej Wojny, widzi w IPN-ie i odważnych, młodych historykach (casus Pawła Zyzaka) fałszerzy historii, którzy wykorzystują „esbeckie świstki” do niszczenia „porządnych ludzi” Ukuto już epitet „pisowska wersja historii”, który można skutecznie wykorzystywać do niszczenia nieposłusznych badaczy. Braki w wolności słowa i badań naukowych w Polsce, jakie wyszły w czasie nagonki na autorów dwóch książek o Lechu Wałęsie, pokazują, na jakie ryzyko wystawiają się ci, którzy zdecydują się na podważanie jedynie słusznych tez. Dlatego też czymś pożądanym i w dobrym tonie jest dziś dyskutowanie o polskim antysemityzmie (kwestia Jedwabnego i książek Jana Tomasza Grossa), nacjonalizmie, nietolerancji, mitomanii, kultywowaniu chorych, romantycznych wizji „Polski jako Chrystusa Narodów”. Czymś oczywistym jest zaś to, że mówienie o polskich ofiarach niemieckich obozów koncentracyjnych, prezentowanie doniosłych osiągnięć Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej, duma z powstań narodowych, powstańców warszawskich, AK-owców, sił NSZ i wszystkich tych, którzy przeciwstawiali się wprowadzaniu komunizmu w Polsce, szacunek i poparcie dla sił, które nie godziły się na „miękkie lądowanie” komunistów po transformacji ustrojowej w 1989 roku to przykłady „oszołomstwa”, ksenofobii i przynależności do ciemnogrodu itd.

Testament Prezydenta

Taka sytuacja powoduje, że głos Polski brzmi o wiele słabiej, niż powinien, gdy stajemy do boju o prawdę historyczną z o wiele bardziej zdeterminowanymi sąsiadami. Taką sytuację widać nie tylko w stosunku do Niemiec i Rosji, ale także Ukrainy i Litwy. Zamiast jednoznacznie bronić swoich racji, część polskiej inteligencji woli nawoływać do dogłębnej samokrytyki i pogodzenia się z faktem, że Polacy też mają sobie wiele do zarzucenia i, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Niemiec, powinni się szybko rozliczyć ze swojego nacjonalizmu, antysemityzmu i ksenofobii. Właśnie dlatego, rozumiejąc tę ciężką sytuację, w jakiej znajduje się polska tożsamość, śp Prezydent RP Lech Kaczyński tyle miejsca w czasie swojej prezydentury poświęcił polityce historycznej. Swoimi działaniami starał się przekonać rodaków, że pamięć o swojej przeszłości stanowi źródło siły narodu jako wspólnoty świadomych swojej tożsamości obywateli. Tylko pewna swoich racji Polska może obronić swoje dobre imię. Czy udało mu się to osiągnąć? Najlepiej o to spytać tych, którzy tłumnie wychodzili na ulice w czasie trwania żałoby narodowej i z patriotycznymi i religijnymi pieśniami zamienili miasta w biało-czerwone manifestacje narodowej jedności i dumy.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: