You are here

MIĘDZY GIBRALTAREM A KATYNIEM

Nie ten umiera co właśnie umiera
Lecz ten, co żyjąc w martwej kroczy chwale
Więc ci, co zginęli, poszli w bohatery
Ci, co przeżyli - muszą walczyć dalej

Jacek Kaczmarski, Samosierra

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, aby nie było żadnych wątpliwości: kreślę te słowa z perspektywy człowieka niewierzącego w wypadek na smoleńskim lotnisku. Piszę ten tekst jako osoba, która nie wsiądzie do pociągu zwanego „pojednaniem”. Pojednaniem polsko – rosyjskim. Dlatego ci spośród czytelników, którzy rozpoczęli lekturę tego tekstu, a uważają, że taki ktoś jak ja to oszołom ogarnięty teorią spisku, niech zaprzestaną czytania. Proszę ich także o nie zamieszczanie komentarzy mających na celu obrażanie mnie. Z góry zaznaczam, że nie będę wdawał się w żadne dyskusje. Zapraszam do lektury tych, którzy mają wątpliwości co do przebiegu zdarzeń z 10 kwietnia 2010 r.

Pytania i odpowiedzi

Od momentu wyboru śp. Lecha Kaczyńskiego na urząd Prezydenta RP (na którego sam głosowałem) oraz zwycięstwa wyborczego PiS w tym samym roku (na którą to partię wtedy nie głosowałem) zastanawiałem się czy deklarowany przez obu polityków program będzie realizowany. Czy nastąpi rozliczanie z PRL? Czy rozpocznie się proces tworzenia lepszego prawa? Czy przywróci się autorytet najwyższym instytucjom?

Z każdym miesiącem niemalże odpowiedź na stawiane sobie pytania była pozytywna. (Pisałem już kiedyś o tym dlatego nie chcąc się powtarzać odsyłam do swego tekstu z ubiegłego roku http://www.prawica.net/node/17092). Moja sympatia do PiS - u rosła, a osoba Lecha Kaczyńskiego cieszyła się u mnie coraz większym szacunkiem. Polityka historyczna, przywracanie godności bohaterom Solidarności, Żołnierzom Wyklętym, wreszcie aktywna polityka zagraniczna, której apogeum przypadło na heroiczną wyprawę do zaatakowanej przez Rosję w 2008 r. Gruzji i udzielenie poparcia jej narodowi – to wszystko napawało mnie na nowo dumą z bycia Polakiem. Lech Kaczyński przywrócił mi moją obywatelską godność. Mój głos oddany w 2005 r. po raz pierwszy nie był zmarnowany. Był cegiełką w tej olbrzymiej budowli jaką wznosił nasz Prezydent. Czułem radość z tego, że mogłem się do tego przyczynić.

Jednocześnie obserwowałem zmagania PiS – u w trudzie rozliczania przestępczej działalności byłych komunistycznych służb. Kibicowałem Antoniemu Macierewiczowi i całej powołanej przez niego komisji zajmującej się likwidacją WSI. Nie wierzyłem, że uda się gładko rozwiązać tę instytucję. Moje (i nie tylko moje) obawy okazały się słuszne. W roku 2007 r. rząd Jarosława Kaczyńskiego w wyniku m.in. działalności dobrze usadowionego „śpiocha” (miłośnika nocnych spacerów po 40. piętrze jednego z warszawskich hoteli) musiał ratować się przed konstruktywnym wotum nieufności „koalicji strachu” i oddał władzę, licząc zapewne, że wybory dadzą inny niż w rzeczywistości wynik. Że społeczeństwo polskie zrozumie sytuację, której jest świadkiem i na nowo da mandat, tym razem wzmocniony, do dokończenia zmian. Niestety stało się inaczej.

Bastion obozu niepodległościowego

Przegrana PiS – u w 2007 r. była dla mnie osobistą przegraną, mimo, że nie kandydowałem do żadnej z izb. Ogłoszenie w pamiętny wieczór wyborczy zwycięstwa PO było dla mnie (do sobotniego poranka 10 kwietnia) największym ciosem jako dorosłego obywatela RP. Kiedy oglądałem w telewizji tłumy radosnych ze zwycięstwa partii Donalda Tuska „młodych, wykształconych, z dużych miast” ogarniała mnie, po raz pierwszy chęć emigracji. Przypomniałem sobie wtedy powiedzenie, że żmija kąsa najmocniej kiedy zdycha. Tą żmiją miało być środowisko WSI, które odniosło (zza swego grobu, jakby się wydawało) zwycięstwo nad Jarosławem Kaczyńskim. Odtąd Prezydent i jego otoczenie zostało ostatnim bastionem obozu niepodległościowego. Przyczółkiem, z którego w przyszłości rozwinąć się miała kontrofensywa. Wtedy wydawało mi się, że żmija pokąsała najmocniej jak potrafiła. 10 kwietnia zmieniłem zdanie…

W lutym napisałem swój prywatny apel (http://blogmedia24.pl/node/25250) do Prezydenta i środowisk patriotycznych, aby nie jechać do Katynia, tylko zorganizować własne uroczystości poświęcone rocznicy tego sowieckiego ludobójstwa na Polakach gdzieś w Polsce. W miejscu którejś z komunistycznych zbrodni, jakich wiele popełniono po 1944 r. Strona rosyjska zaangażowana była w maksymalne uprzykrzenie Lechowi Kaczyńskiemu wyjazdu do Katynia. Przypomnijmy sobie co wyczyniał m in. ambasador rosyjski przezwany przeze mnie, z całą odpowiedzialnością za słowo – Repninem. Uważałem i uważam dotąd, że zagrywki strony rosyjskiej w uniemożliwieniu Prezydentowi RP udziału w oficjalnych uroczystościach 70. rocznicy zbrodni katyńskiej obrażają urząd prezydenta, a co za tym idzie nasz naród. Wszak Prezydent jest głową państwa wybraną w powszechnych wyborach. Po 10 kwietnia nie usłyszałem słowa przepraszam ani od rzeczonego Repnina, ani od premiera Putina, ani od Miedwiediewa! Być może kiedy będziecie Państwo czytać ten tekst, przeprosiny za ten afront jaki nas spotkał padną. Ale szczerze w to wątpię.

W konsekwencji nasz Prezydent leciał do Smoleńska wraz z delegacją na niechcianą przez rosyjskich włodarzy, prawie prywatną uroczystość. Nie zapewniono mu odpowiedniego bezpieczeństwa. Zupełnie jakby nie był głową państwa tylko prywatną osobą. Brakowało tylko widoku polskiego prezydenta i uczestników delegacji ratujących się ze spadającego samolotu przy pomocy spadochronów. Ten widok ośmieszyłby niewątpliwie zarówno samego Lecha Kaczyńskiego jak i katyńskie uroczystości. Dopiero krajowe media i zagraniczni korespondenci mieliby z czego dworować. Ale ktoś rozpisał inny scenariusz kolejnej odsłony „katyńskich przedstawień”.

Ostatnia droga

Kiedy oglądałem film z ostatniej drogi gen. Władysława Sikorskiego zastanawiałem się co czuli Polacy w tak dramatycznej dla sprawy polskiej chwili. Oczywiście spora cześć naszych rodaków cieszyła się ze śmierci nielubianego generała. Generała, który po wrześniu 39 r. sprawował swą władzę twardą ręką, internował swych oponentów, rozliczał poprzednią ekipę. Wielu spośród nich wznosiło po 4 lipca 1943 r. toast „Zdrowie Liberatora!”. Ale wielu Polaków, zwłaszcza tych w okupowanym kraju ogarnęła rozpacz. Śmierć Wodza Naczelnego zwiastowała wszystko co dla Polski najgorsze. I rzeczywiście, wraz z jego odejściem (oraz jego najbliższych współpracowników, w tym córki!) pogrzebana została sprawa katyńska, której całkowite ujawnienie mogło zmienić koleje wojny. Można stwierdzić że zamach w Gibraltarze (bo w wypadek Liberatora nie wierzę tak samo jak w wypadek Tupolewa) to mord założycielski PRL. Razem z generałem Sikorskim przepadły katyńskie dokumenty całe dossier sowieckiej zbrodni ludobójstwa. Świat uwierzył w sowieckie kłamstwo, że Katyń to zbrodnia niemiecka.

10 kwietnia 2010 r. już wiedziałem co czuli Polacy słysząc o śmierci Sikorskiego. Wraz z Lechem Kaczyńskim odeszli jego zaufani współpracownicy. Depozytariusze wiedzy niewygodnej dla pewnych polityków a zebranej m.in. w aneksie do raportu o likwidacji WSI. Odszedł szef IPN stojący na straży tzw. zbioru zastrzeżonego, w którym zgromadzone jest z kolei dossier wielu ukrywających swą przeszłość osobistości polskiego życia publicznego. Odeszli najwyżsi dowódcy polskiego wojska. „Generałowie nadal giną w czasie pokoju” chciałoby się powiedzieć za Krzysztofem Kąkolewskim. No właśnie – czy mamy czas pokoju?

Historia zatacza koło

Jeśli śmierć Lecha Kaczyńskiego nie była wypadkiem, a osobiście tak zakładam, jakie z tego płyną dla nas wnioski?

Włodarze Rosji przystępują do ostatecznej eliminacji negatywnych skutków „największej katastrofy” XX w. jaką był upadek ZSRS (tak mówił o tym W. Putin). Odbudowują również blok państw znajdujących się od 1944 r. pod „okupacją przez przedstawiciela” (określenie prof. Marka Chodakiewicza), czyli „rodzime” partie komunistyczne. Oczywiste jest, że Polska jest w tej operacji krajem kluczowym. Zneutralizowanie w niej środowiska niepodległościowego, które rozpoczęło po 2005 r. żmudną drogę do stopniowego, powolnego odzyskiwania suwerenności to najważniejsze zadanie dla rosyjskich planistów. Zniszczenie ośrodka prezydenckiego, jak wspomniałem przyczółka, z którego obóz niepodległościowy przystąpiłby w stosownym momencie do kontrofensywy to majstersztyk. Ale też odsłonięcie swych wpływów.

Mówi się o znakach. Tak, Opatrzność Boża jak nigdy po 1989 r. przemawia do nas poprzez te tragiczne wydarzenia. Po raz kolejny w polskiej historii jesteśmy aktywnymi uczestnikami tragizmu naszych losów. Naszym udziałem są emocje, których doświadczali świadkowie ostatniej drogi Romualda Traugutta, Władysława Sikorskiego czy ks. Jerzego Popiełuszki. Historia zatacza koło… Czujemy swąd, nie zawaham się tego napisać, całopalnej ofiary na ołtarzu ojczystych dziejów.

Śmierć Prezydenta i jego najbliższych współpracowników zadaje nam straszliwy cios, po którym być może się nie podniesiemy, ale jednocześnie odsłania nam prawdziwe oblicze naszych wrogów. Jeśli tylko odczytamy znaki a nie utkniemy w matriksie jaki nam po 89 r. zbudowano możemy podjąć próbę konfrontacji. Oby tylko nie stała się nową odsłoną tragicznego losu konfederacji barskiej, insurekcji kościuszkowskiej i pozostałych powstań. Wtedy nastąpiłoby ostateczne „dorżnięcie watahy”.

Znaki, które nam objawiono, dotyczą przede wszystkim członków PiS i wszystkich sympatyków tej partii. Najważniejszy z nich mówi nam: „Prawdziwa służba Ojczyźnie oznacza przyjęcie krzyża”. Do tej pory uprawianie polityki kojarzyło się naszemu pokoleniu prawie wyłącznie z robieniem geszeftów. Z „ustawieniem” siebie i swojej rodziny. Ze zdobyciem posad. Teraz widzimy drugą stronę tego medalu. Śmierć! Nagłą i okrutną!

Słodko i zaszczytnie jest umrzeć za Ojczyznę

Dulce et decorum est pro Patria mori! Słodko i zaszczytnie jest umrzeć za Ojczyznę! Tej starożytnej maksymy uczono w szkołach. Przedstawicielem pokolenia dla którego te słowa były życiowym credo był m.in. śp. Ryszard Kaczorowski. Tyle razy miał okazję przypomnieć je sobie w chwilach, które wydawały się mu ostatnimi w jego życiu. A jednak ręka pańska chroniła go w sowieckim więzieniu czy pod Monte Cassino. Wierność tej sentencji miał udowodnić dopiero w 70 rocznicę sowieckiej zbrodni w Katyniu.

Co teraz zrobią członkowie partii Jarosława Kaczyńskiego? Co zrobią z tym bożym znakiem, który domaga się wierności polskiemu krzyżowi? Kto będzie gotów kontynuować dzieło Lecha Kaczyńskiego w momencie kiedy oznacza to narażenie własnego życia? Odwaga znowu „będzie w cenie”. A przecież śmiercią tragiczną i tajemniczą w naszej „pokojowej” transformacji wielu już zginęło. Michał Falzmann, Walerian Pańko, ks. Zych, ks. Niedzielak, ks. Suchowolec, gen. Papała…

Ilu zatem znajdzie się u boku Jarosława Kaczyńskiego Walerych Sławków? Ludzi gotowych na wszystko. Wiernych idei. Czy będzie ich więcej niż Brutusów? Geszefciarzy, którzy przyszli do polityki tylko po to aby się „ustawić”. Gotowych poświecić idee dla świętego spokoju i zabawy w rytm „Tańca z gwiazdami”.

Jeszcze ciało Prezydenta i Jego małżonki nie spoczęło na Wawelu a już przystąpiono do organizowania pojednania z Rosją. Ale z kim konkretnie mamy się jednać? Przecież zwykły, przeciętny Iwan nie jest winien zbrodni ludobójstwa w Katyniu. Czy zatem mamy wyciągnąć rękę do funkcjonariuszy KGB i GRU? I to w momencie kiedy mataczą w sprawie „wypadku” naszego Prezydenta na ich terenie? JE Abp Życiński zastanawia się co dobrego wyrośnie z tej tragedii. Otóż odpowiem Ekscelencji. Sieroty! Z tej tragedii wyrosną sieroty, zarówno te, których 10 kwietnia pozbawiono rodziców jak i te, na które składają się ci wszyscy Polacy, którym (tak jak mnie) Lech Kaczyński przywrócił obywatelską godność. Dumę z bycia Polakiem, obywatelem Rzeczpospolitej. Radość z czerpania ze źródła własnych, najukochańszych dziejów.

Stoję na stacji Gniezdowo. Tam zwożono polskich jeńców w 1940 r. aby przewieźć ich do lasku katyńskiego. Naszej Golgoty. Idzie głucha, straszna noc. Czuje przerażenie. Jedynym ratunkiem wydaje się być nadjeżdżający pociąg. Pociąg relacji Gibraltar – Katyń. Wjeżdża na stację, wielu dookoła mnie wsiada z uczuciem ulgi. Podają mi ręce. „Chodź, wsiadaj z nami”! - wołają. „Nie bądź głupi, nie zostawaj tu”! Nie wsiadam. Słyszę dźwięki harmonii i wesołe śpiewy pasażerów. Patrzę na oddalający się skład „pociągu zwanego pojednaniem”.

Trzymam w ręku „zaschniętą grudkę gliny smoleńskiej”.
Zostaję z Prezydentem.

Łukasz Kołak
Powiernictwo Polskie
http://blogpowiernika.blogspot.com/

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: