You are here

DWA ŚWIATY , CZY DWIE POLSKI?

W czwartek, 18 lutego 2010, wybraliśmy się we dwójkę, z Wojtkiem Kaźmierczakiem z odczytami do Suchej Beskidzkiej, Rzeszowa i Nowej Dęby. Pan Andrzej Pająk, starosta suski, zorganizował nam spotkanie w Wyższej Szkole Turystyki i Ekologii, w której za dwa tygodnie odbędzie się konferencja „Poseł z każdego powiatu”.

Miło nam donieść, że na spotkanie stawiło się około 50 samorządowców nie tylko z powiatu suskiego lecz z całego „Podbabiogórza”, gdyż poznaliśmy wiele osób z powiatu żywieckiego i okolic. Była też obecna kanclerz szkoły p. Maria Grzechunka.

Spotkanie trwało około dwu godzin, dyskusja była ożywiona i interesująca. Znamienne jest to, że – jak się okazało – sala była pełna sojuszników naszego Ruchu i tej konstatacji nie da się podważyć. Jedyne pytanie, które nurtowało zebranych, to jest pytanie o to JAK? Jak wprowadzić w czyn zmianę, której wszyscy pragniemy?

Wieczór i noc spędziliśmy w Zawoji, w gościnnym domu Państwa Pająków. Była to gościnność pod każdym względem wzruszająca i serdeczna. Starosta Suski jest ojcem ośmiorga dzieci, z których czwórkę mieliśmy okazję poznać. Była to niezapomniana wizyta w pięknym, gościnnym, polskim, patriotycznym domu. Pan Andrzej Pająk był wójtem gminy Zawoja przez dwie kadencje, po czym został wybrany starostą powiatu. Na każdym kroku widzieliśmy, że jest to osoba ciesząca się poważaniem, uznaniem i szacunkiem.

W piątek rano udaliśmy się z Zawoji do Rzeszowa, gdzie o godzinie 14.00 mieliśmy zapowiedziane spotkanie w Auli Uniwersytetu Rzeszowskiego przy ul. Reytana. U wejścia powitał nas student politologii Marek Ostapko, organizator tego spotkania. Powitał nas z rzadką miną: pomimo ogłoszeń i plakatów, jakie widzieliśmy w budynku uniwersyteckim, pomimo przekazania informacji prasie (przyszedł dziennikarz „Nowin Rzeszowskich”, red. Jacek Kwiatkowski, który przeprowadził ze mną wywiad) na spotkanie praktycznie NIKT nie przyszedł! Zdeprymowany Marek przeniósł więc spotkanie z auli do jakiejś sali, w której nie mogłem przedstawić mojej pracowicie przygotowanej prezentacji w systemie multimedialnym, nie było zresztą specjalnie dla kogo. Pojawił się stary znajomy – legenda rzeszowskiej „Solidarności” Antoni Kopaczewski, pojawił się nasz stary woJOWnik, p. Anatol Wołoszyn, który w przeszłości szereg razy już organizował moje spotkania w Rzeszowie i Czudcu, ale w sumie było zaledwie kilka osób i temat spotkania nie przyciągnął nikogo z tego wielkiego Uniwersytetu Podkarpacia.

Nasze, nieco zważone humory poprawiła wizyta w Nowej Dębie, dokąd zaprowadził nas Marek Ostapko. Najpierw w domu pp. Luberów podjęto nas obiadem, po którym udaliśmy się do Domu Kultury. W przeciwieństwie do wielkiego Rzeszowa z małej Nowej Dęby stawiła się grupa ok. 50 uczestników spotkania i tu znowu, jak w Suchej Beskidzkiej, dyskusja była gorąca i ożywiona. I znowu się okazało, że na sali byli prawie bez wyjątku oddani zwolennicy JOW! Z wielką satysfakcją zobaczyłem p. Grzegorza Osowskiego z Wielogóry w powiecie tarnobrzeskim, tego samego p. Osowskiego, który przyjechał na Walne Zgromadzenie do Wrocławia ze skrzynią jabłek i gruszek, które cieszyły się takim uznaniem uczestników Zgromadzenia, i który z wielką ofiarnością od lat towarzyszy nam w naszej walce. Tym razem przywiózł ze sobą swojego brata, Roberta.

Spotkanie w Nowej Dębie zawdzięczamy młodym ludziom, studentom i licealistom, zrzeszonym w dwu organizacjach: w Towarzystwie Kultury Powszechnej „Ratusz” i Bractwie Rycerskim Miasta Nowa Dęba. Po długiej dyskusji zostaliśmy zaproszeni do siedziby Bractwa, przy ul. Leśnej, gdzie do niemal białego rana, w towarzystwie licznie zgromadzonych Rycerzy i Dam, prowadziliśmy dyskusję nad tym, co i jak należy robić. Przy okazji zapoznaliśmy się z historią i działalnością „Bractwa” i „Ratusza” (http://www.brmnd.pl/ oraz http://nowadeba.com.pl/index.php/pl/left/informacje/ratusz_zaprasza_na_w...). Unosił się nad nami duch założyciela, śp. inż. Jerzego Lubery, a wielkość tego ducha poświadczali osobiście jego spadkobiercy: p. Janina Luberowa, dyrektor nowodębskiego liceum i synowie, Robert i Jacek, pomysłowi i utalentowani przywódcy lokalnej społeczności. Było to niesłychanie budujące i krzepiące. Wyjeżdżaliśmy z nadzieją, że w VI Marszu na Warszawę, we wrześniu tego roku, do naszych woJOWniczych BTR-ów dodamy halabardy, kusze i muszkiety Bractwa!

Te trzy spotkania, ten kontrast między Suchą Beskidzką, Nową Dębą i Uniwersytetem Rzeszowskim nasuwa wiele smutnych refleksji i niepokojących pytań. Bo to nie tylko Uniwersytet Rzeszowski jest zamknięty i głuchy na sprawy, z którymi jeździmy po Polsce, od Szczecina do Rzeszowa, od Ostrołęki do Kłodzka. Tak samo zamknięte i głuche są inne uniwersytety, łącznie z tymi największymi i najbardziej prestiżowymi, a może nawet przede wszystkim z nimi. Podczas każdego Marszu na Warszawę przechodzimy obok zatrzaśniętego, odwróconego do nas plecami Uniwersytetu Warszawskiego, którego młodzież studencka i kadra nauczycielska zajęte są innymi sprawami.

O czym świadczą te zamknięte uszy kwiatu naszej inteleligencji na postulat, który tacy Polacy, jak Jerzy Giedroyc, Gustaw Herling-Grudziński, Jan Nowak-Jeziorański uważali za Numer Jeden? Na sprawę, którą Jose Ortega y Gasset, w „Buncie mas”, opisał jako najważniejszą dla zdrowia każdej demokracji? Czy ten „kwiat” wie coś, czego my, prowincjonalne kmiotki, nie widzimy i nie dostrzegamy? Na czym polega ich wiedza tajemna? A skoro taką wiedzę posiedli, to czy nie byłoby raczej ich obowiązkiem podjąć wysiłek wyprowadzenia nas z błędu, ukazania dobrodziejstw systemu list partyjnych? Bo na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że mamy dzisiaj dwie Polski: jedną Polskę młodych ludzi z Nowej Dęby, samorządowców z Suchej Beskidzkiej, Kościerzyny, Słubic, Łochowa i setek wielkich i małych gmin, wsi, miasteczek i miast, która uważa, że trzeba system wyborczy zmienić, żeby był „poseł z każdego powiatu” – i drugą Polskę, Polskę wielkich uniwersytetów i central partyjnych, która zachowuje się tak, jakby miała zupełnie odmienne interesy, potrzeby i plany?

Już wiele lat temu zrodziła się propozycja, żeby Warszawie przyznać niepodległość, odgrodzić ją od reszty Polski zasiekami, postawić straże, niech żyje sama, ze swoją snobistyczną, butną i zarozumiałą inteligencją biurokratyczno-akademicką. Ma już wszystko, niczego więc specjalnie nie potrzebuje, może jej to wystarczy? Od lat Druga Polska wyciąga do niej rękę i proponuje unię, ale może to rzeczywiście trud jałowy a interesy tych dwu Polsk nie dadzą się pogodzić?

Contra spem spero. Wierzmy, że te dwie Polski można jeszcze pogodzić. Wierzy w to nieliczna agentura Ruchu JOW w Warszawie. Nie traćmy nadziei.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: