You are here

KRĄG CZWARTY – MAFIA

By uczynić następny krok i zejść w głębszy krąg polskiego piekła, trzeba wpierw zdefiniować dwa terminy, bez których świadomości sprawa uprowadzenia i zabójstwa Krzysztofa Olewnika będzie tylko kryminalną zagadką. Mafia i ORLEN.

Jeżeli mówić o „polskiej mafii”, to raczej jako o organizacji postkomunistycznej nomenklatury oraz byłych funkcjonariuszy i współpracowników komunistycznej policji politycznej, niż o „zwykłej” mafii kryminalnej. Cechą, która zdecydowanie odróżnia „klasyczną” mafię – powstałą jako tajna społeczność sprzeciwiająca się władzy, od polskiej hybrydy jest fakt, że „naszą” mafię zorganizowało państwo komunistyczne, a udoskonaliła III RP. Totalitarny ustrój PRL- u bez problemu kontrolował i czerpał korzyści również z tak ważnej sfery aktywności, jak zorganizowana przestępczość. Jakie były początki tego zjawiska?

W „Alfabecie Mafii” Ewy Ornackiej i Piotra Pytlakowskiego, można usłyszeć m.in.: „Tymczasem już wtedy (lata 80-ąte) w głębokim cieniu działała prawdziwa przestępczość zorganizowana – czarny rynek walutowy. Cinkciarze stali przed Peweksami i hotelami. Skupowali głównie od obcokrajowców, waluty, płacili ceny realne, a nie oficjalne, które były wielokrotnie niższe. Przykładowo w latach 70-ątych, państwowe banki płaciły, za USD zaledwie 30 zł, a cinkciarze 140. Sprzedawali je po 160. Różnica pomiędzy ceną skupu, a sprzedaży dawała duży zysk. Dlaczego omnipotentne państwo przymykało oczy na konkurencję, która bezczelnie pozbawiała budżet wpływów? Koników walutowych chroniła organizacja sterująca tym rynkiem. Cinkciarzy czasem zamykano, ale szybko wychodzili na wolność. Gazety pisały, że w sieci wpadają tylko płotki, a rekiny pozostają bezkarne. (…) Rekiny – prywatni bankierzy, obracali wielkimi pieniędzmi, mogli sfinansować każdą transakcję. Rekiny nigdy nie wyszły z ukrycia. Chroniła ich potęga SB MSW. W zamian SB, otrzymywała cenne informacje i, co może było jeszcze cenniejsze, nieformalnie opodatkowała czarny rynek dewiz. Dziś wiadomo, że SB, korzystała z tzw. lewej kasy. Organizowana za nią operacje specjalne, ale też wysocy oficerowie resortu spraw wewnętrznych zaspokajali z tych pieniędzy swoje prywatne potrzeby. Państwo nie miało nad SB, praktycznie żadnej kontroli”. Warto też zacytować, co „Alfabet mafii” mówi o „Pruszkowie”:

„Milicja zmieniona w policję dopiero uczyła się nowych obowiązków. Wszelkimi siłami odcinano się od PRL, przy okazji spuszczając ze smyczy tzw. osobowe źródła informacji, czyli agentów milicji i SB w świecie przestępczym. Wielu znanych w latach 90-ych gangsterów w poprzedniej dekadzie zajmowało się cinkciarstwem. Wśród waluciarzy SB miała mocną agenturę. Większość esbeków zweryfikowano negatywnie i rolę się odwróciły. Teraz oni stali się agenturą świata przestępczego. Gangsterzy wykorzystywali ich kontakty i znajomości z milicjantami przemianowanymi na policjantów, z prokuratorami, a nawet z sędziami. Wszyscy przestępcy, znani dzisiaj jako ojcowie chrzestni mafijnych grup, w latach 80-ych dziwnie łatwo wyjeżdżali do Niemiec (RFN) na wielomiesięczne pobyty. Bez problemów dostawali paszporty w czasach, kiedy nie było to wcale takie proste. Niemiecką mekką polskich złodziei był wtedy Hamburg i inne miasta nadmorskie. Bywali tam „Nikoś”, „Pershing”, „Wariat”, „Oczko”, a także podobno „Masa”, „Kiełbasa” i „Słowik”. – Istniał dyskretny nadzór ze strony SB nad pruszkowską bandą „Barabasza”. (…) To była swego rodzaju opieka. (…) Za czyny, które ludzie „Barabasza”, popełniali, można było trafić do ciupy na bardzo długo. A oni nie trafiali. (…) W „Uroczej” (knajpa w Pruszkowie w latach 80-ych), bandyci „Barabasza” zajmowali połowę sali, drugą okupowali milicjanci po służbie. (…) Po kilku półlitrówkach, lody przełamywano i dochodziło do ogólnego zbratania, stoliki łączono i pito wspólnie. (…) Tak rodzą się nieformalne więzi. (…) Dzisiaj już wiemy, że wielu zwykłych złodziei z czasów PRL, członków bandyckich grup dokonujących włamań i napadów, dzięki opiece ludzi z peeselowskich służb specjalnych w III RP zmieniło się w opromienionych sławą mafiosów, liderów „Pruszkowa”, „Wołomina” i wielu innych przestępczych grup zorganizowanych”.

W roku 2006 Sylwester Latkowski i Wojciech Sumliński w artykule „Przyjaciele mafii” napisali.: „W zeznaniach Zdzisława Herszmana i Wojciecha Papiny, ważnych postaci w polskiej mafii, pojawiają się największe afery III RP, w tym zabójstwo generała Marka Papały czy sprawy badane przez sejmową komisję ds. PKN Orlen. Z tych zeznań wynika, że w latach 90. setki oficerów byłej SB i milicji mających kontakty z przestępczym podziemiem po prostu stanęło na jego czele. I zaczęli wykorzystywać państwowe służby, w tym BOR i policję. To nie przypadek, że najgroźniejszymi polskimi przestępcami zostali Jeremiasz Barański (Baranina), Andrzej Kolikowski (Pershing), Leszek Danielak (Wańka) czy Nikodem Skotarczak (Nikoś) - współpracownicy milicji lub SB. Dla swoich opiekunów prowadzili oni lewe interesy jeszcze w latach 70. i 80. Mafia miała swoich ludzi w sferach bankowych, biznesowych i w policji, przekształconej z milicji. Po tym przekształceniu część funkcjonariuszy pracowała na dwa fronty - w policji i dla mafii. Historie opowiedziane przez Zdzisława Herszmana, Wojciecha Papinę, Marka Minchberga i innych świadków pokazują, że siłą mafii nie był kij bejsbolowy czy karabin maszynowy, ale oparty na powiązaniach z czasów PRL układ, w którym "Pruszków" to były tylko "doły". […]
„Zeznania świadków wskazują, że to agenci tajnych służb PRL (a niekiedy także III RP) organizowali nielegalny handel paliwami, alkoholem, zakładali firmy ochroniarskie, działali w handlu zagranicznym, handlu bronią, podejmowali działalność parabankową. Każdy, kto wszedł im w drogę, był korumpowany, szantażowany albo likwidowany.[…] Układ musi w jakiejś formie istnieć do dziś, skoro tak trudno jest rozwikłać największe afery III RP. Jak bowiem inaczej wyjaśnić fakt, że mimo iż zeznania, które cytujemy, są znane od kilku lat, tajne służby, policja i prokuratura nic z tą wiedzą nie zrobiły”.

Powstająca na początku lat 90-ych „polska „mafia, tworzona była w dwojaki sposób: od góry – przez coraz bardziej skorumpowanych polityków i urzędników, którzy wykorzystując władzę przejmowali strategiczne działy gospodarki państwa oraz od dołu – przez coraz lepiej zorganizowanych drobnych przestępców. Można powiedzieć, że w tym procesie nieuczciwi politycy „kryminalizowali się”, a przestępcy „cywilizowali”. Obie grupy spotykają się zazwyczaj w połowie drogi, – gdy politycy potrzebują partnerów z gotówką w celu przejęcia kolejnego atrakcyjnego kąska gospodarki (ewentualnie osłony interesu przed innymi lub może sztuczne stworzenie monopolu) lub, gdy kryminaliści poszukują osłony i kontaktów dla legalizacji zasobów finansowych zdobytych w wyniku przestępstw. Wiele wskazuje na to, iż swoistymi pośrednikami między tymi grupami, są ludzie znający świetnie oba środowiska, czyli byli funkcjonariusze komunistycznych służb specjalnych.

Myślę, że w sprawie porwania i zabójstwa Olewnika doszło właśnie do takiego spotkania w połowie drogi, gdy interesy politycznych bossów wymagały wsparcia ze strony przestępców, przy czym do bezpośredniego wykonawstwa użyto pospolitych kryminalistów, zza których plecami działali „fachowcy” z mafii. Miejscem, w którym spotykały się interesy wszystkich stron był płocki Orlen, którego ówczesny zarząd nieprzypadkowo nazywano „SLD w miniaturze”.

Z chwilą objęcia władzy przez komunistów, rząd Millera natychmiast przystąpił do „odzyskania” Orlenu. Usunięcie Modrzejewskiego, przy współudziale służb specjalnych, zarządzanych przez Siemiątkowskiego, otworzyło tzw. lewicy drogę do zarządu spółki. Prezesem został Zbigniew Wróbel popierany przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego (miał go wspierać także najbogatszy Polak Jan Kulczyk, akcjonariusz PKN Orlen). Inni członkowie zarządu (wszyscy w randze wiceprezesa) również mieli wpływowych protektorów. Janusz Wiśniewski zawdzięczał nominację Krzysztofowi Janikowi, Jacek Strzelecki - Leszkowi Millerowi, Sławomir Golonka był protegowanym Wiesława Kaczmarka, a Andrzej Macenowicz ( współpracownik WSI, pseudo.Parys) - Józefa Oleksego. Nic dziwnego, że gdy w szeregach SLD zaczęły się rozłamy, walki frakcyjne zaczęły się też w zarządzie Orlenu. Mówiło się wręcz o dwóch zarządach - "małym", który tworzyli Zbigniew Wróbel i Sławomir Golonka, i "dużym", skupiającym pozostałych menedżerów. W ten sposób w PKN Orlen i spółkach, które do niego należały, krzyżowały się wpływy i interesy finansowe wszystkich frakcji SLD.

W artykule – „Państwo mafia”- Jana Pińskiego z roku 2005, w którym autor przedstawia efekty działalności sejmowej komisji śledczej ds.PKN Orlen, możemy przeczytać:
„W Polsce działa mafia, której oparciem są najwyżsi rangą politycy - wynika z przyjętego sprawozdania sejmowej komisji śledczej badającej tzw. sprawę Orlenu […]. Jeżeli tropem komisji podąży prokuratura, to polski establishment powstały po 1989 r. przestanie istnieć. Podobnie stało się we Włoszech w 1994 r., gdy seria skandali korupcyjnych (słynna operacja "Czyste ręce") zmiotła ze sceny 80 proc. polityków, zarówno chadeków, jak i socjalistów. "Skala i proceder działań przestępczych związanych z branżą paliwową wskazują, że mamy do czynienia ze zorganizowaną przestępczością opartą na powiązaniach kapitałowo-osobowych, powiązanych również z kręgami administracji rządowej i szeroko rozumianych organów ścigania. […]Raport komisji czyta się jak kryminał: kilkaset firm zamieszanych jest w pranie brudnych pieniędzy i oszustwa podatkowe, które rocznie kosztują skarb państwa, czyli nas, podatników, miliardy złotych. To wszystko wiąże się z lewymi interesami prywatnych firm z PKN Orlen i jego poprzedniczką - Petrochemią Płock […]”

Jak wiemy – raport komisji śledczej okazał się niewiele znaczącym dokumentem, nad którym pochylili się jedynie tropiciele „teorii spiskowych” , a żadne z zawartych w nim wniosków nie doczekały się nigdy realizacji. Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że w latach rządów Millera „polska mafia” – czyli triumwirat służb, biznesu i polityków, przy wsparciu pospolitych przestępców najpełniej „objawił” się w płockim układzie, działającym w cieniu PKN Orlen. Dlatego próba dotarcia do prawdy o „sprawie Olewnika”, musi odsłonić kulisy tego układu, musi ukazać ludzi polityki, służb, biznesu i wymiaru sprawiedliwości, tworzących ponurą, mafijną rzeczywistość III RP. Ponieważ ten układ nie miał barw partyjnych i łączył „ponad podziałami”, można mieć uzasadnione wątpliwości czy efekty pracy obecnej komisji sejmowej nie będą identyczne, jak w przypadku komisji „orlenowskiej”.
To pogłębienie znaczenia pojęć „mafia” i „Orlen”, funkcjonujących w tle sprawy Krzysztofa Olewnika powinno wystarczyć, by we właściwym świetle ocenić rolę Andrzeja Piłata – tzw. barona SLD na Mazowszu, politycznego patrona kariery Grzegorza K – bohatera poprzedniej odsłony „Kręgów”, zatytułowanej „Łącznik”. Wiemy, że Grzegorz K był bardzo bliskim współpracownikiem Andrzeja Piłata. To Piłat otaczał Korytowskiego opieką i zapewniał polityczne poparcie. Dzięki temu, Korytowski w czasie rządów lewicy (2001 – 2005), niemal z ulicy został jednym z dyrektorów w płockim Orlenie.

Sam Piłat to postać nietuzinkowa, skoro jego nazwisko pojawia się w kontekście działalności niezwykle ciekawych spółek i osób (Megagaz, EkoTrade). Przypominałem o tym w pierwszym tekście „Kręgów”, a szeroko o spółkach, z którymi związany jest Piłat pisałem w styczniowym tekście KRĘGI PIEKŁA.

W czasach, gdy porwano Olewnika, Andrzej Piłat to główna figura, w szeregu poskomunistycznych działaczy zaangażowanych w realizację budowy płockiego mostu. Wiemy, że kontrakty na dostawę stali do tej inwestycji, mogły być powodem zainteresowania spółką Krup – Stal, której właścicielami byli Krzysztof Olewnik i Jacek Krupiński. Prawdopodobnie Krup – Stal, za wiedzą Krupińskiego handlowała również stalą pochodzącą z napadów na tiry oraz przemycaną na ogromną skalę z Rosji, a nieograniczony zbyt w płockim Orlenie zapewniał spółce Grzegorz K. i jego polityczny patron.

Jednak Andrzej Piłat nie stronił też od innych interesów. Włodzimierz Olewnik twierdził, że na krótko przed porwaniem syna otrzymywał liczne, lukratywne propozycje. Chodziło głównie o ułatwienia w zakupie kolejnych państwowych zakładów mięsnych. Propozycje padały ze środowiska płockiej lewicy. Jedną z takich propozycji była oferta kupna upadających państwowych zakładów mięsnych na Służewcu i w Mławie – po wyjątkowo atrakcyjnej cenie. Swoją pomoc przy tej transakcji zadeklarował właśnie Andrzej Piłat. Propozycje korzystnych interesów składał także były Komendant Komendy Wojewódzkiej w Płocku - Maciej Książkiewicz. Chciał, aby Włodzimierz Olewnik kupił jakiś zakład "na spółkę" z kolegą komendanta. Olewnik jednak nie skorzystał z tej propozycji. Obawiał się, że za transakcją może się kryć konieczność zapłacenia łapówki. W sprawie ofert występuje również pośrednik w handlu świniami, niejaki Andrzej Ł., który proponował Olewnikom swoje usługi krótko przed porwaniem. Ponieważ wiarygodność pośrednika od początku budziła podejrzenia handlowców z firmy Olewnika, nie skorzystano z jego propozycji. Wkrótce po porwaniu Andrzej Ł. zaoferował Włodzimierzowi Olewnikowi swoją pomoc w zdobywaniu informacji o losach Krzysztofa. Pod tym pozorem otrzymał od rodziny Olewników 160 tysięcy złotych. Jak wynikało z informacji TVN-owskiego „Superwizjera”, Andrzej Ł. mógł być współpracownikiem ABW.
Jeśli sam Olewnik twierdzi dziś uparcie, że „w tej sprawie wcale nie chodziło o okup – chodziło o przejęcie mojego majątku” , nie ma powodu, by nie wierzyć jego słowom. Skoro wkrótce po porwaniu banki wypowiedziały firmie Olewnika kilkanaście milionów złotych kredytów, a wszelkie możliwe urzędy rozpoczęły nękające kontrole, doprowadzając przedsiębiorstwo na skraj bankructwa – musiał być to scenariusz opracowany przez zleceniodawców porwania i stanowił integralną część koncepcji ich działania. Również nasyłanie na rodzinę Olewników wszelkiej maści naciągaczy, żerujących na tragedii miało na celu doprowadzenie do finansowego upadku Włodzimierza Olewnika. Jak twierdzi sam poszkodowany, na różnego rodzaju „pomocników” przeznaczył w sumie olbrzymią kwotę 5 mln złotych. Czy zatem firma miała upaść, aby zainteresowane osoby mogły ją kupić od syndyka za cenę znacznie poniżej rzeczywistej wartości? Odrzucenie, której z wymienionych powyżej ofert mogło skłonić „towarzyszy spod ciemnej gwiazdy” do aktu zemsty i porwania Krzysztofa Olewnika? Istnieje jednak jeszcze inna możliwość, która, jak sądzę nigdy nie była przedmiotem zainteresowania organów ścigania i nie została uwzględniona jako motyw działania mocodawców.
Otóż, nie można wykluczyć, że firmy Włodzimierza Olewnika i jego syna Krzysztofa były potrzebne lokalnej mafii, jako ogniwa w systemie nielegalnego transferowania pieniędzy do kasy SLD.

Mechanizm takich transakcji, w których komuniści mieli ogromne doświadczenie został precyzyjnie opisany we Wprost z roku 2004, w artykule Jarosława Jakimczyka „Przelewy w Płocku”. Autor twierdzi, że w Płocku funkcjonowała wzorcowa lewa kasa, z której finansowano polityków SLD i opisuje przypadek szanowanego przedsiębiorcy Zbigniewa D, który w roku 1999 zapisał się do SLD, dając się zwieść mirażowi władzy, jaki roztoczyli przed nim płoccy działacze. Prawdziwym powodem ich zainteresowania osobą Zbigniewa D. były jego trzy firmy: Atlantic, PPH Viz-Atlantic i PHU Novum. Były one wykorzystywane w systemie nielegalnego transferowania pieniędzy do kasy SLD w Płocku, a samemu przedsiębiorcy powierzono organizację systemu finansowania partii. Biznesmen zgodził się, licząc, że SLD wygra wybory samorządowe w 2002 r. i mu się odwdzięczy.
Jakimczyk pisał m.in.:

„Zbigniew D. został dopuszczony do największych tajemnic partii, bo cieszył się zaufaniem ówczesnego mazowieckiego barona SLD - Andrzeja Piłata (obecnie sekretarza stanu w Ministerstwie Infrastruktury), którego poznał w latach 60. Według źródła zbliżonego do płockiej rady miejskiej, Zbigniew D. prowadził lewą kasę partii w mieście. Pieniądze wpływające do kasy nie były oficjalnie ewidencjonowane, nie trzymano ich na koncie w banku. Sumy te zapisywano w specjalnym zeszycie. Po każdej operacji wpłaty lub wypłaty wydzierano i niszczono kartkę z poprzednim saldem. Na nowej kartce odnotowywano jedynie stan bieżący - pod hasłem "bilans otwarcia". Na tej kartce podpisywały się dwie zaufane osoby, w tym trzymający lewą kasę Zbigniew D. Przed nim funkcję kasjera - jak twierdzi nasz informator - pełnił Stanisław Jakubowski, obecny prezes PERN, który wcześniej był wiceprezydentem, a następnie prezydentem Płocka. […] Tylko w 2002 r. w zeszycie dokumentującym funkcjonowanie lewej kasy SLD w Płocku zaksięgowano 1,5-2 mln zł.

Z relacji, jakie mamy, wynika, że pieniądze wpłacał do lewej kasy m.in. Wojciech Hetkowski, mąż zaufania posła Piłata, który kieruje obecnie organizacją miejską SLD w Płocku (wcześniej był on prezydentem Płocka). Przynosząc gotówkę, Hetkowski miał czasem mawiać "wygraliśmy przetarg", co oznaczało, że w rządzonym wówczas przez SLD Płocku o wyniku przetargu zadecydowała łapówka.[…] Jak funkcjonowała lewa kasa? […] kampania Wojciecha Hetkowskiego w 2002 r. wymagała zaangażowania dodatkowych funduszy ze względu na dogrywkę w drugiej rundzie wyborów. Jej koszty pokryto z pieniędzy księgowanych w zeszycie prowadzonym przez Zbigniewa D. Płock dosłownie zalepiono plakatami Hetkowskiego. Pieniądze na druk plakatów i produkcję gadżetów pochodziły m.in. z drukarni Rytter Investment Zbigniewa Ryttera. Drukarnia Ryttera wystawiła firmom Zbigniewa D. faktury za fikcyjne usługi. Przykładowo: fakturę 0676/MP02/TV wystawiono 25 października 2002 r. dla spółki Atlantic SA za "widokówki/sprzedaż widokówek/5400 szt.". W rzeczywistości żadna z trzech firm Zbigniewa D. nigdy nie zamawiała w drukarni Rytter Investment żadnych usług. Chodziło wyłącznie o przepompowanie pieniędzy na potrzeby SLD. […] Spółki Zbigniewa D. same również wystawiały faktury za fikcyjne usługi, na przykład dla firmy płockiego dealera samochodów Auto Skoda - Wojciechowski. Tymczasem spółki te nigdy nie wykonywały żadnych usług dla tego dealera. Chodziło tylko o to, żeby pieniądze od Wojciechowskiego zasiliły lewy fundusz wyborczy Wojciecha Hetkowskiego. Firmy Zbigniewa D. na podobnej zasadzie wystawiły też faktury obciążające Urząd Miasta w Płocku. Jako tytuł płatności wpisywano najczęściej książki. Z dokumentów, do których dotarliśmy, wynika, że po lewe faktury zgłaszał się i kwitował ich odbiór Adam Zbyszewski, społeczny asystent posła Andrzeja Piłata. Gdyby podliczyć wszystkie lewe faktury, w których zamawiającym lub odbiorcą w 2002 r. były firmy Zbigniewa D., wyszłaby suma około 800 tys. zł”.

Gdy Hetkowski przegrał wybory, Zbigniew D upomniał się o zwrot kosztów. Zaczął się też obawiać wyników kontroli prowadzonej w jego firmach przez urząd skarbowy. Dzięki kontaktom Hetkowskiego z naczelnik US w Płocku inspektorzy skarbowi kontrolujący firmy Zbigniewa D. nie zgłosili żadnych zastrzeżeń do faktur z 2002 r. Zakwestionowali natomiast kilka rachunków za usługi, które zostały faktycznie wykonane. Gdy Zbigniew D. chciał złożyć zastrzeżenia do protokołów pokontrolnych, został zatrzymany przez Centralne Biuro Śledcze i pod zarzutem oszustwa trafił do aresztu śledczego. Przesłuchujący Zbigniewa D. oficerowie CBŚ w początkowej fazie śledztwa pytali go o nielegalne operacje finansowe, których beneficjantem był płocki SLD i związane z nim firmy. Gdy ze stanowiska zastępcy komendanta głównego policji odwołano gen. Adama Rapackiego (nadzorował on CBŚ), przesłuchujący przestali się interesować finansowaniem SLD w Płocku. Podczas ostatnich przesłuchań podejrzanemu sugerowano nawet, by "dogadał się jakoś" z przewodniczącym płockiego SLD Wojciechem Hetkowskim. Gdy Zbigniew D. zorientował się, że został kozłem ofiarnym, postanowił ujawnić rolę, jaką w tuszowaniu nielegalnych operacji finansowych SLD odegrali Wojciech Hetkowski oraz urzędnicy skarbowi i zawiadomił generalnego inspektora kontroli skarbowej Wiesława Ciesielskiego (SLD). Ciesielski został też poinformowany, że liderzy płockiego SLD używali jego nazwiska "jako swoistego straszaka i legitymacji (....) nieuczciwych działań". Z pisma Zbigniewa. D. wynika, że Wojciech Hetkowski zapewniał go, iż wiceminister Ciesielski uzna kontrolę w jego firmach "za niebyłą". "To jest kumpel Andrzeja Piłata i Andrzej z nim na ten temat już rozmawiał. Wszystko będzie dobrze - nie masz czym się denerwować" - uspokajał Hetkowski Zbigniewa D. miesiąc przed jego aresztowaniem. Płocka prokuratura rejonowa zareagowała na zawiadomienie Zbigniewa D. postawieniem mu nowych zarzutów. Dopiero w kwietniu 2004 r., gdy Zbigniew D. złożył skargę w Prokuraturze Krajowej, wszczęto odrębne śledztwo "w sprawie składania fałszywych zeznań w Urzędzie Skarbowym w Płocku, tworzenia fałszywych dowodów w postępowaniu podatkowym, poświadczenia nieprawdy oraz płatnej protekcji". Nikomu jednak nie postawiono zarzutów.

Opisuję obszernie sprawę „płockich przelewów”, ponieważ zastosowany w niej mechanizm nielegalnego pozyskiwania środków na działalność SLD, mógł zostać z powodzeniem i na znacznie większą skalę, zastosowany wobec Włodzimierza Olewnika. Tych samych ludzi, wykorzystujących firmy Zbigniewa D, znajdujemy w otoczeniu Olewnika. Łudząco podobny jest również sposób działania organów kontroli skarbowej, traktowanych jako aparat represji i nacisku. Jeśli przedsiębiorca, tuż przed porwaniem syna, otrzymywał propozycje dochodowych interesów – byle z udziałem ludzi wskazanych przez lokalnego „barona” Piłata – sens tego przedsięwzięcia musi mieć związek z nielegalnym finansowaniem struktur SLD. Odmawiając „propozycjom nie do odrzucenia” Olewnik, (któremu zapewne przedstawiono kulisy tych operacji) naraził się na zemstę mafijnego układu. Niewykluczone, że porwaniem syna chciano wymusić ustępstwa i zgodę na „współpracę” oraz zagwarantować milczenie płockiego przedsiębiorcy. Wolno przypuszczać, że zastosowany „środek przymusu” musiał być adekwatny do wagi interesu, którego dotyczył, dlatego sądzę, że chodziło o sprawę i pieniądze znacznie większe, niż w przypadku wyzyskania firm Zbigniewa D.
Przestępcza logika działań „płockiego układu” uprawnia do twierdzenia, że za porwaniem i zabójstwem Krzysztofa Olewnika stoi „polska mafia”, twór komunistycznej bezpieki, doskonale wkomponowany w pejzaż IIIRP. Dlatego poszukiwań najgłębiej ukrytych mocodawców i decydentów tych działań, nie wolno ograniczać do partii postkomunistycznej i lokalnego środowiska płockiego. Podobnie, jak w klasycznej strukturze mafijnej, to nie „żołnierze”, nie „caporegima” i nie „bossowie” podejmują strategiczne decyzje i rozdzielają role poszczególnych postaci. Trzeba dotrzeć do tych, którzy z pozoru najmniej połączeni ze sprawą, tworzą głównodowodzących – niczym mafijna „commission”.
Nie opuszczając zatem bardzo ważnej osoby - Andrzeja Piłata - trzeba pójść dalej, do kolejnego kręgu „polskiego piekła”.

CDN…
Źródła:
http://alfabetmafii.onet.pl/index.html
https://www.wprost.pl/ar/92647/Przyjaciele-mafii/
http://www.wprost.pl/ar/81259/Panstwo-mafia/
http://cogito62.salon24.pl/381462.html
http://www.wprost.pl/ar/61621/Przelewy-w-Plocku/?I=1125

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: